Krzysztof Łoziński: Sprawa (nie tylko) Narożniaka85 min czytania

()

Symulacja, czyli biełaja shizofrenija

Śledztwo praktycznie ugrzęzło, pora pomyśleć o sobie, czyli rozwiązać problem: jak wyjść z więzienia? Postępowanie toczy się w trybie doraźnym i z tego powodu grozi mi 3 lata za wejście na salę sądową, a dalej się zobaczy. Są tylko dwie metody uchylenia trybu doraźnego – zmiana zarzutu (nie ma szans) lub orzeczenie biegłych o „ograniczonym rozeznaniu czynu i zdolności kierowania swoim postępowaniem”. No tak, ale do tego trzeba być chorym, a ja jestem zdrowy jak byk. W chorobę somatyczną albo psychiczną wyczynowego sportowca, alpinisty, trenera dwóch dyscyplin sportów walki, kung-fu i judo, posiadacza czarnego pasa, nikt nie uwierzy. Czyli klops. Na szczęście więzień ma bardzo dużo czasu na myślenie i kombinowanie. No to wykombinowałem intrygę tak nieprawdopodobną, że sam w nią nie wierzyłem. Ale co mi szkodzi spróbować?

Mówię klawiszowi, że chcę złożyć zeznanie. Już następnego dnia zgłasza się zdziwiony pułkownik Będkowski.

— Cóż to się stało, że pan Łoziński chce nagle składać zeznania?

— Jedno zeznanie.

— Jakie?

— Takie, że mam uszkodzony centralny układ nerwowy.

Zapada cisza.

— Pan mnie robi w konia – Będkowski doskonale wie, co jest grane.

— Ja składam zeznanie.

— I ja mam je zaprotokółować?

— Tak.

Będkowski milczy i po chwili mówi:

— Jak pan chce, ale tu już większe cwaniaki symulowały – i wyciąga protokół.

Składam zeznanie, że trenując sporty walki doznawałem wielu urazów głowy z powodu uderzeń i wstrząsów po upadkach a w dodatku jako alpinista wystawiony byłem na niedotlenienie. Poza tym na wyprawach przechodziłem różne ciężkie choroby tropikalne. Po takim zeznaniu Będkowski musi skierować mnie na badanie neurologiczne, bo to wynika z kodeksu postępowania karnego. Jeśli podejrzany zeznaje, że jest chory, to musi być opinia lekarza w aktach.

Tydzień później prowadzą mnie do szpitala więziennego. Ten szpital robi takie wrażenie, że zdrowy by umarł, ale nie wszyscy lekarze, którzy w nim pracują są tacy jak doktor Wroński (orzekł, że Jan Józef Lipski z wszczepionym rozrusznikiem serca jest idealnie zdrowy). Większość to zupełnie normalni lekarze. Na to właśnie liczę. Mówię lekarzowi, który mnie bada, że razem z doktorem Wiktorem Bodnarem prowadziłem zajęcia ze sportoterapii w szpitalu na Sobieskiego. Liczę po cichu na to, że ten lekarz skontaktuje się z Bodnarem, który zna moją rodzinę.

Dobrze trafiłem. Na drugi dzień Bodnar zjawia się u mnie w domu. Wiadomość, że symuluję chorobę i jest szansa, by mnie wyciągnąć dociera do podziemia. Nie wiem, kim był ów lekarz z Rakowieckiej, ale w następnych dniach w pełni współpracował z podziemiem. Przekazał mi gryps z instrukcją, jak się mam zachowywać i orzekł, że konieczna jest obserwacja w szpitalu psychiatrycznym. Podziemie spodziewało się, że przewiozą mnie do Pruszkowa, gdzie w konspiracji był prawie cały personel, a stamtąd dam nogę. Ale ja nie chciałem dawać nogi. Wiedziałem, że jeśli plan się uda, to za dwa, trzy miesiące, i tak wyjdę.

Ale pułkownik Będkowski nie był durniem i wiedział, o co mi chodzi. Zamiast do Pruszkowa przewieziono mnie do Łodzi. Wylądowałem w szpitalu im. Babińskiego, ale ciągle za kratą, na oddziale zamkniętym.

