Ogólniak i matura prawie 50 lat temu. Od ponad 40 lat szkoły już nie ma, ale pozostała pamięć o koleżankach, kolegach i nauczycielach właśnie.
Polonistka (rocznik 1930), była potężną, zwalistą kobietą z pięknymi wielkimi oczyma. Uczyła bardzo porządnie. Tłumaczyła z czułością subtelne szczegóły miłości kobiety i mężczyzny na przykładzie pięknych postaci literatury pięknej, aby zaraz po chwili wrzeszcząc niemiłosiernie, walić dziennikiem w katedrę chcąc uciszyć salę. Wtórował temu tubalny głos mojego kolegi z ławki wypowiadany w rytm walenia w katedrę: w- łeb – się – puk – nij.
Fizyczka (rocznik 1935), która tak zaraziła nas swoją pasją do różnych eksperymentów fizycznych i zagadnień astrofizyki, że zapisałem się do kółka fizycznego mimo zupełnego beztalencia w tej dziedzinie. Przez 3 lata, 4 godziny w tygodniu jak urzeczony chłonąłem jej zamiłowanie do fizyki. Do dziś mi trochę go zostało, bo nadal czytam różne popularnonaukowe opracowania i oglądam takie filmy m.in. na Youtube.
Geografka (rocznik 1925) – uczyła nas geografii dwóch państw PRL i II RP i nie było w tym żadnego szowinizmu i pseudo patriotycznego zadęcia.
Wreszcie historyczka (rocznik 1936), była pasjonatką dziejów najnowszych i oczarowała nas swoim entuzjazmem historycznym. Tamte czasy dla historyków były złe, bo wytyczne ministerstwa i kuratorium były jednoznaczne – krytycznie czy wręcz potępieńczo trzeba mówić o całym okresie II RP, w tym zwłaszcza o wojnie polsko–bolszewickiej. Była to osoba, która nam wydawała się bojaźliwa, mimo iż wiedzieliśmy, że jest do szpiku uczciwa i rzetelna w ocenach historycznych.
Opowiadając o wojnie 1920 roku wspomniała jak jej ojciec, 16-letni uczeń poszedł na ochotnika, wraz z całą swoją klasą z gimnazjum na wojnę — popłynęły jej łzy. Wtedy najmądrzejszy z nas, starosta klasy, wstał i poprosił ją, żeby nie interpretowała dalej tej wojny, bo wszyscy wiemy czym była dla Polaków. Po tych słowach cała klasa wstała i w milczeniu biła jej brawa, o ona jeszcze bardziej się rozpłakała. (Te łzy nauczycielki historii zrozumieliśmy lepiej, kiedy od naszego wychowawcy dowiedzieliśmy się, że jej ojciec potem walczył w kampanii wrześniowej, był oficerem AK, walczył w Powstaniu Warszawskim, a na koniec w latach 50. został zatłuczony na śmierć w „rajdzie” po różnych katowniach UB, mimo iż nie był wcale żołnierzem wyklętym).
Podobnie rzetelnie, choć znowu nam się zdawało – bojaźliwie, relacjonowała fakty odkrycia przez hitlerowców masowych grobów oficerów Polskich w Katyniu. Wiele koleżanek i kolegów po raz pierwszy dowiedziało się wówczas o Katyniu. (Łódź to było w czasach mojego liceum 1967-1971 miasto robotnicze i świadomość historyczna wielu rodzin bywała różna). Byłem w tej połowie klasy (18 osób), która brała udział w pracach kółka historycznego. Pani Profesor natchnęła nas swoją pasją i wspaniałą narracją, ale też umiejętnie skłaniała do samodzielnej pracy badawczej i dodatkowych lektur.
