Wtedy po raz pierwszy praktycznie przećwiczyliśmy w działaniu słowo solidarność, przez małe „s”, nawet tego tak nie nazywając. Wcale nie było prosto, bo trudno nakłonić do jednolitego działania 36 młodych Polek i Polaków, w dodatku aspirujących do bycia inteligentami. Nie było łatwo także dlatego, że większość z nas pochodziła z rodzin, w których się nie przelewało.
Więź zadzierzgnięta wówczas przetrwała do końca. Całą tę historię opowiadam po raz pierwszy. Wiązała mnie zbiorowa obietnica dyskrecji do „grobowej deski”, którą wtedy podjęliśmy. Niestety, już nieaktualna, bo w listopadzie przyszła wiadomość, że nasza wspaniała Pani Profesor opuściła nas po zakażeniu Covid-19.
Z okresu studiów pamiętam wielu wspaniałych wykładowców. Łódź, położona blisko Warszawy miała to szczęście, że za komuny zsyłano tu niepokornych uczonych, a było ich niemało. Znakomite wykłady z zakresu podstaw prawa, ekonomii politycznej kapitalizmu, historii gospodarczej i geografii. Z pierwszych lat studiów najbardziej zapadły mi w pamięć wspaniałe wykłady Pani Profesor socjologii, może dlatego, że wykładała mój ulubiony przedmiot. Potem połączyła nas wspólna praca na seminarium samorządowym.
Więzi między studentami a nauczycielami akademickimi na ogół nie bywają już tak silne, jak w szkole podstawowej czy średniej, bo trochę inna jest natura pracy dydaktycznej a nieco inna pracy wychowawczo-pedagogicznej. O dwóch osobach moich nauczycieli, a zarazem autorytetów i mentorów, zachowałem pamięć szczególną.
Profesor ekonomii, mój promotor (rocznik 1932) – zresztą nie tylko pracy magisterskiej, ale także doktoratu. Niezapomniany szef w Katedrze Zarządzania (nie żyje już 18 lat) był wspaniałym, zacnym człowiekiem. Przeżył jako dziecko 12-letnie całe Powstanie Warszawskie. Jego opowiadania jak z matką i młodszym bratem cudem przeżyli, będę pamiętał do śmierci. Był równocześnie świetnym szefem, zupełnie niezłym uczonym i dobrym kolegą z pracy. Dzieliło nas 20 lat różnicy. Na 3 roku studiów zaproponował mi asystenturę, a na 4 roku studiów po raz pierwszy poprowadziłem w jego zastępstwie seminarium magisterskie. Miał zwyczaj ze wszystkimi w pierwszych dniach po podpisaniu umowy o pracę przechodzić na ty. I prawie nigdy się nie pomylił. Większość okazywała się trafnymi decyzjami kadrowymi.
Jego uczciwość i przyzwoitość w latach 70. była aż niewiarygodna. W pierwszych tygodniach mojej pracy poprosił mnie o to, aby do pisanego przez niego artykułu naukowego zrobić odpowiednie wyliczenia i przedstawić je w tabelach i wykresach. Jakie było moje zdumienie, kiedy za drobną, fragmentaryczną pracę zostałem podany w czasopiśmie jako współautor tekstu. Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Szereg miesięcy później ktoś biegnie za mną korytarzu uczelni i woła po imieniu. To mój szef, który zaprasza mnie do gabinetu i oznajmia: „Słuchaj, za ten artykuł, który wspólnie pisaliśmy, przyszły dopiero teraz pieniądze”, po czym wręcza mi pokaźną kwotę. To były czasy, kiedy szefowie masowo dopisywali się do dzieł swoich podwładnych, a już pieniędzmi dzielili się niezwykle rzadko, o ile w ogóle. Chętnie nazywano to wówczas relacją mistrz – uczeń. Tak jest w wielu miejscach, niestety do dzisiaj.