Symulowanie choroby na oddziale psychiatrycznym jest dla zdrowego człowieka tak ciężkim stresem, że nikomu go nie życzę. Wprawdzie ja nie symuluję choroby psychicznej, tylko neurologiczną, ale przebywam razem ze schizofrenikami, paranoikami. Poza tym muszę sam się poniżać, na przykład udając, że jak zaczynam rysować kreskę, to nie mogę jej skończyć i rysuję nawet za kartką, lub specjalnie robić błędy w teście na inteligencję. Najgorsze jest to, że muszę wmawiać lekarzom (do protokółu badania), iż w tej sprawie nie wiedziałem, co czynię, że byłem bezwolnym narzędziem otoczenia, które wywierało na mnie presję. To było jedno z najcięższych przeżyć w moim życiu. Następnym razem wybrałbym odsiadkę.

Dziś wiem, że tym lekarzom nie musiałem nic wmawiać. Doskonale wiedzieli, że symuluję, ale zamiast mnie wsypać, postanowili mi pomóc. Już następnego dnia rano ordynator, dr Maria K., przenosi mnie na oddział otwarty (z komentarzem: „Nie jestem klawiszem, nie trzymam zdrowych ludzi za kratą”). Nie jest w tym konsekwentna, bo na oddziale zamkniętym jest dwóch kryminalistów, którzy też ewidentnie symulują, ale ich zza kraty nie wypuściła. Mogę wyjść do parku, a nawet zwiać, ale nie jestem taki głupi. Czuję już, że wkrótce i tak wyjdę, a za ucieczkę mogą mi dowalić nawet 5 lat.

Tego samego dnia wieczorem zgłasza się do mnie pielęgniarka Anka – łączniczka łódzkiego podziemia, a dr Maria K., pod pozorem konieczności przeprowadzenia wywiadu środowiskowego, zawiadamia moją rodzinę, gdzie jestem. W Warszawie rozpoczyna się gorączkowe szukanie kontaktów z Łodzią. Jakiś łącznik udaje się do Marka Ketnera, łódzkiego psychiatry, który był lekarzem polskich wypraw w Himalaje. Doszli do wniosku, że „taki równy gość musi być w podziemiu”, i słusznie. Kilka dni później Anka kontaktuje mnie z lekarzem „od Marka Ketnera”, który ma odpowiednio zaaranżować moje badania. Robimy EEG metodą podłożenia taśmy innego pacjenta. Wypełniam testy, metodą przepisywania z testu innego pacjenta. Ten materiał „z moich badań” dostaną biegli.

Orzeczenie, które wydali biegli to majstersztyk wciskania sądowi kitu. Z tego, że doznawałem urazów głowy wyciągnięto wniosek, że mam „osobowość o typie anankastycznym”. Wniosek: „nie stwierdzono objawów choroby psychicznej, oskarżony miał pełne rozeznanie czynu, ale zdolność kierowania swoim postępowaniem miał ograniczoną w stopniu znacznym”. Cały zabieg polegał na użyciu jednego obcego słowa, którego nie rozumiał sędzia, prokurator i SB-cy, oraz na twierdzeniu, że cokolwiek z tego wynika, podczas gdy nic z tego nie wynika. Psychiatria ZSRR wprowadziła pojęcie biełaja shizofrenija, która objawia się tym, że człowiek jest zupełnie zdrowy, tylko ustrój mu się nie podoba. Na tej podstawie sowieci zamykali dysydentów do psychuszek. Moi biegli wygenerowali biełuju shizofreniju po polsku, tyle że w mojej obronie – z uszkodzeń neurologicznych (których naprawdę wcale nie mam) wynika moja osobowość (zupełnie inna), zaś z niej ograniczona zdolność do kierowania postępowaniem objawiająca się tym, że zakładałem antypaństwową organizację.

