Symulacja, czyli biełaja shizofrenija
Śledztwo praktycznie ugrzęzło, pora pomyśleć o sobie, czyli rozwiązać problem: jak wyjść z więzienia? Postępowanie toczy się w trybie doraźnym i z tego powodu grozi mi 3 lata za wejście na salę sądową, a dalej się zobaczy. Są tylko dwie metody uchylenia trybu doraźnego – zmiana zarzutu (nie ma szans) lub orzeczenie biegłych o „ograniczonym rozeznaniu czynu i zdolności kierowania swoim postępowaniem”. No tak, ale do tego trzeba być chorym, a ja jestem zdrowy jak byk. W chorobę somatyczną albo psychiczną wyczynowego sportowca, alpinisty, trenera dwóch dyscyplin sportów walki, kung-fu i judo, posiadacza czarnego pasa, nikt nie uwierzy. Czyli klops. Na szczęście więzień ma bardzo dużo czasu na myślenie i kombinowanie. No to wykombinowałem intrygę tak nieprawdopodobną, że sam w nią nie wierzyłem. Ale co mi szkodzi spróbować?
Mówię klawiszowi, że chcę złożyć zeznanie. Już następnego dnia zgłasza się zdziwiony pułkownik Będkowski.
— Cóż to się stało, że pan Łoziński chce nagle składać zeznania?
— Jedno zeznanie.
— Jakie?
— Takie, że mam uszkodzony centralny układ nerwowy.
Zapada cisza.
— Pan mnie robi w konia – Będkowski doskonale wie, co jest grane.
— Ja składam zeznanie.
— I ja mam je zaprotokółować?
— Tak.
Będkowski milczy i po chwili mówi:
— Jak pan chce, ale tu już większe cwaniaki symulowały – i wyciąga protokół.
Składam zeznanie, że trenując sporty walki doznawałem wielu urazów głowy z powodu uderzeń i wstrząsów po upadkach a w dodatku jako alpinista wystawiony byłem na niedotlenienie. Poza tym na wyprawach przechodziłem różne ciężkie choroby tropikalne. Po takim zeznaniu Będkowski musi skierować mnie na badanie neurologiczne, bo to wynika z kodeksu postępowania karnego. Jeśli podejrzany zeznaje, że jest chory, to musi być opinia lekarza w aktach.
Tydzień później prowadzą mnie do szpitala więziennego. Ten szpital robi takie wrażenie, że zdrowy by umarł, ale nie wszyscy lekarze, którzy w nim pracują są tacy jak doktor Wroński (orzekł, że Jan Józef Lipski z wszczepionym rozrusznikiem serca jest idealnie zdrowy). Większość to zupełnie normalni lekarze. Na to właśnie liczę. Mówię lekarzowi, który mnie bada, że razem z doktorem Wiktorem Bodnarem prowadziłem zajęcia ze sportoterapii w szpitalu na Sobieskiego. Liczę po cichu na to, że ten lekarz skontaktuje się z Bodnarem, który zna moją rodzinę.
Dobrze trafiłem. Na drugi dzień Bodnar zjawia się u mnie w domu. Wiadomość, że symuluję chorobę i jest szansa, by mnie wyciągnąć dociera do podziemia. Nie wiem, kim był ów lekarz z Rakowieckiej, ale w następnych dniach w pełni współpracował z podziemiem. Przekazał mi gryps z instrukcją, jak się mam zachowywać i orzekł, że konieczna jest obserwacja w szpitalu psychiatrycznym. Podziemie spodziewało się, że przewiozą mnie do Pruszkowa, gdzie w konspiracji był prawie cały personel, a stamtąd dam nogę. Ale ja nie chciałem dawać nogi. Wiedziałem, że jeśli plan się uda, to za dwa, trzy miesiące, i tak wyjdę.
Ale pułkownik Będkowski nie był durniem i wiedział, o co mi chodzi. Zamiast do Pruszkowa przewieziono mnie do Łodzi. Wylądowałem w szpitalu im. Babińskiego, ale ciągle za kratą, na oddziale zamkniętym.
