Przy tej okazji nie mogę pominąć jednego z kolegów obecnych wtedy z nami na spotkaniu z szefem katedry. Profesor ekonomii (rocznik 1943) chyba jedyny w naszym gronie człowiek, o którym bez wahania wielu z nas nie powie inaczej jak – uczony. To termin zarezerwowany dla najwybitniejszych. O pozostałych, kolegach, w tym również o sobie mogę mówić co najwyżej nauczyciel akademicki, czy trochę prześmiewczo – naukowiec. W jego przypadku pasja i cała rozległa twórczość naukowa, uzasadniają określenie uczony. Człowiek przy tym niezwykle koleżeński, przyzwoity, uczynny i obdarzony cechą najważniejszą – olbrzymim poczuciem humoru.
We wspomnianej wyżej rozmowie, kiedy stawialiśmy naszego szefa na nogi, wywiązała się dyskusja o tym, co każdy z nas zamierza robić w obiecanej wówczas przeze mnie, wolnej Polsce. Każdy z kolegów coś zamierzał, a kiedy doszło do mnie, wypaliłem, że w wolnej Polsce chcę być prezydentem. Co prawda po uwadze innego z kolegów zmartwiłem się, kiedy usłyszałem, że takiego stanowiska może w tej naszej wymarzonej ojczyźnie nie być. Na ratunek przyszedł Profesor pocieszając mnie w następujących słowach –„Nie martw się, jak nie będzie stanowiska prezydenta, to zajmiesz równorzędne!”
Tenże sam wspaniały kolega zastanawiał się razem z nami, po co rektor naszej uczelni, dwa tygodnie po wprowadzeniu stanu wojennego, wydał zarządzenie, zgodnie z którym należy oddać wszystkie pożyczone uprzednio z uczelni kalkulatory (nie było jeszcze komputerów). Przecież tydzień wcześniej oddaliśmy pożyczone powielacze, to po co rektorowi kalkulatory? Proszę państwa, oznajmił Profesor, to proste – musimy zdać kalkulatory, żebyśmy nie mieli na co liczyć!
Profesor ekonomii (rocznik 1932) nigdy nie był formalnie moim nauczycielem. Należał do najwybitniejszych w Polsce ekonomistów zajmujących się m.in. problematyką wzrostu gospodarczego. Spotykaliśmy się często, bo jako przyjaciel naszego szefa bardzo często bywał w Katedrze, stąd nasza znajomość miała charakter, poniekąd towarzyski. Profesor już w latach 70. był autorytetem naukowym w swojej specjalności. W tym okresie związał się także z działalnością opozycyjną, w tym z Uniwersytetem Latającym oraz późniejszym Towarzystwem Kursów Naukowych. Z ciekawości, jako pracownik, poszedłem kilka razy na jego wykłady jako wolny słuchacz. Były znakomite, chociaż nieco obok moich zainteresowań naukowych. Ponieważ wówczas łączył nas wspólny nałóg – palenie papierosów, Profesor z charakterystycznym dla siebie zagadkowym uśmiechem rzucił w moją stronę: „I myśli pan, że te pogawędki wystarczą na zaliczenie?”
Z Profesorem zetknąłem się w bezpośredniej współpracy, kiedy w czerwcu 1980 roku zostałem sekretarzem a Profesor przewodniczącym komisji rekrutacyjnej, na jeden z uniwersyteckich kierunków ekonomicznych. Jako przełożony był równie wybitny, jak uczony. W poufnych rozmowach Profesor mówił wówczas o nadchodzących masowych protestach społecznych.
W komentarzu do artykułu na SO wspominałem jak w stanie wojennym mili chłopcy z SB „namawiali” mnie na emigrację z biletem w jedną stronę, ale jakoś mi się upiekło. Kiedy „poprosili” mnie o to, abym zreferował, co mówił na prywatnym przyjęciu, tenże właśnie wspominany Profesor — ja im wyłożyłem przez dwie godziny jedną z teorii wzrostu gospodarczego. Uznali, że takiego idioty nie ma co wysyłać w świat.