Osobowość jest cechą stałą, człowiek rodzi się z nią i umiera. Zdolność do kierowania postępowaniem lub jej brak może wynikać z okoliczności, leków, alkoholu, strachu, stresu, ale nie z osobowości, a tym bardziej z osobowości anankastycznej, bo to słowo oznacza pedanta, człowieka nadmiernie dokładnego, przesadnie skrupulatnego. Biełaja shizofrenija w czystej postaci – ma taką osobowość, że mu się ustrój nie podoba, więc nie wie, co czyni. Tylko, że w tym przypadku wniosek jest odwrotny niż w ZSRR – nie należy mnie zamknąć, tylko wypuścić! Według polskiego prawa, nie popełnia przestępstwa ten, kto ma zdolność do kierowania swoim postępowaniem ograniczoną w stopniu znacznym. Uknułem całą intrygę z symulowaniem licząc tylko na zniesienie trybu doraźnego, a biegli wysmażyli ekspertyzę na uniewinnienie. Tylko niestety – w stanie wojennym prawo było sobie, a sąd sobie.

Wyrok pojawia się i znika

Po krótkim pobycie w więzieniu w Łodzi, w celi „stodole” na 50 osadzonych, głównie recydywy z Bałut i Chojnów (cały czas komuś odbija, tu kogoś biją, tam kogoś gwałcą, w kącie „bomba” – wiadro z pokrywą zamiast kibla) powracam do Mokotowa. Po pewnym czasie prokurator Detko przedstawia mi akt oskarżenia. Zarzut ten sam, co na początku, tylko „uwolnienie J.Narożniaka” z protokółu zatrzymania zmieniło się w „uprowadzenie internowanego J.Narożniaka”. Biedny Narożniak, zapierał się rękami i nogami a wredne podziemie go uprowadziło. W dodatku był internowany wstecz (postanowienie o internowaniu wystawiono po fakcie). Piszę pismo do sądu, w którym odwołuję zeznania. Piszę, że zeznania innych były wymuszone biciem, że byłem szantażowany. Pismo nie dociera do sądu. SB je schowała.

Mam prawo przeczytać akta sprawy. Przynosi je jakaś młoda, nie znana mi, prokurator, a towarzyszy jej młody SB-ek. Młoda prokurator kładzie na stole akta sprawy, a SB-ek swoją teczkę, której nie mam czytać. Mają pilnować, czy nie wyrywam kartek, ale zamiast tego stoją przy oknie i flirtują. Nawet nie zauważyli, że zamiast akt wziąłem się za teczkę SB. A tam same ciekawostki – raporty o mnie jeszcze z „marca 68”. A potem istny rarytas – zalecenie na mój temat dla tajnych agentów w środowisku taternickim: „należy psuć mu opinię metodą ustną, ale nie można pomawiać go, że jest Żydem, bo zbyt dużo osób wie, że jest Tatarem”. Mało nie parsknąłem ze śmiechu. Zorientowali się, że czytam nie tę teczkę. SB-ek jest wściekły. Teraz już dokładnie pilnują, bym czytał właściwe akta.

Rozprawa w sądzie. Prokurator Detko mówi, że „wprawdzie nie ma dowodów, ale trzeba wziąć pod uwagę, że Narożniak jednak został uprowadzony”. Domaga się dla mnie 3 lat więzienia. Pytam Mirka Święcha. (zeznaje jako świadek), czy był bity w śledztwie. Mówi: „Nie chcę tego wspominać”. Sędzia T. Szrotki nie reaguje. Leszek Gago otwarcie zeznaje, że był bity, a zaznanie jest wymuszone i niezgodne z prawdą. Znów brak reakcji sędziego. Sędziego zupełnie nie rusza orzeczenie biegłych i oczywisty brak przestępstwa w zarzucanym mi czynie. Uchyla jednak tryb doraźny. Skazuje mnie na 1,5 roku więzienia i uchyla areszt, bo wyrok nie jest jeszcze prawomocny (zgodnie z ówczesnym prawem nie można było przedłużyć aresztu przy wyroku mniejszym niż 2 lata).

Ustne uzasadnienie wyroku nie zostało nigdzie zapisane, ale wyuczyłem się go na pamięć. Było rekordem bezprawia: „W czasie rozprawy nie udowodniono czynu karalnego, ale oskarżony działał z dużym natężeniem złej woli. Sąd wziął pod uwagę, że braki w materiale dowodowym wynikają z uporczywego uchylania się od zeznań oraz arogancji oskarżonego i świadków”. Tak więc dostałem 1,5 roku za złą wolę i arogancję. Obrońca od razu zapowiada apelację (zwrot o „złej woli” pojawia się też w pisemnym uzasadnieniu wyroku). Obecny na sali SB-ek pisze w raporcie dla swych przełożonych: „jako postronny obserwator stwierdzam obiektywnie, że wina nie została udowodniona” (z akt IPN).