Symulowanie choroby na oddziale psychiatrycznym jest dla zdrowego człowieka tak ciężkim stresem, że nikomu go nie życzę. Wprawdzie ja nie symuluję choroby psychicznej, tylko neurologiczną, ale przebywam razem ze schizofrenikami, paranoikami. Poza tym muszę sam się poniżać, na przykład udając, że jak zaczynam rysować kreskę, to nie mogę jej skończyć i rysuję nawet za kartką, lub specjalnie robić błędy w teście na inteligencję. Najgorsze jest to, że muszę wmawiać lekarzom (do protokółu badania), iż w tej sprawie nie wiedziałem, co czynię, że byłem bezwolnym narzędziem otoczenia, które wywierało na mnie presję. To było jedno z najcięższych przeżyć w moim życiu. Następnym razem wybrałbym odsiadkę.
Dziś wiem, że tym lekarzom nie musiałem nic wmawiać. Doskonale wiedzieli, że symuluję, ale zamiast mnie wsypać, postanowili mi pomóc. Już następnego dnia rano ordynator, dr Maria K., przenosi mnie na oddział otwarty (z komentarzem: „Nie jestem klawiszem, nie trzymam zdrowych ludzi za kratą”). Nie jest w tym konsekwentna, bo na oddziale zamkniętym jest dwóch kryminalistów, którzy też ewidentnie symulują, ale ich zza kraty nie wypuściła. Mogę wyjść do parku, a nawet zwiać, ale nie jestem taki głupi. Czuję już, że wkrótce i tak wyjdę, a za ucieczkę mogą mi dowalić nawet 5 lat.
Tego samego dnia wieczorem zgłasza się do mnie pielęgniarka Anka – łączniczka łódzkiego podziemia, a dr Maria K., pod pozorem konieczności przeprowadzenia wywiadu środowiskowego, zawiadamia moją rodzinę, gdzie jestem. W Warszawie rozpoczyna się gorączkowe szukanie kontaktów z Łodzią. Jakiś łącznik udaje się do Marka Ketnera, łódzkiego psychiatry, który był lekarzem polskich wypraw w Himalaje. Doszli do wniosku, że „taki równy gość musi być w podziemiu”, i słusznie. Kilka dni później Anka kontaktuje mnie z lekarzem „od Marka Ketnera”, który ma odpowiednio zaaranżować moje badania. Robimy EEG metodą podłożenia taśmy innego pacjenta. Wypełniam testy, metodą przepisywania z testu innego pacjenta. Ten materiał „z moich badań” dostaną biegli.
Orzeczenie, które wydali biegli to majstersztyk wciskania sądowi kitu. Z tego, że doznawałem urazów głowy wyciągnięto wniosek, że mam „osobowość o typie anankastycznym”. Wniosek: „nie stwierdzono objawów choroby psychicznej, oskarżony miał pełne rozeznanie czynu, ale zdolność kierowania swoim postępowaniem miał ograniczoną w stopniu znacznym”. Cały zabieg polegał na użyciu jednego obcego słowa, którego nie rozumiał sędzia, prokurator i SB-cy, oraz na twierdzeniu, że cokolwiek z tego wynika, podczas gdy nic z tego nie wynika. Psychiatria ZSRR wprowadziła pojęcie biełaja shizofrenija, która objawia się tym, że człowiek jest zupełnie zdrowy, tylko ustrój mu się nie podoba. Na tej podstawie sowieci zamykali dysydentów do psychuszek. Moi biegli wygenerowali biełuju shizofreniju po polsku, tyle że w mojej obronie – z uszkodzeń neurologicznych (których naprawdę wcale nie mam) wynika moja osobowość (zupełnie inna), zaś z niej ograniczona zdolność do kierowania postępowaniem objawiająca się tym, że zakładałem antypaństwową organizację.
