Reperkusje
Po wyjściu z więzienia niemal natychmiast powróciłem do działalności konspiracyjnej. W 1990 roku, już po przełomie, zostałem uniewinniony przez Sąd Najwyższy. Kilka miesięcy po mnie został aresztowany Adam Borowski a później, razem z innymi osobami z kierownictwa MRKS, Jerzy Bogumił. Sam Jan Narożniak ujawnił się w 1983 roku w ramach amnestii (Adam i Jerzy jeszcze wówczas siedzieli). Miał później długotrwałe komplikacje zdrowotne (żółtaczkę wszczepienną), ale ostatecznie z tego wyszedł. Dość długo siedzieli Andrzej Sankowski i Jerzy Siwiec. Być może i inne osoby, o których nie wiem.
Adam Borowski został skazany na 6 lat więzienia, Jerzy Bogumił na 2 lata, ja na 1,5 roku. Wszystkie wyroki bez zawieszenia. W akcji MRKS brali jeszcze udział Kazimierz Hinz i Mirosław Radzikowski.
Gdy zostałem aresztowany, dyrektorzy Teatru Wielkiego, Robert Satanowski i Jerzy Bojar złożyli poręczenie społeczne. Zaledwie 3 miesiące później, łamiąc prawo, zwolniono mnie z pracy (ustawa zabraniała zwalniania funkcyjnych działaczy związkowych). Podpisał to inż. Piotr Marconi, który nie był moim przełożonym. Widać nikt z moich szefów, ani z dyrekcji, podpisać tego nie chciał. Po zwolnieniu z aresztu chciałem wrócić do pracy. Dyrektor Robert Satanowski zgodził się, ale potrzebna była jeszcze zgoda Urzędu Zatrudnienia. Tam jednak był na mnie zapis SB i zgody nie dostałem. W tym samym czasie dyrektorzy Teatru Wielkiego zostali wezwani do Ministerstwa Kultury i obrugani. Przez kilka lat SB uniemożliwiało mi normalne zatrudnienie. Przeżyłem i tak dzięki pracom wysokościowym oraz zagranicznej pomocy, którą organizował dla mojej rodziny Andrzej Roman.
W 1984 roku, z okazji 25-lecia klubu „Błyskawica” urządziłem z moimi uczniami pokaz kung fu. Po pokazie podszedł do mnie major Edward Misztal i zaproponował mi szkolenie oddziałów specjalnych milicji, których był dowódcą. Proponował gigantyczne, jak na tamte czasy, wynagrodzenie. Zaledwie dwa lata wcześniej jego podwładni ciężko pobili Mirka Święcha, grozili mi pistoletami i wyrzuceniem przez okno z 6 piętra, fałszowali dokumenty procesowe. Przypomniałem mu o tym i odmówiłem.
— Tamte sprawy nie mają znaczenia – odparł Misztal.
— Ale ma znaczenie to, że milicja do ludzi strzela.
— Oj z tym strzelaniem to było zupełnie inaczej…
— Było tak, że górnicy żyli, a nie żyją – odparłem i do rozmowy już nie wracaliśmy.
Mało kto wie, że sprawa Narożniaka spowodowała trwałe zmiany w przepisach dotyczących uprawiania sportu. Po wpadce grupy „Kondor” władze przestraszyły się, że w podziemiu pojawili się mistrzowie i instruktorzy wschodnich sztuk walki. Odbyło się spotkanie prezesów i trenerów z milicją, na którym pewien oficer z KG milicji krzyczał: „jak student rzuca w milicjanta kamieniem, to trudno. Ale na to, żeby student jakieś karaty ćwiczył, władza ludowa zgodzić się nie może”. Efektem było zarządzenie GKKFiS „o zasadach uprawiania wybranych dyscyplin sportu”. Objęto nim także alpinizm, żeglarstwo, lotniarstwo itp., czyli wszystkie niepokorne środowiska sportowe. Zarządzenie przewidywało przymus zrzeszania się w istniejących związkach sportowych i cały szereg represyjnych rozwiązań.
_______________________
Zamykając opis tych wydarzeń chciałbym powiedzieć jeszcze jedno. Do nikogo nie mam pretensji za okazanie słabości w czasie przesłuchań. W przeciwieństwie do wielu obecnych lustratorów-amatorów, wiem, że żaden człowiek nie ma odporności nadprzyrodzonej. Wiem też, że nikt, komu nie przystawiano pistoletu do głowy, nie ma moralnego prawa oceniać tego, jak inni zachowywali się w areszcie. Niestety większość dzisiejszych krytyków naszych ówczesnych działań wyrażała swą dezaprobatę wobec systemu wyłącznie za pomocą drżenia portek. Może wiec robiliśmy coś głupio, może czasem śmiesznie, może ktoś z nas czasem się załamał i zeznawał więcej niż powinien, ale pamiętajmy, że ci ludzie nie ograniczali się wyłącznie do drżenia portek. W podziemiu nie było legitymacji i list członków. Dlatego dziś szeregi podziemia uległy cudownemu rozmnożeniu o takich co „na tapczanie walczyli z komuną”. Ci mają najbardziej wypiętą pierś do orderów.
