A SB jeszcze biedniejsza…
PRL upadł, bo jego służby policyjne, milicja i SB działały tak, jak wszystko w tym kraju, jak stare socjalistyczne przedsiębiorstwo. Co to znaczy? To znaczy, że w gruncie rzeczy nic nie robiły, brały pieniądze, markowały działalność i aby uzasadnić swoje istnienie produkowały papierową fikcję.
Według akt SB, moja grupa była obserwowana od pewnego czasu przez SB dzięki agentowi o pseudonimie „Karol”, którym był ktoś z moich bliskich znajomych. „Karol” opisywał sugestywnie, jak to był u mnie w domu, ale nie mógł swobodnie rozmawiać, z powodu obecności rodziny, pisał: „zdobyłem jeszcze większe zaufanie u Łozińskiego, gdy opowiedziałem mu, że brałem aktywny udział w demonstracji 3 maja, za co zostałem ukarany karą w wysokości 5000 zł przez Kolegium”. „Karol” opisywał, jak to przyjąłem go z radością, jako starego znajomego i opowiedziałem mu o grupie „Legion Kondor”, co ma uprowadzić Narożniaka. Po tych ostatnich szczegółach wiedziałem od dawna, że donos „Karola” został sporządzony ze wsteczną datą i wsadzony do akt. Wiedziałem dobrze, że nic takiego żadnemu „Karolowi” nie opowiadałem, niezależnie od tego, kim by miał być „Karol”. Nie mogłem też przed aresztowaniem znać nazwy „Legion Kondor”, którą to nazwę wymyślili SB-cy już po moim aresztowaniu, by sugerować, że jesteśmy organizacją faszystowską.
Ale dziś wiem jeszcze więcej. Otóż wszystkie trzy donosy „Karola” są kompletną lipą. A wiem to stąd, że wiem już, kim był „Karol”. Nazywał się Kazimierz O. (znam pełne nazwisko) i pracował w redakcji „Walki Młodych” (pisma ZMS-u). Rzecz w tym, że ja takiej osoby w ogóle nie znam i nie zna jej nikt z mojej rodziny. Nie mogłem „Karola” Kazimierza O. przyjmować jako starego dobrego znajomego, wprowadzać do domu, opowiadać takich szczegółów, bo go wcale nie znałem. Jest zupełnie nieprawdopodobne, bym zachowywał się w sposób opisany przez „Karola” wobec osoby całkowicie obcej i nieznajomej. O tym, że donos „Karola” napisano później świadczy więcej faktów. Wpisano w ten donos wiedzę operacyjną ze śledztwa. „Karol” rzuca nazwiskami Wieśka Morawskiego, Tomka Gołębiewskiego i Mirka Święcha, rzuca też jedną z dat i miejscem spotkania. Ale to właśnie się kupy nie trzyma.
„Karol” pisze z datą 15 maja 1982 o spotkaniu odbytym dwa tygodnie później. 15 maja nie mogłem wymieniać nazwisk Gołębiewskiego i Morawskiego, bo ich jeszcze nie znałem. Poznałem ich kilka dni później, a jakie mają nazwiska dowiedziałem się dopiero od SB-ków w śledztwie. W dodatku prokurator Jackowska (vel Detko) powołując się na donos „Karola” napisała w akcie oskarżenia i mówiła na sali sadowej, że SB otrzymało wiadomość o naszej działalności 5 czerwca i na tej podstawie zatrzymano nas 8 czerwca. Jednak donos „Karola” nosi datę 15 maja, a 15 maja „Karol”, ani nikt inny, nie mógł wiedzieć o planowaniu uwolnienia Narożniaka, bo Narożniaka JESZCZE NIE POSTRZELONO! Starszy szeregowy Bydłoń strzelał do niego 10 dni później, 25 maja. Co więcej, wiem skąd się wzięła data 15 maja. „Karol” w donosie z 14 maja pisze, że ma się ze mną spotkać „w najbliższych dniach”. Oczywiście wcale się ze mną nie spotkał, tylko pewnie wysmarował kolejny zmyślony donos. Zamiast tego donosu, dokonując podmiany, umieszczono fałszywkę z datą 15 maja. Zapomniano tylko o drobnym szczególe, o tym, że do Narożniaka wtedy jeszcze nikt nie strzelał i żadna grupa „Kondor” nie naradzała się, jak go uwolnić.