Osobowość jest cechą stałą, człowiek rodzi się z nią i umiera. Zdolność do kierowania postępowaniem lub jej brak może wynikać z okoliczności, leków, alkoholu, strachu, stresu, ale nie z osobowości, a tym bardziej z osobowości anankastycznej, bo to słowo oznacza pedanta, człowieka nadmiernie dokładnego, przesadnie skrupulatnego. Biełaja shizofrenija w czystej postaci – ma taką osobowość, że mu się ustrój nie podoba, więc nie wie, co czyni. Tylko, że w tym przypadku wniosek jest odwrotny niż w ZSRR – nie należy mnie zamknąć, tylko wypuścić! Według polskiego prawa, nie popełnia przestępstwa ten, kto ma zdolność do kierowania swoim postępowaniem ograniczoną w stopniu znacznym. Uknułem całą intrygę z symulowaniem licząc tylko na zniesienie trybu doraźnego, a biegli wysmażyli ekspertyzę na uniewinnienie. Tylko niestety – w stanie wojennym prawo było sobie, a sąd sobie.
Wyrok pojawia się i znika
Po krótkim pobycie w więzieniu w Łodzi, w celi „stodole” na 50 osadzonych, głównie recydywy z Bałut i Chojnów (cały czas komuś odbija, tu kogoś biją, tam kogoś gwałcą, w kącie „bomba” – wiadro z pokrywą zamiast kibla) powracam do Mokotowa. Po pewnym czasie prokurator Detko przedstawia mi akt oskarżenia. Zarzut ten sam, co na początku, tylko „uwolnienie J.Narożniaka” z protokółu zatrzymania zmieniło się w „uprowadzenie internowanego J.Narożniaka”. Biedny Narożniak, zapierał się rękami i nogami a wredne podziemie go uprowadziło. W dodatku był internowany wstecz (postanowienie o internowaniu wystawiono po fakcie). Piszę pismo do sądu, w którym odwołuję zeznania. Piszę, że zeznania innych były wymuszone biciem, że byłem szantażowany. Pismo nie dociera do sądu. SB je schowała.
Mam prawo przeczytać akta sprawy. Przynosi je jakaś młoda, nie znana mi, prokurator, a towarzyszy jej młody SB-ek. Młoda prokurator kładzie na stole akta sprawy, a SB-ek swoją teczkę, której nie mam czytać. Mają pilnować, czy nie wyrywam kartek, ale zamiast tego stoją przy oknie i flirtują. Nawet nie zauważyli, że zamiast akt wziąłem się za teczkę SB. A tam same ciekawostki – raporty o mnie jeszcze z „marca 68”. A potem istny rarytas – zalecenie na mój temat dla tajnych agentów w środowisku taternickim: „należy psuć mu opinię metodą ustną, ale nie można pomawiać go, że jest Żydem, bo zbyt dużo osób wie, że jest Tatarem”. Mało nie parsknąłem ze śmiechu. Zorientowali się, że czytam nie tę teczkę. SB-ek jest wściekły. Teraz już dokładnie pilnują, bym czytał właściwe akta.
Rozprawa w sądzie. Prokurator Detko mówi, że „wprawdzie nie ma dowodów, ale trzeba wziąć pod uwagę, że Narożniak jednak został uprowadzony”. Domaga się dla mnie 3 lat więzienia. Pytam Mirka Święcha. (zeznaje jako świadek), czy był bity w śledztwie. Mówi: „Nie chcę tego wspominać”. Sędzia T. Szrotki nie reaguje. Leszek Gago otwarcie zeznaje, że był bity, a zaznanie jest wymuszone i niezgodne z prawdą. Znów brak reakcji sędziego. Sędziego zupełnie nie rusza orzeczenie biegłych i oczywisty brak przestępstwa w zarzucanym mi czynie. Uchyla jednak tryb doraźny. Skazuje mnie na 1,5 roku więzienia i uchyla areszt, bo wyrok nie jest jeszcze prawomocny (zgodnie z ówczesnym prawem nie można było przedłużyć aresztu przy wyroku mniejszym niż 2 lata).
