Krzysztof Łoziński: Sprawa (nie tylko) Narożniaka85 min czytania

()

A SB jeszcze biedniejsza…

PRL upadł, bo jego służby policyjne, milicja i SB działały tak, jak wszystko w tym kraju, jak stare socjalistyczne przedsiębiorstwo. Co to znaczy? To znaczy, że w gruncie rzeczy nic nie robiły, brały pieniądze, markowały działalność i aby uzasadnić swoje istnienie produkowały papierową fikcję.

Według akt SB, moja grupa była obserwowana od pewnego czasu przez SB dzięki agentowi o pseudonimie „Karol”, którym był ktoś z moich bliskich znajomych. „Karol” opisywał sugestywnie, jak to był u mnie w domu, ale nie mógł swobodnie rozmawiać, z powodu obecności rodziny, pisał: „zdobyłem jeszcze większe zaufanie u Łozińskiego, gdy opowiedziałem mu, że brałem aktywny udział w demonstracji 3 maja, za co zostałem ukarany karą w wysokości 5000 zł przez Kolegium”. „Karol” opisywał, jak to przyjąłem go z radością, jako starego znajomego i opowiedziałem mu o grupie „Legion Kondor”, co ma uprowadzić Narożniaka. Po tych ostatnich szczegółach wiedziałem od dawna, że donos „Karola” został sporządzony ze wsteczną datą i wsadzony do akt. Wiedziałem dobrze, że nic takiego żadnemu „Karolowi” nie opowiadałem, niezależnie od tego, kim by miał być „Karol”. Nie mogłem też przed aresztowaniem znać nazwy „Legion Kondor”, którą to nazwę wymyślili SB-cy już po moim aresztowaniu, by sugerować, że jesteśmy organizacją faszystowską.

Ale dziś wiem jeszcze więcej. Otóż wszystkie trzy donosy „Karola” są kompletną lipą. A wiem to stąd, że wiem już, kim był „Karol”. Nazywał się Kazimierz O. (znam pełne nazwisko) i pracował w redakcji „Walki Młodych” (pisma ZMS-u). Rzecz w tym, że ja takiej osoby w ogóle nie znam i nie zna jej nikt z mojej rodziny. Nie mogłem „Karola” Kazimierza O. przyjmować jako starego dobrego znajomego, wprowadzać do domu, opowiadać takich szczegółów, bo go wcale nie znałem. Jest zupełnie nieprawdopodobne, bym zachowywał się w sposób opisany przez „Karola” wobec osoby całkowicie obcej i nieznajomej. O tym, że donos „Karola” napisano później świadczy więcej faktów. Wpisano w ten donos wiedzę operacyjną ze śledztwa. „Karol” rzuca nazwiskami Wieśka Morawskiego, Tomka Gołębiewskiego i Mirka Święcha, rzuca też jedną z dat i miejscem spotkania. Ale to właśnie się kupy nie trzyma.

„Karol” pisze z datą 15 maja 1982 o spotkaniu odbytym dwa tygodnie później. 15 maja nie mogłem wymieniać nazwisk Gołębiewskiego i Morawskiego, bo ich jeszcze nie znałem. Poznałem ich kilka dni później, a jakie mają nazwiska dowiedziałem się dopiero od SB-ków w śledztwie. W dodatku prokurator Jackowska (vel Detko) powołując się na donos „Karola” napisała w akcie oskarżenia i mówiła na sali sadowej, że SB otrzymało wiadomość o naszej działalności 5 czerwca i na tej podstawie zatrzymano nas 8 czerwca. Jednak donos „Karola” nosi datę 15 maja, a 15 maja „Karol”, ani nikt inny, nie mógł wiedzieć o planowaniu uwolnienia Narożniaka, bo Narożniaka JESZCZE NIE POSTRZELONO! Starszy szeregowy Bydłoń strzelał do niego 10 dni później, 25 maja. Co więcej, wiem skąd się wzięła data 15 maja. „Karol” w donosie z 14 maja pisze, że ma się ze mną spotkać „w najbliższych dniach”. Oczywiście wcale się ze mną nie spotkał, tylko pewnie wysmarował kolejny zmyślony donos. Zamiast tego donosu, dokonując podmiany, umieszczono fałszywkę z datą 15 maja. Zapomniano tylko o drobnym szczególe, o tym, że do Narożniaka wtedy jeszcze nikt nie strzelał i żadna grupa „Kondor” nie naradzała się, jak go uwolnić.