Przez prawie 3 lata widzieliśmy jak robi się coraz bardziej zmęczona, chudnie w oczach i podupada na zdrowiu i urodzie. Nigdy jednak nie usłyszeliśmy od niej ani słowa na temat trapiących ją problemów. A zaczęliśmy z nią zajęcia w 1967 roku, kiedy miała zaledwie lekko po trzydziestce. Dziewczyny po kątach pokpiwały, że pewnie trapi ją jakaś „choroba” (w domyśle alkoholowa), bo podkrążone oczy i marne ubrania świadczą o jej degenerowaniu się. W końcu po 3 latach postanowiliśmy się dowiedzieć jakie problemy ma nasza ulubiona Pani Profesor. Wywiad klasowy ustalił, że jest niestety ofiarą męża tyrana, który znęcał się nad nią kilka lat za swoje „nieudane” życie, po czym zostawił ją z trójką niewielkich jeszcze dzieci, z tego dwojgiem niepełnosprawnych i cała czwórka klepie biedę. Dowiedzieliśmy się także, że ta jej „bojaźliwość” to nic innego jak obsesyjny lęk przed utratą pracy i jedynego źródła utrzymania swoich bliskich. Było to krótko przed wakacjami 1970 r. i w 17 chłopców (wszyscy uczniowie) postanowiliśmy zrobić coś dla naszej historyczki. Przez dwa tygodnie wakacji, pracując po kilkanaście godzin dziennie w pocie czoła przy rozładowywaniu wagonów z węglem na rampach kolejowych zarobiliśmy kwotę, która stanowiła ponad dwuletnie wynagrodzenie naszej Pani Profesor. Największy problem mieliśmy z przekazaniem tych pieniędzy tak, aby za żadne skarby nie dowiedziała się, że to nasza sprawa. Dziewczynom z klasy było tak głupio z powodu niesprawiedliwych plotek i podejrzeń, że wykorzystując swoje złote ręce uszyły dla naszej historyczki kilka fajnych sukienek, oraz zestawów do szkoły typu żakiety — bluzki — spódnice. Po wakacjach spotkaliśmy już inną Panią Profesor – nieco bardziej wypoczętą, mniej przybitą do ziemi i jakby trochę młodszą…choć miała dopiero 34 lata.

Dzięki Panie Sławku, za ta opowieść wigilijną, za jej otwartość i bliskość, za wspomnienie tego co nam może dawać siłę na przyszłość – dziedzictwa polskich reformatorów, w tym za podziękowanie Redaktorom SO, do którego się przyłączam.
Dziękuję. Historia sprawia, że od ponad 250 lat polscy inteligenci chcąc, nie chcąc stają się reformatorami. Nie wszyscy i w daleko nierównym stopniu, ale to już wystarczy abyśmy zmieniali Polskę na lepsze. W kierunku, który inni osiagnęli wcześniej, dzięki czemu mamy punkty odniesienia. Nawet ci, którzy dzisiaj próbują zawracać Wisłę kijem przyczyniają się do reformowania kraju, choć pewnie wbrew swoim intencjom.
*
To wielki przywilej móc dziękować Redaktorom SO. My, czyli ci co z ich pracy, myśli, artykułów i książek czerpią pełnymi garściami, chyba najbardziej wiemy jaki to ma głęboki sens. Grzech i wstyd byłoby tego nie zrobić. Powiem wiecej – to byłby błąd.
Ciekawa sprawa, nigdy nie piszemy o nauczycielach, których zapomnieliśmy. Piszemy o tych, którzy jak kula bilardowa uderzyli nas powodując ruch. Pamiętamy tych kilku wspaniałych i pamiętamy potworów. Ci, których nazwisk nie pamiętamy zostali zapomniani nie bez powodu. Idąc szkolnym korytarzem podczas przerwy możemy zauważyć, tych, którzy będa zapamiętani, jedni mają kłopot z dotarciem do celu, bo dzieciaki mają do nich tysiące spraw. Inni powodują nagłą ciszę i kulenie się przed wzrokiem człowieka, który idzie jak lodołamacz, W rozmowach dorosłych o nauczycielach, każdy wyciąga tego, który był najważniejszy. Zdumiewające, bo ci nauczyciele są również w miejscach gdzie diabeł ma młode i w czasach koszmaru. Nauczyciel historii w szkole podstawowej, (głęboko w stalinowskich czasach), tak opowiadał o starożytności, że kojarzyła się z czasem teraźniejszym. Któregoś dnia zniknął i nigdy nie udało mi się dowiedzieć, co się z nim stało.
Widocznie miałem szczęście, bo w całym procesie kształcenia nie pamiętam nikogo, kto choćby trochę przypominał potwora. Pewnie bym taką osobę zapamiętał. Owszem, przypominam sobie osoby opryskliwe, niesympatyczne, mściwe czy jawnie niesprawiedliwe, lub kierujące się niezrozumiałymi pobudkami.
*
Jedyny potwór jakiego kojarzę, to nie był mój nauczyciel a Tusk nazywa go potworem ciasteczkowym. Towarzyszą mu – kieszonkowy potwór zerro, i oczywiście czarnek polskiej edukacji, a także pewien nieustannie kłamiący pinokio.
