Zaskoczenie
8 czerwca 1982 roku jak zwykle przyszedłem rano do pracy w modelatorni Teatru Wielkiego. Niemal natychmiast otrzymałem informację (nie pamiętam już skąd) o tym, że Janek Narożniak został odbity przez podziemie. Pamiętam, że w pierwszej chwili kompletnie zbaraniałem. Jak, kto, jakim cudem? Byłem przekonany, że to jedna z moich grup wyskoczyła przed szereg i wykonała akcję bez mojego polecenia. Do głowy mi nie przyszło, że zrobił to zupełnie kto inny (Adam Borowski i Jerzy Bogumił z MRKS). Znacznie później dowiedziałem się, jak to było, ale do dziś nie wszystko w tej sprawie wiem.
Adam Borowski wpadł na pomysł odbicia Janka Narożniaka niezależnie ode mnie i na pewno później ode mnie, bo zaledwie na kilka dni przed akcją (nasze przygotowania trwały dwa tygodnie). Zwrócił się o informacje prawdopodobnie do tego samego źródła, co ja, czyli do lekarzy z Banacha. Otrzymał cały przygotowany dla nas pakiet informacji, łącznie z tymi, które zdobył Bogdan (musiały one przejść do niego jakąś okrężną drogą przez środowisko Zbyszka Bujaka). Nie jest dla mnie jasne do dziś i nie wiem, czy kiedykolwiek zostanie wyjaśnione, w jaki sposób MRKS zdobył pomysł przeprowadzenia akcji tak zwanym „trzecim sposobem”. Nie mogę wykluczyć, że dysponując tym samym pakietem danych, po prostu to samo wymyślili. Wysoce prawdopodobne, że ci sami ludzie, którzy przygotowywali zaplecze akcji na polecenie Marka Hołuszki, w pewnym momencie zaczęli pracować dla Adama, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że to już kto inny z nimi współpracuje. Z całą pewnością Adam Borowski i Jerzy Bogumił nie wiedzieli, że dostają jak w pigułce gotowe rozpoznanie zrobione już przez kogo innego i byli przekonani, że sami zbierają informacje. Z całą pewnością nikt nie zlecił Adamowi mojej akcji (co przez pewien czas podejrzewałem). Te fakty ustaliłem, gdy kilka lat później rozmawiałem z Adamem. W każdym razie akcja odbyła się dokładnie tak, jak ją przygotowałem, choć nie mogę wykluczyć, że niektóre rozwiązania MRKS opracował niezależnie, myśląc tymi samymi torami, co my. Kilka osób z MRKS-u, z którymi rozmawiałem po latach, nadal uważa, że całą akcję przygotowało samodzielnie. No cóż, tak powstają zagadki historii.
Dziś wiem jeszcze, że była trzecia inicjatywa uwolnienia Narożnika. Jej autorem był drugi lekarz z Banacha, dr Jerzy Siwiec. Już po kilku dniach współpracował on z Adamem Borowskim i Zbigniewem Romaszewskim i te dwie inicjatywy połączyły się w jedną.
Z całą pewnością też lekarz, Andrzej Sankowski, „nasz człowiek” na Banacha, nie wiedział, że w pierwszym etapie przygotowań współpracował z kim innym, a w ostatnim, z kim innym. Przecież „Barnaba” (Wroniszewski) nie mówił mu, dla kogo zbiera informacje. Mnie z kolei Marek Hołuszko nie mówił, kto ma Janka przewieźć i dokąd. To już nie miało mnie obchodzić, a w konspiracji nie zadaje się zbędnych pytań. Jednego jestem pewien, gdyby nie nasza wielodniowa praca, Adam i Jerzy nie przeprowadziliby rozpoznania tak szybko. Wiem, ile pracy to wymagało. Zresztą, gdyby nie zwlekanie z decyzją ze strony Zbyszka Bujaka, to my byśmy zrobili tę akcję pierwsi, bo byliśmy całkowicie gotowi od dobrych paru dni. Ale to nie sport, ani licytacja zasług. Ważne, że jako całość – Solidarność w podziemiu – przeprowadziliśmy akcję. Reszta nie ma znaczenia.
Jak przebiegła akcja? Jest niestety kilka nie do końca spójnych wersji co do szczegółów. Prosiłem Adama Borowskiego, by to opisał, ale do dziś tego nie zrobił. Muszę więc opierać się na tym, co wiem. Adam Borowski zadzwonił z budki telefonicznej na oddział, na którym leżał Janek Narożniak i powiedział, że dzwoni z bloku operacyjnego i „prosimy pana Narożniaka na zabieg”. Nikogo to nie dziwiło, bo Jankowi codziennie na bloku operacyjnym zmieniano opatrunki. Dwaj sanitariusze wzięli Janka na wózek i zawieźli na blok operacyjny. Milicjanci podążyli za nimi, ale na salę operacyjną nie weszli, tylko zostali pod drzwiami. Drzwi otworzył lekarz, Andrzej Sankowski. Adam Borowski i Jerzy Bogumił byli już w środku (według innej wersji, byli na sali pooperacyjnej od godz. 8.30). Po zabiegu wzięli wózek z Jankiem i wyszli innymi drzwiami, tak że milicjanci ich nie zauważyli. Zjechali windą do podziemia i korytarzem przez prosektorium zawieźli Janka do wyjścia przez mały budynek, gdzie czekał samochód, Nysa lub żuk, wcale nie z pogotowia. Zawieźli go do przygotowanego lokalu, w którym ukrywał się aż do amnestii. Milicjanci czekali pod drzwiami ponad godzinę, zaczym zorientowali się, że zostali wykiwani. Adam i Jerzy wykonali więc akcję dokładnie w ten sam sposób, w jaki ja zamierzałem to zrobić. Muszę stwierdzić, że zrobili to perfekcyjnie i należy im się za to najwyższe uznanie.

Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.