Podobnie kompletną lipą są dwa poprzednie donosy „Karola”, z 8 maja i z 14 maja. „Karol” podaje w nich informacje z okresu jawnego działania „Solidarności”, informacje publicznie znane, a przedstawia je tak, jakby uzyskał je w drodze pracy operacyjnej już w stanie wojennym. „Karol” chyba cierpiał na brak gotówki i musiał coś napisać, by dostać kasę za donos. Pisze on na przykład, że trenował kung fu pod moim kierunkiem (może i trenował, przez klub przewinęło się parę tysięcy ludzi), oraz że „obecnie Łoziński prowadzi treningi na ul. Górczewskiej”. Na Górczewskiej to ja prowadziłem treningi w latach 1976-77, a wiec 5-6 lat wcześniej. Pisze, że uczyłem się kung fu „od jakiegoś Wietnamczyka” (ma zapewne na myśli Nama), co właśnie świadczy o tym, że „Karol” nic nie wie. Wietnamczyk Nam rzeczywiście prowadził przez 2 miesiące zajęcia w moim klubie, gdy ja już dawno miałem czarny pas. Nam jest ode mnie blisko 15 lat młodszy. Myślę, że ów „Karol” zetknął się ze mną i z Namem na Górczewskiej 5 lat wcześniej i na tym cała jego wiedza o mnie się skończyła. To wszystko daję pod uwagę zapalonym lustratorom, bo widać tu jak akta SB mają się do rzeczywistości.
SB coś jednak wiedziało. W piśmie z 2 czerwca 1982, generał brygady Zdzisław Sarewicz, Dyrektor Departamentu II MSW, napisał do płk Tadeusza Szczygła, zastępcy Komendanta Stołecznego MO ds. Służby Bezpieczeństwa następujące słowa: „Ze sprawdzonego źródła uzyskaliśmy informacje, z której wynika, iż specjalnie zorganizowana grupa podziemia „Solidarności” planuje odbicie Narożniaka. Podziemie przeprowadziło już konkretne rozpoznanie sytuacyjne (sądząc z daty mowa o nas, a nie o MRKS – przypis K.Ł.) i jest w stałym kontakcie z personelem szpitala […]. Organizatorzy planują obezwładnienie gazem paraliżującym dwóch funkcjonariuszy i przewiezienie Narożniaka do prywatnego mieszkania […]. Do akcji przygotowane są trzy samochody.”
O czym ta notatka świadczy? O tym, że SB miało bardzo ogólną informację, ale nie wiedziało, kto ma przeprowadzić akcję. Gdyby wiedziało, nakazano by obserwację lub zatrzymanie konkretnych osób. Ta informacja pochodzi wyraźnie od jakiegoś informatora na obrzeżach całej sprawy – coś słyszał, że coś jest grane, ale nie potrafił podać żadnego konkretu. Ten gaz paraliżujący też świadczy o tym, że mowa o nas, a nie o MRKS. To my początkowo planowaliśmy użycie gazu, który miał Wiesiek Morawski, ale zrezygnowaliśmy z powodu ryzyka, jakie niesie gaz w zamkniętym pomieszczeniu. O tym, że informator wiedział mało i jego wiedza była już nieaktualna świadczą też te trzy samochody. Taki pomysł zmiany kilku samochodów mieliśmy na samym początku planowania. Później doszliśmy do wniosku, że to bardziej ryzykowne, niż jazda jednym (trzeba wtajemniczyć więcej ludzi, ktoś mógłby zwrócić uwagę na przesiadki rannego na noszach).