Na drugi dzień wychodzę z aresztu. Mam natomiast dozór milicyjny i muszę się meldować. Milicjant z Ursynowa pyta mnie, czy „nie utrzymuję kontaktów ze środowiskiem przestępczym?”

— Na razie nie – mówię – ale jak dostanę wezwanie listem poleconym, to będę musiał się z wami kontaktować.

Z dokumentów ujawnionych już przez IPN wiem o piśmie SB-ka do sądu: „zdaniem wydziału śledczego wyrok jest za niski, a uchylenie aresztu niesłuszne”. A więc sąd ma się poprawić i tu zaczynają się czary nad wyrokiem. W SB istniała komórka do fałszowania dokumentów, tzw. sekcja T-7 Biura XI Antydywersji Politycznej (jej istnienie ujawnił Jan Nowak-Jeziorański). To, co działo się dalej, było prawdopodobnie jej dziełem. Po pewnym czasie idę do sądu rejonowego odebrać odpis wyroku. Sekretarka mówi mi, że może mi tylko wyrok pokazać, a sąd wyśle go adwokatowi. Patrzę i oczom nie wierzę: wyrok wynosi 3 lata, a na sali sądowej było 1,5 roku. Idę do adwokata i okazuje się, że on dostał pocztą wyrok, w którym jest nadal 1,5 roku. Dwa wyroki w jednej sprawie? Wracam do sądu po trzech dniach. Trzyletni wyrok zniknął. Cholera, przecież nie mam halucynacji!

Po kilku miesiącach odbywa się sprawa rewizyjna. Sąd wojewódzki zmniejsza mi wyrok do 7 miesięcy (czyli mniej niż odsiedziałem). Po zaledwie godzinie od zakończenia rozprawy idę do sekretariatu zamówić odpis wyroku.

— A wie pan, że już jest rewizja Sądu Najwyższego? – mówi sekretarka i pokazuje mi wyrok, w którym z powrotem mam 1,5 roku.

Sąd Najwyższy w tamtym czasie nazywany był Sądem Najszybszym. Nie jeden raz już w ciągu godziny zdążył się zebrać, przeczytać akta i uchylić wyrok pod dyktando SB. Myślałem, że tak samo jest tym razem. Idę jednak do Sądu Najwyższego, a tam o żadnej rewizji nie wiedzą. Wracam do sądu wojewódzkiego, a sekretarka mówi:

— Już nie ma tego wyroku. Przyszedł pan z komendy stołecznej i zabrał.

— Jak to? Zabrał wyrok?

— Proszę pana, tu nie takie cuda się dzieją…

Myślę, że to jest temat dla IPN: ile wyroków sfałszowała sekcja T-7? Przecież gdybym się od razu nie zorientował, to prawdziwy wyrok by zniknął, a został tylko fałszywy. A przecież wiele osób nie interesuje się aktami po zakończeniu sprawy. SB tworzyła w ten sposób możliwość uwięzienia wybranych osób w dowolnym czasie i z pominięciem sądu. Wystarczyłoby człowieka osadzić w więzieniu w celu odbycia „reszty” sfałszowanej wysokości kary.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

14 komentarzy

  1. Jerzy Łukaszewski 24.01.2015
    • Krzysztof Łoziński 24.01.2015
  2. jotbe_x 24.01.2015
  3. Agnieszka Kurek 24.01.2015
    • Krzysztof Łoziński 24.01.2015
  4. Jerzy Łukaszewski 24.01.2015
    • Krzysztof Łoziński 24.01.2015
  5. Woziwoda 25.01.2015
  6. Krzysztof Łoziński 25.01.2015
  7. Piotr Topiński 26.01.2015
  8. Woziwoda 26.01.2015
  9. Krzysztof Łoziński 26.01.2015
  10. Krzysztof Łoziński 26.01.2015
    • Jerzy Łukaszewski 28.01.2015