Wielkie dzięki za tekst, wyrazam najwyższy podziw dla pamięci o ludziach i sprawach sprzed wielu lat. Te moje podziekowania są tak wielkie jako, ze i ja byłem proszony przez młodzież, taką co to najpierw na pięciu sesjach po 2 godziny kazda kazała mi mówić do mikrofonu o swoim zyciu, o czasach w których żyć i pracować mi przyszło poprosiła o napisanie takiej piguły, takiej esencji tego co na taśmie zostalo zarejestrowane. Napisałem ale porównując to z Pana tekstem to mało, wyszlo mi 22 strony i bez takich perełek jak opis kolejnych nauczycieli. Moze się poprawię.
Chciałbym jednak, na zakończenie, powtórzyc takie trzy prawdy które, moim zdaniem, młodzieży zwlaszcza przydać się mogą.
– Wiedzieć jest zawsze lepiej niż nie wiedzieć
– Lepiej być dzialaczem niż przezuwaczem będąc na publicznej scenie. Zwalaszcza gdy ma się zawód uprawniający do refleksji na rzeczywistością spoleczną zwłaszcza.
– mieć kilku przyjaciół, kilku, nie armię a kilku.To wystarczy
Dziękuję. Na pomysł tego tekstu wpadłem po jednym z komentarzy na SO, gdzie autor (słusznie) wskazywał na róznice miedzy nami. Te różnice kiedyś a najbardziej dzisiaj zostały sprowadzone do wojenki plemiennej, zupełnie nie oddającej istoty podziałów. Polska kiedys nie dzieliła sie na komuchów i solidaruchów, tak jak dzisiaj nie dzieli sie na prawaków i lewaków, czy jeszcze gorzej patriotów i prawdziwych POlaków z PiSu, oraz zdrajców, zaprzańców, kanalie z drugiej strony.
*
Polska dzieliła sie i dzieli na ludzi którzy mieli ambicje, cele, coś chcieli nie tylko dla siebie ale także dla innych, oraz na ludzi, którym jest wszystko jedno,innych maja w nosie a najbardziej ich cieszy, kiedy sąsiadowi zdechnie krowa.
Polska dzieli sie na ludzi porządnych, uczciwych i prawych, oraz takich którzy te wartości maja za nic, uwazając że przyzwoitość to słabość, a uczciwość to frajerstwo.
Polska dzieli sie na ludzi myslących, z otwartą głową, światłych i tolerancyjnych, oraz na ludzi, którzy takich postaw nie akceptują i wolą powtarzać slogany i anachroniczne stereotypy , nie rozwijać się i nienawidzić wszelkich odmienności.
*
Wspomnienie o moich nauczycielach, autorytetach, ludziach mądrych i dobrych, w tym o środowisku załozycieli, współpracowników a także komentatorów SO to narracja o ludziach, którym takie podziały przeszkadzały i przeszkadzają i którzy zmieniali i zmieniaja Polske bo wiedzieli i wiedzą, że zmiany w kierunku otwartości, tolerancji, edukacji oraz demokracji dają nadzieję na przezwycieżenie destrukcyjnych podziałów, które same w sobie nie tylko nie rozwiazują żadnego z naszych problemów, ale są wprost odpowiedzialne za tworzenie nowych, destrukcyjnych róznic miedzy ludźmi. To opowiadanie o nadziejach i szansach, zamiast o maraźmie i wykluczeniu.
Wspaniały tekst . Teraz widzę to jasno: te pokolenia nauczyły nas chcieć więcej, nie zadawalać się tym co mamy. Jeżeli istnieje gdzieś esencja polskości, która się pragnie nieść w sercu, to jest właśnie ten przekaz tak pięknie opowiedziany przez pana Sławka.
Dziekuję.
„Esencja polskości” – piękne określenie. Jeżeli istnieje, to właśnie dzięki pracy setek tysiecy a może i milionów ludzi podobnych do osób, które wspominam. Jest ich znacznie więcej niż myslimy, tyle że nie narzucają siebie nikomu, ani nie działają na pokaz. To dzięki nim jeszcze nie zwariowaliśmy z nadmiaru „upojenia szczęściem PiSu i ePiSkopatu”. I to oni – w tym także my wszyscy, w końcu przezwyciężymy dwie zarazy – pisowską i covidową.