Najlepszy kawał to ten, że kiedy Profesorowi potem opowiadałem z detalami całą historię z przesłuchania na SB, żebyśmy obaj wiedzieli jakiej wersji mamy się trzymać, profesor się zamyślił i zrekapitulował: „ale z rolą mnożnika inwestycyjnego w mojej koncepcji wzrostu panie kolego, to pan zdecydowanie przeholował !” No i jak tu nie lubić takiego ?
Innym razem, gdzieś ok. 1991 r. ten sam profesor brał udział w dyskusji polityków i ekonomistów w lokalnym programie TV. Znany polityk Stefan Niesiołowski wygłosił jakąś ekonomiczną herezję, na co profesor protestował, że to tak nie działa. Po chwili Niesiołowski wrócił do tematu, ujmując go nieco inaczej i zwracając się do profesora stwierdził, że się będzie upierał, że ma rację. Czy pan się ze mną zgadza panie profesorze? – zapytał bezpośrednio. Profesor odparował — ja się zgadzam, że pan się upiera.

Dzięki Panie Sławku, za ta opowieść wigilijną, za jej otwartość i bliskość, za wspomnienie tego co nam może dawać siłę na przyszłość – dziedzictwa polskich reformatorów, w tym za podziękowanie Redaktorom SO, do którego się przyłączam.
Dziękuję. Historia sprawia, że od ponad 250 lat polscy inteligenci chcąc, nie chcąc stają się reformatorami. Nie wszyscy i w daleko nierównym stopniu, ale to już wystarczy abyśmy zmieniali Polskę na lepsze. W kierunku, który inni osiagnęli wcześniej, dzięki czemu mamy punkty odniesienia. Nawet ci, którzy dzisiaj próbują zawracać Wisłę kijem przyczyniają się do reformowania kraju, choć pewnie wbrew swoim intencjom.
*
To wielki przywilej móc dziękować Redaktorom SO. My, czyli ci co z ich pracy, myśli, artykułów i książek czerpią pełnymi garściami, chyba najbardziej wiemy jaki to ma głęboki sens. Grzech i wstyd byłoby tego nie zrobić. Powiem wiecej – to byłby błąd.
Ciekawa sprawa, nigdy nie piszemy o nauczycielach, których zapomnieliśmy. Piszemy o tych, którzy jak kula bilardowa uderzyli nas powodując ruch. Pamiętamy tych kilku wspaniałych i pamiętamy potworów. Ci, których nazwisk nie pamiętamy zostali zapomniani nie bez powodu. Idąc szkolnym korytarzem podczas przerwy możemy zauważyć, tych, którzy będa zapamiętani, jedni mają kłopot z dotarciem do celu, bo dzieciaki mają do nich tysiące spraw. Inni powodują nagłą ciszę i kulenie się przed wzrokiem człowieka, który idzie jak lodołamacz, W rozmowach dorosłych o nauczycielach, każdy wyciąga tego, który był najważniejszy. Zdumiewające, bo ci nauczyciele są również w miejscach gdzie diabeł ma młode i w czasach koszmaru. Nauczyciel historii w szkole podstawowej, (głęboko w stalinowskich czasach), tak opowiadał o starożytności, że kojarzyła się z czasem teraźniejszym. Któregoś dnia zniknął i nigdy nie udało mi się dowiedzieć, co się z nim stało.
Widocznie miałem szczęście, bo w całym procesie kształcenia nie pamiętam nikogo, kto choćby trochę przypominał potwora. Pewnie bym taką osobę zapamiętał. Owszem, przypominam sobie osoby opryskliwe, niesympatyczne, mściwe czy jawnie niesprawiedliwe, lub kierujące się niezrozumiałymi pobudkami.
*
Jedyny potwór jakiego kojarzę, to nie był mój nauczyciel a Tusk nazywa go potworem ciasteczkowym. Towarzyszą mu – kieszonkowy potwór zerro, i oczywiście czarnek polskiej edukacji, a także pewien nieustannie kłamiący pinokio.