Podobnie kompletną lipą są dwa poprzednie donosy „Karola”, z 8 maja i z 14 maja. „Karol” podaje w nich informacje z okresu jawnego działania „Solidarności”, informacje publicznie znane, a przedstawia je tak, jakby uzyskał je w drodze pracy operacyjnej już w stanie wojennym. „Karol” chyba cierpiał na brak gotówki i musiał coś napisać, by dostać kasę za donos. Pisze on na przykład, że trenował kung fu pod moim kierunkiem (może i trenował, przez klub przewinęło się parę tysięcy ludzi), oraz że „obecnie Łoziński prowadzi treningi na ul. Górczewskiej”. Na Górczewskiej to ja prowadziłem treningi w latach 1976-77, a wiec 5-6 lat wcześniej. Pisze, że uczyłem się kung fu „od jakiegoś Wietnamczyka” (ma zapewne na myśli Nama), co właśnie świadczy o tym, że „Karol” nic nie wie. Wietnamczyk Nam rzeczywiście prowadził przez 2 miesiące zajęcia w moim klubie, gdy ja już dawno miałem czarny pas. Nam jest ode mnie blisko 15 lat młodszy. Myślę, że ów „Karol” zetknął się ze mną i z Namem na Górczewskiej 5 lat wcześniej i na tym cała jego wiedza o mnie się skończyła. To wszystko daję pod uwagę zapalonym lustratorom, bo widać tu jak akta SB mają się  do rzeczywistości.

SB coś jednak wiedziało. W piśmie z 2 czerwca 1982, generał brygady Zdzisław Sarewicz, Dyrektor Departamentu II MSW, napisał do płk Tadeusza Szczygła, zastępcy Komendanta Stołecznego MO ds. Służby Bezpieczeństwa następujące słowa: „Ze sprawdzonego źródła uzyskaliśmy informacje, z której wynika, iż specjalnie zorganizowana grupa podziemia „Solidarności” planuje odbicie Narożniaka. Podziemie przeprowadziło już konkretne rozpoznanie sytuacyjne (sądząc z daty mowa o nas, a nie o MRKS – przypis K.Ł.) i jest w stałym kontakcie z personelem szpitala […]. Organizatorzy planują obezwładnienie gazem paraliżującym dwóch funkcjonariuszy i przewiezienie Narożniaka do prywatnego mieszkania […]. Do akcji przygotowane są trzy samochody.”

O czym ta notatka świadczy? O tym, że SB miało bardzo ogólną informację, ale nie wiedziało, kto ma przeprowadzić akcję. Gdyby wiedziało, nakazano by obserwację lub zatrzymanie konkretnych osób. Ta informacja pochodzi wyraźnie od jakiegoś informatora na obrzeżach całej sprawy – coś słyszał, że coś jest grane, ale nie potrafił podać żadnego konkretu. Ten gaz paraliżujący też świadczy o tym, że mowa o nas, a nie o MRKS. To my początkowo planowaliśmy użycie gazu, który miał Wiesiek Morawski, ale zrezygnowaliśmy z powodu ryzyka, jakie niesie gaz w zamkniętym pomieszczeniu. O tym, że informator wiedział mało i jego wiedza była już nieaktualna świadczą też te trzy samochody. Taki pomysł zmiany kilku samochodów mieliśmy na samym początku planowania. Później doszliśmy do wniosku, że to bardziej ryzykowne, niż jazda jednym (trzeba wtajemniczyć więcej ludzi, ktoś mógłby zwrócić uwagę na przesiadki rannego na noszach).

Dalej generał Sarewicz pisze: „Uzgodniono (to znaczy podziemie uzgodniło) z personelem medycznym, iż w razie próby przewiezienia wymienionego do szpitala MSW, lekarze motywując to stanem zdrowia, odłożą planowany termin na kilka dni, umożliwiając w tym czasie przeprowadzenie akcji przez podziemie.”