Dalej generał Sarewicz pisze: „Uzgodniono (to znaczy podziemie uzgodniło) z personelem medycznym, iż w razie próby przewiezienia wymienionego do szpitala MSW, lekarze motywując to stanem zdrowia, odłożą planowany termin na kilka dni, umożliwiając w tym czasie przeprowadzenie akcji przez podziemie.”
Tu już pan generał nie tylko wie źle, ale nie wie, co robi jego własny resort. Nie planowano przewiezienia Janka do szpitala MSW, tylko na Rakowiecką do szpitala więziennego. Jego stan od samego początku pogarszano w dokumentach, więc to przewiezienie było opóźniane już od wielu dni. Jak wynika z innego dokumentu, decyzję o przewiezieniu Janka na Rakowiecką podjęto dopiero 7 czerwca, gdy Borowski i Bogumił już wywozili Narożniaka ze szpitala. Dokładnie w tym samym czasie, gdy akcja już trwała, SB zdecydowała się ją uniemożliwić przez zabranie Janka na Rakowiecką, ale nie wyznaczyła jeszcze żadnego terminu. Termin uzależniono od opinii dyrekcji szpitala, która miała ją opracować w porozumieniu ze swym personelem.
Na tej notatce z 2 czerwca napisano odręcznie: „Naczelnik wydz. III. Podejmijcie przedsięwzięcia zabezpieczające wspólnie z towarzyszami ochraniającymi – pilnującymi. Pilecki”. Adresat pisma, płk Szczygieł (szef stołecznej SB), napisał: „Bardzo pilne. Proszę o rozkazy tow. Jarmoliński” z datą 4 czerwca. A wiec przez dwa dni SB nic nie zrobiła, tylko przesyłała dalej drogą służbową, a szef stołecznej SB prosił o rozkazy (!!!) podporucznika SB Mieczysława Jarmolińskiego, prowadzącego operację „Doktorant”, czyli inwigilującego Narożniaka. Dalej też nie zrobiono nic.
I tak mamy już 5 czerwca, gdy naczelnik Wydziału III KS MO pisze meldunek operacyjny do naczelnika Wydziału I Departamentu III MSW: „Zdaniem lekarzy hospitalizacja Narożniaka potrwa ok. 2 miesięcy. […] Przed drzwiami pokoju stałą wartę pełni 5 funkcjonariuszy ZOMO”. To oczywiście typowa dla tamtych czasów „dupokrytka”, czyli dokument mający uzasadnić, dlaczego towarzysz naczelnik nic nie robi, a w razie co, winien jest kto inny. Skoro miało pilnować 5 ZOMO-wców, to za klapę odpowiada ZOMO (bo naprawdę było tylko dwóch). Odpis tego otrzymuje też wspomniany już Mieczysław Jarmoliński.
W dalszym ciągu tej „dupokrytki” czytamy: „O zamiarze odbicia Narożniaka poinformowano płk Rusinowicza, d-cę ZOMO. Podjęto sprawdzanie personelu medycznego zatrudnianego na oddziale, na którym leży figurant (czyli Narożniak), pod kątem postaw politycznych. Zaktywizowano pracę osobowych źródeł informacji zatrudnionych w Akademii Medycznej”. Muszę tu wyjaśnić, co znaczą te terminy. „Figurant” to osoba śledzona, a „osobowe źródła informacji” to wcale nie tajni współpracownicy, tylko osoby stale informujące SB z racji swych funkcji – dyrekcja, dział kadr itp. Tłumacząc tę notatkę z polskiego na nasze, znaczy ona, że nic konkretnie nie zrobiono, tylko zwalono kłopot na dowódcę ZOMO płk Rusinowicza. Typowa spychotechnika.

Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.