Sławek: Marsz pokoleń44 min czytania

()

Zanim w 1982 roku wprowadzono I etap reformy gospodarczej najpierw powołano Komisję ds. Reformy Gospodarczej pod kierunkiem prof. Czesława Bobrowskiego. Tego dnia spotkałem mojego Profesora w windzie. Złożyłem mu gratulacje, a Profesor swoim zwyczajem zapytał czego mu gratuluję. Powołania w skład Komisji – odparowałem. Niech pan nie gratuluje mnie, ale im!!! Skoro mam „im” gratulować, to jak pan Profesor ocenia skład Komisji? Proszę pana stwierdził Profesor: „bigos, ale nieźle dobrany!”

W 1988 roku, w czerwcu na krótko przed wyborami do Rad Narodowych (mało kto dziś pamięta co to takiego było) znalazłem się w składzie licznej delegacji naszego uniwersytetu na obchody jubileuszu współpracy z uniwersytetem w Niemczech. W niedzielę ok. 6. rano chodziliśmy we dwóch z Profesorem po pustych o tej porze ulicach Frankfurtu nad Menem, czekając na transport. Ja, przybysz z PRL, zachwycałem się niedostępnym w Polsce wyborem rzeczy na wystawach sklepów, co Profesor, z właściwą sobie dezynwolturą skwitował: „patrz pan, panie kolego, czego ci kapitaliści z głodu nie wymyślą!” Pamiętam jego odpowiedź na wydawałoby się czysto teoretyczne pytanie, ile czasu potrzeba, aby osiągnąć taki poziom nasycenia rynku towarami jak w RFN, gdybyśmy dzisiaj wprowadzili gospodarkę rynkową. Nieprędko – odpowiedział i się nie pomylił.

W trakcie tej wizyty Profesor był szefem panelu dyskusyjnego na konferencji naukowej poświęconej rozwojowi gospodarki RFN i w Polsce. Większość z nas, a także nasi niemieccy koledzy świetnie orientowali się, że Polska znajduje się w głębokim, strukturalnym kryzysie gospodarczym. Obecnych na konferencji dwóch polskich profesorów ekonometrii, związanych z reżimem PRL, przedstawiło model dynamiki wzrostu systemu, z którego wynikało, że szczyt efektywności „…świetnie rozwijającej się gospodarki polskiej” jak zauważyli, przypadnie na lata 1991-1993, na co przytaczali swoje argumenty systemowe. Na sali zapanowała konsternacja. Myśmy milczeli wiedząc z kim sprawa, Niemcy zaniemówili. Profesor z natury człowiek spokojny, łagodny i tolerancyjny nie wytrzymał i jako szef panelu zabrał głos: Proszę państwa, co prawda nie znam się na modelach ekonometrycznych (nieprawda, znał się lepiej od tych pożal się boże komunistycznych „uczonych”), ale jeśli idzie o strategię to można ją różnie interpretować. Otóż — ciągnął Profesor, kojarzy mi się tutaj strategia bankiera inwestycyjnego, który w wyniku krachu na giełdzie w „Czarny Piątek”, stracił na Wall Street cały swój majątek, ponad 150 mln dolarów i w desperacji wyskoczył z okna swojego biurowca na 80. piętrze. Lecąc głową do dołu, przy każdym mijanym poziomie powtarzał sobie: „jak do tej pory – nie najgorzej!”.

Na marginesie do takich ludzi jak ci wspomniani ekonometrycy pasuje popularne w środowisku powiedzonko – wybitny polski profesor, wydał książkę i … dwóch kolegów.

Po wakacjach w 1990 r. lecąc na stypendium do Londynu spotkałem na Okęciu Profesora i jego córkę, która była naszą młodszą koleżanką ze studiów. Nie widzieliśmy się z nią kilka lat i okazało się, że wraca z urlopu, od rodziców do męża, z którym wspólnie mieszkają w Londynie. Co więcej, panicznie boi się latać samolotami, a wiele razy jeździła autobusem lub pociągiem. Tym razem musiała szybko dostać się drogą powietrzną. Profesor w tym samym czasie leciał służbowo w delegacji VIP-ów zupełnie gdzie indziej. Ucieszył się, że nie będzie musiał podtrzymywać córki na duchu, bo jej histeria wyraźnie mu ciążyła. Z ulgą zostawił ją pod moją opieką i zanim się pożegnał spróbował uspokoić córkę raz jeszcze. „Słuchaj — pocieszał ją — British Airways, którymi lecicie to najbardziej bezpieczne linie lotnicze na świecie, od ponad 5 lat nie zanotowały nie tylko żadnego wypadku, ale nawet poważniejszego incydentu. W takim razie sama rozumiesz, że najwyższy czas…”. Nigdy nie opowiadałem Profesorowi jak mnie wtedy urządził, a lot trwał wówczas 3 godziny, bo obszar powietrzny nad dawną NRD był wciąż zamknięty i latano trasą przez Gdańsk – Kopenhagę.

Ostatnie spotkanie z Profesorem (zmarł w 2007 r.) miało miejsce na początku lat dwutysięcznych, w przelocie, na ulicy. Profesor nie miał zwyczaju mijać znajomych bez choćby kilku zdań rozmowy. Był okres przedświąteczny i po złożeniu sobie życzeń zapytaliśmy z przyjacielem co mu się stało w rękę, którą miał w gipsie. Profesor nie byłby sobą, gdyby nie odparł dowcipnie, że bronił mienia Skarbu Państwa. Okazało się, że Profesorowi będącemu wtedy członkiem ważnego organu konstytucyjnego, w trakcie rozmowy na ulicy złodziej wyrwał służbowy telefon. Cóż było robić, gonił złodzieja, a że było ślisko przewrócił się i stąd efekt.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. Musz 25.12.2020
    • slawek 25.12.2020
  2. Andrzej Koraszewski 25.12.2020
    • slawek 25.12.2020
  3. z.szczypinski@chello.pl 26.12.2020
    • slawek 26.12.2020
  4. Arkadiusz Głuszek 26.12.2020
    • slawek 26.12.2020