Wielkie dzięki za tekst, wyrazam najwyższy podziw dla pamięci o ludziach i sprawach sprzed wielu lat. Te moje podziekowania są tak wielkie jako, ze i ja byłem proszony przez młodzież, taką co to najpierw na pięciu sesjach po 2 godziny kazda kazała mi mówić do mikrofonu o swoim zyciu, o czasach w których żyć i pracować mi przyszło poprosiła o napisanie takiej piguły, takiej esencji tego co na taśmie zostalo zarejestrowane. Napisałem ale porównując to z Pana tekstem to mało, wyszlo mi 22 strony i bez takich perełek jak opis kolejnych nauczycieli. Moze się poprawię.
Chciałbym jednak, na zakończenie, powtórzyc takie trzy prawdy które, moim zdaniem, młodzieży zwlaszcza przydać się mogą.
– Wiedzieć jest zawsze lepiej niż nie wiedzieć
– Lepiej być dzialaczem niż przezuwaczem będąc na publicznej scenie. Zwalaszcza gdy ma się zawód uprawniający do refleksji na rzeczywistością spoleczną zwłaszcza.
– mieć kilku przyjaciół, kilku, nie armię a kilku.To wystarczy
Dziękuję. Na pomysł tego tekstu wpadłem po jednym z komentarzy na SO, gdzie autor (słusznie) wskazywał na róznice miedzy nami. Te różnice kiedyś a najbardziej dzisiaj zostały sprowadzone do wojenki plemiennej, zupełnie nie oddającej istoty podziałów. Polska kiedys nie dzieliła sie na komuchów i solidaruchów, tak jak dzisiaj nie dzieli sie na prawaków i lewaków, czy jeszcze gorzej patriotów i prawdziwych POlaków z PiSu, oraz zdrajców, zaprzańców, kanalie z drugiej strony.
*
Polska dzieliła sie i dzieli na ludzi którzy mieli ambicje, cele, coś chcieli nie tylko dla siebie ale także dla innych, oraz na ludzi, którym jest wszystko jedno,innych maja w nosie a najbardziej ich cieszy, kiedy sąsiadowi zdechnie krowa.
Polska dzieli sie na ludzi porządnych, uczciwych i prawych, oraz takich którzy te wartości maja za nic, uwazając że przyzwoitość to słabość, a uczciwość to frajerstwo.
Polska dzieli sie na ludzi myslących, z otwartą głową, światłych i tolerancyjnych, oraz na ludzi, którzy takich postaw nie akceptują i wolą powtarzać slogany i anachroniczne stereotypy , nie rozwijać się i nienawidzić wszelkich odmienności.
*
Wspomnienie o moich nauczycielach, autorytetach, ludziach mądrych i dobrych, w tym o środowisku załozycieli, współpracowników a także komentatorów SO to narracja o ludziach, którym takie podziały przeszkadzały i przeszkadzają i którzy zmieniali i zmieniaja Polske bo wiedzieli i wiedzą, że zmiany w kierunku otwartości, tolerancji, edukacji oraz demokracji dają nadzieję na przezwycieżenie destrukcyjnych podziałów, które same w sobie nie tylko nie rozwiazują żadnego z naszych problemów, ale są wprost odpowiedzialne za tworzenie nowych, destrukcyjnych róznic miedzy ludźmi. To opowiadanie o nadziejach i szansach, zamiast o maraźmie i wykluczeniu.
Wspaniały tekst . Teraz widzę to jasno: te pokolenia nauczyły nas chcieć więcej, nie zadawalać się tym co mamy. Jeżeli istnieje gdzieś esencja polskości, która się pragnie nieść w sercu, to jest właśnie ten przekaz tak pięknie opowiedziany przez pana Sławka.
Dziekuję.
„Esencja polskości” – piękne określenie. Jeżeli istnieje, to właśnie dzięki pracy setek tysiecy a może i milionów ludzi podobnych do osób, które wspominam. Jest ich znacznie więcej niż myslimy, tyle że nie narzucają siebie nikomu, ani nie działają na pokaz. To dzięki nim jeszcze nie zwariowaliśmy z nadmiaru „upojenia szczęściem PiSu i ePiSkopatu”. I to oni – w tym także my wszyscy, w końcu przezwyciężymy dwie zarazy – pisowską i covidową.