Tu już pan generał nie tylko wie źle, ale nie wie, co robi jego własny resort. Nie planowano przewiezienia Janka do szpitala MSW, tylko na Rakowiecką do szpitala więziennego. Jego stan od samego początku pogarszano w dokumentach, więc to przewiezienie było opóźniane już od wielu dni. Jak wynika z innego dokumentu, decyzję o przewiezieniu Janka na Rakowiecką podjęto dopiero 7 czerwca, gdy Borowski i Bogumił już wywozili Narożniaka ze szpitala. Dokładnie w tym samym czasie, gdy akcja już trwała, SB zdecydowała się ją uniemożliwić przez zabranie Janka na Rakowiecką, ale nie wyznaczyła jeszcze żadnego terminu. Termin uzależniono od opinii dyrekcji szpitala, która miała ją opracować w porozumieniu ze swym personelem.

Na tej notatce z 2 czerwca napisano odręcznie: „Naczelnik wydz. III. Podejmijcie przedsięwzięcia zabezpieczające wspólnie z towarzyszami ochraniającymi – pilnującymi. Pilecki”. Adresat pisma, płk Szczygieł (szef stołecznej SB), napisał: „Bardzo pilne. Proszę o rozkazy tow. Jarmoliński” z datą 4 czerwca. A wiec przez dwa dni SB nic nie zrobiła, tylko przesyłała dalej drogą służbową, a szef stołecznej SB prosił o rozkazy (!!!) podporucznika SB Mieczysława Jarmolińskiego, prowadzącego operację „Doktorant”, czyli inwigilującego Narożniaka. Dalej też nie zrobiono nic.

I tak mamy już 5 czerwca, gdy naczelnik Wydziału III KS MO pisze meldunek operacyjny do naczelnika Wydziału I Departamentu III MSW: „Zdaniem lekarzy hospitalizacja Narożniaka potrwa ok. 2 miesięcy. […] Przed drzwiami pokoju stałą wartę pełni 5 funkcjonariuszy ZOMO”. To oczywiście typowa dla tamtych czasów „dupokrytka”, czyli dokument mający uzasadnić, dlaczego towarzysz naczelnik nic nie robi, a w razie co, winien jest kto inny. Skoro miało pilnować 5 ZOMO-wców, to za klapę odpowiada ZOMO (bo naprawdę było tylko dwóch). Odpis tego otrzymuje też wspomniany już Mieczysław Jarmoliński.

W dalszym ciągu tej „dupokrytki” czytamy: „O zamiarze odbicia Narożniaka poinformowano płk Rusinowicza, d-cę ZOMO. Podjęto sprawdzanie personelu medycznego zatrudnianego na oddziale, na którym leży figurant (czyli Narożniak), pod kątem postaw politycznych. Zaktywizowano pracę osobowych źródeł informacji zatrudnionych w Akademii Medycznej”. Muszę tu wyjaśnić, co znaczą te terminy. „Figurant” to osoba śledzona, a „osobowe źródła informacji” to wcale nie tajni współpracownicy, tylko osoby stale informujące SB z racji swych funkcji – dyrekcja, dział kadr itp. Tłumacząc tę notatkę z polskiego na nasze, znaczy ona, że nic konkretnie nie zrobiono, tylko zwalono kłopot na dowódcę ZOMO płk Rusinowicza. Typowa spychotechnika.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

14 komentarzy

  1. Jerzy Łukaszewski 24.01.2015
    • Krzysztof Łoziński 24.01.2015
  2. jotbe_x 24.01.2015
  3. Agnieszka Kurek 24.01.2015
    • Krzysztof Łoziński 24.01.2015
  4. Jerzy Łukaszewski 24.01.2015
    • Krzysztof Łoziński 24.01.2015
  5. Woziwoda 25.01.2015
  6. Krzysztof Łoziński 25.01.2015
  7. Piotr Topiński 26.01.2015
  8. Woziwoda 26.01.2015
  9. Krzysztof Łoziński 26.01.2015
  10. Krzysztof Łoziński 26.01.2015
    • Jerzy Łukaszewski 28.01.2015