Z Jasią rozstaliśmy się w 1961 roku, kiedy mój dziadek przeszedł na emeryturę i zmieniliśmy miejsce zamieszkania.
Dla Jasi miałem pewien rodzaj podziwu, który pamiętam do dzisiaj. Z nadleśnictwa do domu miała 2 kilometry ostrego marszu, w większości przez wielki, mroczny, ciemny las, który mnie, dziecko napawał w nocy przerażeniem. Od wczesnej jesieni do późnej wiosny, kiedy przychodziła do pracy na 7. rano było jeszcze ciemno. Kiedy wracała do domu często po 18. było już ciemno. Wyobraźnia dziecka, wychowywanego w atmosferze pełnej niesamowitych opowieści o duchach, seansach spirytystycznych, podpowiadała najgorsze sceny. Jasia miała u nas w domu osobny pokój do swojej dyspozycji, więc kiedy zmordowana po całym dniu pracy nie mając siły iść do domu, zostawała na noc, byłem przynajmniej spokojny, że nic się jej nie stanie.
Spotkaliśmy się po raz ostatni wiele lat temu na pogrzebie mojego kuzyna, po ponad 50 latach niewidzenia się. Jasia mnie nie poznała, do momentu, kiedy się odezwałem. Ona w moich oczach zmieniła się mniej, bo spotkałem ją w dzieciństwie jako dorosłą osobę. Przez dwie godziny opowiedzieliśmy sobie wzajemnie przebieg naszego życia, przerastający jak zwykle wyobraźnię. Okazało się, że obydwie strony noszą w sercu sentyment do wspólnie spędzonych lat i bliskich, których już z nami nie ma. Spłakaliśmy się jak bobry.
Ze szkoły podstawowej w Łodzi, do której dołączyłem w wieku 11 lat (poprzednio chodziłem do szkoły w małym miasteczku), zapamiętałem różnych nauczycieli. O trojgu z nich pamiętam najbardziej.
Polonistka (rocznik 1932) — piękna i elegancka — filigranowa kobieta. Zawdzięczam jej mnóstwo zachęt i wskazówek do pracy nad sobą. Poświęcała mi indywidualnie masę czasu i uwagi zwracając uwagę na predyspozycje językowe – do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, że ją zawiodłem i nie poszedłem na polonistykę. Przynajmniej staram się używać mowy ojczystej w miarę poprawnie – z naciskiem na staram się.
Matematyk (rocznik 1930) – surowy, wymagający i groźny, a zarazem człowiek ciepły, troskliwy i serdeczny – cechy wydawałoby się nie do pogodzenia. To jemu zawdzięczam rzecz w matematyce najważniejszą, przynajmniej dla mnie – gruntowną znajomość podstaw.
Nauczyciel prac ręcznych (rocznik 1940) – chłopak, który w latach 1964 -1966 opowiadał nam swoje wspaniałe podróże po Europie Zachodniej, kiedy byliśmy szczelnie odgrodzeni żelazną kurtyną. Miał matkę w Belgii, która co roku fundowała mu dwa miesiące podróży po całej Europie i uważał za swój obowiązek podzielić się z nami swoimi wrażeniami z podróży, a opowiadał pięknie. Wówczas pobyty za żelazną kurtyną były czymś niezwykłym. Jego opowiadania w trakcie majsterkowania na lekcjach pamiętam do dziś, kiedy zwiedzam różne zakątki naszego kontynentu. Mimo upływu dziesięcioleci odnajduję wiele śladów jego wspomnień – miał dar zapamiętywania detali. Już wówczas opowiadał o tym, że autostrady w Belgii są w nocy oświetlone. Dwadzieścia kilka lat potem doświadczyłem tego jako kierowca.

Dzięki Panie Sławku, za ta opowieść wigilijną, za jej otwartość i bliskość, za wspomnienie tego co nam może dawać siłę na przyszłość – dziedzictwa polskich reformatorów, w tym za podziękowanie Redaktorom SO, do którego się przyłączam.
Dziękuję. Historia sprawia, że od ponad 250 lat polscy inteligenci chcąc, nie chcąc stają się reformatorami. Nie wszyscy i w daleko nierównym stopniu, ale to już wystarczy abyśmy zmieniali Polskę na lepsze. W kierunku, który inni osiagnęli wcześniej, dzięki czemu mamy punkty odniesienia. Nawet ci, którzy dzisiaj próbują zawracać Wisłę kijem przyczyniają się do reformowania kraju, choć pewnie wbrew swoim intencjom.
*
To wielki przywilej móc dziękować Redaktorom SO. My, czyli ci co z ich pracy, myśli, artykułów i książek czerpią pełnymi garściami, chyba najbardziej wiemy jaki to ma głęboki sens. Grzech i wstyd byłoby tego nie zrobić. Powiem wiecej – to byłby błąd.
Ciekawa sprawa, nigdy nie piszemy o nauczycielach, których zapomnieliśmy. Piszemy o tych, którzy jak kula bilardowa uderzyli nas powodując ruch. Pamiętamy tych kilku wspaniałych i pamiętamy potworów. Ci, których nazwisk nie pamiętamy zostali zapomniani nie bez powodu. Idąc szkolnym korytarzem podczas przerwy możemy zauważyć, tych, którzy będa zapamiętani, jedni mają kłopot z dotarciem do celu, bo dzieciaki mają do nich tysiące spraw. Inni powodują nagłą ciszę i kulenie się przed wzrokiem człowieka, który idzie jak lodołamacz, W rozmowach dorosłych o nauczycielach, każdy wyciąga tego, który był najważniejszy. Zdumiewające, bo ci nauczyciele są również w miejscach gdzie diabeł ma młode i w czasach koszmaru. Nauczyciel historii w szkole podstawowej, (głęboko w stalinowskich czasach), tak opowiadał o starożytności, że kojarzyła się z czasem teraźniejszym. Któregoś dnia zniknął i nigdy nie udało mi się dowiedzieć, co się z nim stało.