Pamiętam jak jego żona przyjechała do katedry w stanie wojennym i poprosiła nas, abyśmy go odwiedzili w domu, bo autentycznie się załamał. Pojechaliśmy w kilku kolegów, aby porozmawiać i wesprzeć go na duchu. Wszyscy w tej rozmowie wlewaliśmy w niego otuchę, wiarę i nadzieję. Wtedy mu obiecałem, a był luty 1982 roku, że najdalej do 1990 roku będziemy mieli wolną Polskę. Jego żona, już po jego śmierci, opowiadała mi, że ta nasza wizyta, w tym moja obietnica, postawiły go na nogi i uratowały kawał życia. Wtedy pojąłem, dlaczego już po 1989 roku ciągle żartował co bym zrobił jakby moja obietnica wolnej Polski się nie spełniła. Zwykle wtedy odpowiadałem, że miałby prawo do reklamacji…

Dzięki Panie Sławku, za ta opowieść wigilijną, za jej otwartość i bliskość, za wspomnienie tego co nam może dawać siłę na przyszłość – dziedzictwa polskich reformatorów, w tym za podziękowanie Redaktorom SO, do którego się przyłączam.
Dziękuję. Historia sprawia, że od ponad 250 lat polscy inteligenci chcąc, nie chcąc stają się reformatorami. Nie wszyscy i w daleko nierównym stopniu, ale to już wystarczy abyśmy zmieniali Polskę na lepsze. W kierunku, który inni osiagnęli wcześniej, dzięki czemu mamy punkty odniesienia. Nawet ci, którzy dzisiaj próbują zawracać Wisłę kijem przyczyniają się do reformowania kraju, choć pewnie wbrew swoim intencjom.
*
To wielki przywilej móc dziękować Redaktorom SO. My, czyli ci co z ich pracy, myśli, artykułów i książek czerpią pełnymi garściami, chyba najbardziej wiemy jaki to ma głęboki sens. Grzech i wstyd byłoby tego nie zrobić. Powiem wiecej – to byłby błąd.
Ciekawa sprawa, nigdy nie piszemy o nauczycielach, których zapomnieliśmy. Piszemy o tych, którzy jak kula bilardowa uderzyli nas powodując ruch. Pamiętamy tych kilku wspaniałych i pamiętamy potworów. Ci, których nazwisk nie pamiętamy zostali zapomniani nie bez powodu. Idąc szkolnym korytarzem podczas przerwy możemy zauważyć, tych, którzy będa zapamiętani, jedni mają kłopot z dotarciem do celu, bo dzieciaki mają do nich tysiące spraw. Inni powodują nagłą ciszę i kulenie się przed wzrokiem człowieka, który idzie jak lodołamacz, W rozmowach dorosłych o nauczycielach, każdy wyciąga tego, który był najważniejszy. Zdumiewające, bo ci nauczyciele są również w miejscach gdzie diabeł ma młode i w czasach koszmaru. Nauczyciel historii w szkole podstawowej, (głęboko w stalinowskich czasach), tak opowiadał o starożytności, że kojarzyła się z czasem teraźniejszym. Któregoś dnia zniknął i nigdy nie udało mi się dowiedzieć, co się z nim stało.
Widocznie miałem szczęście, bo w całym procesie kształcenia nie pamiętam nikogo, kto choćby trochę przypominał potwora. Pewnie bym taką osobę zapamiętał. Owszem, przypominam sobie osoby opryskliwe, niesympatyczne, mściwe czy jawnie niesprawiedliwe, lub kierujące się niezrozumiałymi pobudkami.
*
Jedyny potwór jakiego kojarzę, to nie był mój nauczyciel a Tusk nazywa go potworem ciasteczkowym. Towarzyszą mu – kieszonkowy potwór zerro, i oczywiście czarnek polskiej edukacji, a także pewien nieustannie kłamiący pinokio.