I na koniec – walka z mitem
W 1980 roku, ani w podziemiu nie mogliśmy ujawnić kto naprawdę wydobył list Czubińskiego, od czego cała sprawa się zaczęła. Opinia publiczna błędnie przypisała ten czyn Janowi Narożnikowi i tak w pamięci wielu ludzi zostało. Liczyłem na to, że prawdę ujawni sam Jan Narożniak, bo przecież ją zna. Wie od kogo dostał ten dokument do powielenia. Niestety Narożniak milczy.
Rafał Geremek napisał w 1999 roku w „Życiu”, że działacze dawnego podziemia mają do Janka Narożniaka pewne żale, a dokładnie o to, że korzystając z amnestii ujawnił się, gdy Adam Borowski siedział jeszcze w wiezieniu. To pewna nieścisłość. Żal to my, owszem mamy, ale nie o to. Raczej o to, że do dziś nie słyszeliśmy od niego słowa „dziękuję”, a także za pewien „wjazd kserokopiarką do historii”, za to granie roli bohatera i umniejszanie roli innych osób. Szczególnie przykro odebraliśmy film dokumentalny Krzysztofa Langa „Palec Jana Narożniaka”. Tak się bowiem złożyło, że w tym filmie Jerzy Bogumił, Adam Borowski i ja jesteśmy jedynymi osobami, które pojawiają się na ekranie nie podpisane nazwiskiem (a podpisano dokładnie wszystkie inne osoby). Ja pojawiam się na tym filmie jako „jakiś młody człowiek” przemawiający na wiecu w Ursusie, Adam i Jerzy, jako „jacyś ludzie”, którzy wywożą Narożniaka ze szpitala. Naprawdę nie chodzi nam o to, by nam dawano ordery i stawiano pomniki, tylko o zwykłą uczciwość wobec faktów. Zwłaszcza, że autor filmu, Krzysztof Lang, doskonale mnie zna i dokładnie wie, jak się ten „jakiś młody człowiek” na ekranie nazywa. Nie podpisanie Adama i Jerzego to już bardzo gruby nietakt. Szanowny Krzysztofie i szanowny Janku, my nie jesteśmy „jacyś ludzie”. My mamy imiona i nazwiska, a wy dobrze je znacie.
Rafał Geremek, bez złej woli, ale raczej z niewiedzy pisze, że Janek Narożniak w 1980 roku „w drukarni przypadkiem przechwycił esbecką instrukcję ‘Jak zwalczać opozycję’ i przedrukował ją w podziemnym pisemku”, co stało się powodem jego ówczesnego aresztowania. Uff! Niemal wszystko w tym zdaniu jest nieprawdą. („Życie” 11-12 grudnia 1999)
Później wielokrotnie pojawia się w różnych mediach wersja, że Jan Narożniak i Piotr Sapeła ujawnili list Czubińskiego. Za każdym razem piszę sprostowanie i za każdym razem zostaje ono zamieszczone. Narożniak milczy. W końcu, w 2014 roku ten sam błąd popełnia Zbigniew Hołdys w Nesweeku. Ja zwykle piszę sprostowanie. Otrzymuję utrzymaną w dość aroganckim tonie odpowiedź, że mam mu dać spokój, bo Jan Narożniak został za to odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ja jestem nikim, bo nie ma mnie w Wikipedii.
Przebieg wydarzeń został przeze mnie opisany obszernie w „Kontratekstach” ok. 10 lat temu. Został też opisany (nie przeze mnie) w „Tygodniku Solidarność” z dnia 13 maja 2005 roku. Sprawę badał też historyk Ośrodka „Karta” Bartosz Kaliski, ale opisał tylko samą akcję uwolnienia Jana Narożnika przez MRKS.
Opisane przeze mnie wydarzenia były badane przez prokuraturę IPN w Warszawie (prok. Marian Rębacz) i w Rzeszowie. Były też przedmiotem postępowań dowodowych przed Sądem Okręgowym w Warszawie, Wydział Cywilny i Wydział Karny. Zostały też przez te sądy opisane (zgodnie z moja wersją). Dysponuję pokaźnym stosem dokumentów potwierdzających to, co opisałem. O tym, że to ja ujawniłem list Czubińskiego, a błędnie przypisano to Narożnikowi, przeczytać można w „Encyklopedii Solidarności” pod hasłem „Krzysztof Łoziński”.
No, ale cóż… nie ma mnie w Wikipedii… A może ja wcale nie chcę w niej być. Chodzi mi tylko o elementarną prawdę, o zwykłą uczciwość wobec faktów.
Krzysztof Łoziński
Pseudonimy w podziemiu: „Monter” i „Warchoł”


Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.