Widocznie miałem szczęście, bo w całym procesie kształcenia nie pamiętam nikogo, kto choćby trochę przypominał potwora. Pewnie bym taką osobę zapamiętał. Owszem, przypominam sobie osoby opryskliwe, niesympatyczne, mściwe czy jawnie niesprawiedliwe, lub kierujące się niezrozumiałymi pobudkami.
*
Jedyny potwór jakiego kojarzę, to nie był mój nauczyciel a Tusk nazywa go potworem ciasteczkowym. Towarzyszą mu – kieszonkowy potwór zerro, i oczywiście czarnek polskiej edukacji, a także pewien nieustannie kłamiący pinokio.
Wielkie dzięki za tekst, wyrazam najwyższy podziw dla pamięci o ludziach i sprawach sprzed wielu lat. Te moje podziekowania są tak wielkie jako, ze i ja byłem proszony przez młodzież, taką co to najpierw na pięciu sesjach po 2 godziny kazda kazała mi mówić do mikrofonu o swoim zyciu, o czasach w których żyć i pracować mi przyszło poprosiła o napisanie takiej piguły, takiej esencji tego co na taśmie zostalo zarejestrowane. Napisałem ale porównując to z Pana tekstem to mało, wyszlo mi 22 strony i bez takich perełek jak opis kolejnych nauczycieli. Moze się poprawię.
Chciałbym jednak, na zakończenie, powtórzyc takie trzy prawdy które, moim zdaniem, młodzieży zwlaszcza przydać się mogą.
– Wiedzieć jest zawsze lepiej niż nie wiedzieć
– Lepiej być dzialaczem niż przezuwaczem będąc na publicznej scenie. Zwalaszcza gdy ma się zawód uprawniający do refleksji na rzeczywistością spoleczną zwłaszcza.
– mieć kilku przyjaciół, kilku, nie armię a kilku.To wystarczy
Dziękuję. Na pomysł tego tekstu wpadłem po jednym z komentarzy na SO, gdzie autor (słusznie) wskazywał na róznice miedzy nami. Te różnice kiedyś a najbardziej dzisiaj zostały sprowadzone do wojenki plemiennej, zupełnie nie oddającej istoty podziałów. Polska kiedys nie dzieliła sie na komuchów i solidaruchów, tak jak dzisiaj nie dzieli sie na prawaków i lewaków, czy jeszcze gorzej patriotów i prawdziwych POlaków z PiSu, oraz zdrajców, zaprzańców, kanalie z drugiej strony.
*
Polska dzieliła sie i dzieli na ludzi którzy mieli ambicje, cele, coś chcieli nie tylko dla siebie ale także dla innych, oraz na ludzi, którym jest wszystko jedno,innych maja w nosie a najbardziej ich cieszy, kiedy sąsiadowi zdechnie krowa.
Polska dzieli sie na ludzi porządnych, uczciwych i prawych, oraz takich którzy te wartości maja za nic, uwazając że przyzwoitość to słabość, a uczciwość to frajerstwo.
Polska dzieli sie na ludzi myslących, z otwartą głową, światłych i tolerancyjnych, oraz na ludzi, którzy takich postaw nie akceptują i wolą powtarzać slogany i anachroniczne stereotypy , nie rozwijać się i nienawidzić wszelkich odmienności.
*
Wspomnienie o moich nauczycielach, autorytetach, ludziach mądrych i dobrych, w tym o środowisku załozycieli, współpracowników a także komentatorów SO to narracja o ludziach, którym takie podziały przeszkadzały i przeszkadzają i którzy zmieniali i zmieniaja Polske bo wiedzieli i wiedzą, że zmiany w kierunku otwartości, tolerancji, edukacji oraz demokracji dają nadzieję na przezwycieżenie destrukcyjnych podziałów, które same w sobie nie tylko nie rozwiazują żadnego z naszych problemów, ale są wprost odpowiedzialne za tworzenie nowych, destrukcyjnych róznic miedzy ludźmi. To opowiadanie o nadziejach i szansach, zamiast o maraźmie i wykluczeniu.
Wspaniały tekst . Teraz widzę to jasno: te pokolenia nauczyły nas chcieć więcej, nie zadawalać się tym co mamy. Jeżeli istnieje gdzieś esencja polskości, która się pragnie nieść w sercu, to jest właśnie ten przekaz tak pięknie opowiedziany przez pana Sławka.
Dziekuję.
„Esencja polskości” – piękne określenie. Jeżeli istnieje, to właśnie dzięki pracy setek tysiecy a może i milionów ludzi podobnych do osób, które wspominam. Jest ich znacznie więcej niż myslimy, tyle że nie narzucają siebie nikomu, ani nie działają na pokaz. To dzięki nim jeszcze nie zwariowaliśmy z nadmiaru „upojenia szczęściem PiSu i ePiSkopatu”. I to oni – w tym także my wszyscy, w końcu przezwyciężymy dwie zarazy – pisowską i covidową.