Wielkie dzięki za tekst, wyrazam najwyższy podziw dla pamięci o ludziach i sprawach sprzed wielu lat. Te moje podziekowania są tak wielkie jako, ze i ja byłem proszony przez młodzież, taką co to najpierw na pięciu sesjach po 2 godziny kazda kazała mi mówić do mikrofonu o swoim zyciu, o czasach w których żyć i pracować mi przyszło poprosiła o napisanie takiej piguły, takiej esencji tego co na taśmie zostalo zarejestrowane. Napisałem ale porównując to z Pana tekstem to mało, wyszlo mi 22 strony i bez takich perełek jak opis kolejnych nauczycieli. Moze się poprawię.
Chciałbym jednak, na zakończenie, powtórzyc takie trzy prawdy które, moim zdaniem, młodzieży zwlaszcza przydać się mogą.
– Wiedzieć jest zawsze lepiej niż nie wiedzieć
– Lepiej być dzialaczem niż przezuwaczem będąc na publicznej scenie. Zwalaszcza gdy ma się zawód uprawniający do refleksji na rzeczywistością spoleczną zwłaszcza.
– mieć kilku przyjaciół, kilku, nie armię a kilku.To wystarczy
Dziękuję. Na pomysł tego tekstu wpadłem po jednym z komentarzy na SO, gdzie autor (słusznie) wskazywał na róznice miedzy nami. Te różnice kiedyś a najbardziej dzisiaj zostały sprowadzone do wojenki plemiennej, zupełnie nie oddającej istoty podziałów. Polska kiedys nie dzieliła sie na komuchów i solidaruchów, tak jak dzisiaj nie dzieli sie na prawaków i lewaków, czy jeszcze gorzej patriotów i prawdziwych POlaków z PiSu, oraz zdrajców, zaprzańców, kanalie z drugiej strony.
*
Polska dzieliła sie i dzieli na ludzi którzy mieli ambicje, cele, coś chcieli nie tylko dla siebie ale także dla innych, oraz na ludzi, którym jest wszystko jedno,innych maja w nosie a najbardziej ich cieszy, kiedy sąsiadowi zdechnie krowa.
Polska dzieli sie na ludzi porządnych, uczciwych i prawych, oraz takich którzy te wartości maja za nic, uwazając że przyzwoitość to słabość, a uczciwość to frajerstwo.
Polska dzieli sie na ludzi myslących, z otwartą głową, światłych i tolerancyjnych, oraz na ludzi, którzy takich postaw nie akceptują i wolą powtarzać slogany i anachroniczne stereotypy , nie rozwijać się i nienawidzić wszelkich odmienności.
*
Wspomnienie o moich nauczycielach, autorytetach, ludziach mądrych i dobrych, w tym o środowisku załozycieli, współpracowników a także komentatorów SO to narracja o ludziach, którym takie podziały przeszkadzały i przeszkadzają i którzy zmieniali i zmieniaja Polske bo wiedzieli i wiedzą, że zmiany w kierunku otwartości, tolerancji, edukacji oraz demokracji dają nadzieję na przezwycieżenie destrukcyjnych podziałów, które same w sobie nie tylko nie rozwiazują żadnego z naszych problemów, ale są wprost odpowiedzialne za tworzenie nowych, destrukcyjnych róznic miedzy ludźmi. To opowiadanie o nadziejach i szansach, zamiast o maraźmie i wykluczeniu.
Wspaniały tekst . Teraz widzę to jasno: te pokolenia nauczyły nas chcieć więcej, nie zadawalać się tym co mamy. Jeżeli istnieje gdzieś esencja polskości, która się pragnie nieść w sercu, to jest właśnie ten przekaz tak pięknie opowiedziany przez pana Sławka.
Dziekuję.
„Esencja polskości” – piękne określenie. Jeżeli istnieje, to właśnie dzięki pracy setek tysiecy a może i milionów ludzi podobnych do osób, które wspominam. Jest ich znacznie więcej niż myslimy, tyle że nie narzucają siebie nikomu, ani nie działają na pokaz. To dzięki nim jeszcze nie zwariowaliśmy z nadmiaru „upojenia szczęściem PiSu i ePiSkopatu”. I to oni – w tym także my wszyscy, w końcu przezwyciężymy dwie zarazy – pisowską i covidową.