Ustne uzasadnienie wyroku nie zostało nigdzie zapisane, ale wyuczyłem się go na pamięć. Było rekordem bezprawia: „W czasie rozprawy nie udowodniono czynu karalnego, ale oskarżony działał z dużym natężeniem złej woli. Sąd wziął pod uwagę, że braki w materiale dowodowym wynikają z uporczywego uchylania się od zeznań oraz arogancji oskarżonego i świadków”. Tak więc dostałem 1,5 roku za złą wolę i arogancję. Obrońca od razu zapowiada apelację (zwrot o „złej woli” pojawia się też w pisemnym uzasadnieniu wyroku). Obecny na sali SB-ek pisze w raporcie dla swych przełożonych: „jako postronny obserwator stwierdzam obiektywnie, że wina nie została udowodniona” (z akt IPN).
Na drugi dzień wychodzę z aresztu. Mam natomiast dozór milicyjny i muszę się meldować. Milicjant z Ursynowa pyta mnie, czy „nie utrzymuję kontaktów ze środowiskiem przestępczym?”
— Na razie nie – mówię – ale jak dostanę wezwanie listem poleconym, to będę musiał się z wami kontaktować.
Z dokumentów ujawnionych już przez IPN wiem o piśmie SB-ka do sądu: „zdaniem wydziału śledczego wyrok jest za niski, a uchylenie aresztu niesłuszne”. A więc sąd ma się poprawić i tu zaczynają się czary nad wyrokiem. W SB istniała komórka do fałszowania dokumentów, tzw. sekcja T-7 Biura XI Antydywersji Politycznej (jej istnienie ujawnił Jan Nowak-Jeziorański). To, co działo się dalej, było prawdopodobnie jej dziełem. Po pewnym czasie idę do sądu rejonowego odebrać odpis wyroku. Sekretarka mówi mi, że może mi tylko wyrok pokazać, a sąd wyśle go adwokatowi. Patrzę i oczom nie wierzę: wyrok wynosi 3 lata, a na sali sądowej było 1,5 roku. Idę do adwokata i okazuje się, że on dostał pocztą wyrok, w którym jest nadal 1,5 roku. Dwa wyroki w jednej sprawie? Wracam do sądu po trzech dniach. Trzyletni wyrok zniknął. Cholera, przecież nie mam halucynacji!
Po kilku miesiącach odbywa się sprawa rewizyjna. Sąd wojewódzki zmniejsza mi wyrok do 7 miesięcy (czyli mniej niż odsiedziałem). Po zaledwie godzinie od zakończenia rozprawy idę do sekretariatu zamówić odpis wyroku.
— A wie pan, że już jest rewizja Sądu Najwyższego? – mówi sekretarka i pokazuje mi wyrok, w którym z powrotem mam 1,5 roku.
Sąd Najwyższy w tamtym czasie nazywany był Sądem Najszybszym. Nie jeden raz już w ciągu godziny zdążył się zebrać, przeczytać akta i uchylić wyrok pod dyktando SB. Myślałem, że tak samo jest tym razem. Idę jednak do Sądu Najwyższego, a tam o żadnej rewizji nie wiedzą. Wracam do sądu wojewódzkiego, a sekretarka mówi:
— Już nie ma tego wyroku. Przyszedł pan z komendy stołecznej i zabrał.
— Jak to? Zabrał wyrok?
— Proszę pana, tu nie takie cuda się dzieją…
Myślę, że to jest temat dla IPN: ile wyroków sfałszowała sekcja T-7? Przecież gdybym się od razu nie zorientował, to prawdziwy wyrok by zniknął, a został tylko fałszywy. A przecież wiele osób nie interesuje się aktami po zakończeniu sprawy. SB tworzyła w ten sposób możliwość uwięzienia wybranych osób w dowolnym czasie i z pominięciem sądu. Wystarczyłoby człowieka osadzić w więzieniu w celu odbycia „reszty” sfałszowanej wysokości kary.

Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.