Strzały
25 maja 1982 roku Janek Narożniak został postrzelony dwoma pociskami z Kbk-AK przez patrol ZOMO.
Po ogłoszeniu stanu wojennego Janek ukrywał się. Wśród dawnych działaczy podziemia dominuje obecnie opinia, że ukrywał się niepotrzebnie, bo nikt go nie szukał. Jednak furia, w jaką wpadło SB po jego uwolnieniu przez podziemie, a także niezwykle rozbudowana obstawa szpitala na Banacha, w którym leżał po postrzale, świadczą raczej o czymś innym. SB uważało go za bardzo ważnego więźnia, co było zrozumiałe po wydarzeniach z przed roku związanych z listem Czubińskiego. Myślę, że oni nadal bardzo się chcieli dowiedzieć, jak ten list wydostał się z prokuratury. Ściślej mówiąc, dziś wiem (na podstawie dokumentów SB), że początkowo uważano go za ważnego więźnia głównie z powodu postrzelenia i szoku społecznego, jaki to postrzelenie wywołało. Po kilku dniach do SB dotarła wiadomość, że podziemie planuje jego uwolnienie, i wówczas bardzo zaostrzono kontrolę. Narożniak stał się dla SB więźniem prestiżowym.
Janek został zatrzymany przez przypadkowy patrol ZOMO. Wówczas ZOMO na ulicach legitymowało, a nawet rewidowało, ludzi. Tym zomowcom jego nazwisko nic nie mówiło (nie był też na liście osób poszukiwanych), ale nie miał w dowodzie osobistym stempelka o zatrudnieniu, a obowiązywała ustawa o „pasożytnictwie” wprowadzająca obowiązek pracy. Nie miał też legitymacji studenckiej, bo był na studium doktoranckim. Zomowcy stwierdzili, że muszą go zatrzymać. Janek przestraszył się internowania i zaczął się targować, by go puścili. Zażądali od niego 5 tysięcy złotych (równowartość dzisiejszych 220 zł), ale on miał przy sobie tylko 1200 złotych (ówczesna wartość nabywcza tej sumy była zbliżona do dzisiejszych 50-60 zł). Wówczas zaczął uciekać, a zomowiec (st. szer. Bydłoń), wycelował z kałasza i puścił serię. Janek dostał dwie kule. Jedną w nasadę małego palca prawej ręki, drugą w biodro. Pierwsza urwała mu palec, druga przebiła miednicę i narządy wewnętrzne. Pogotowie zabrało go do szpitala przy ulicy Banacha, gdzie był operowany. Wbrew późniejszej legendzie Janek nie został postrzelony, gdy „szedł na akcję”. Według mojej wiedzy nie działał w podziemiu, po prostu gdzieś szedł.
Milicja obstawiła wszystkie wejścia do szpitala. Pod drzwiami pokoju, w którym leżał Janek, stale dyżurowało dwóch milicjantów, w pobliżu jeszcze trzech.
Plan
Muszę tu wyraźnie zaznaczyć, że mam świadomość, iż moja rola w uwolnieniu Janka Narożnika była drugorzędna w stosunku do tego, co zrobili chłopcy z MRKS. Opisuję jednak wydarzenia od swojej strony, na podstawie tego, co wiem i tylko z tego powodu o moich przeżyciach będzie tu więcej, bo zwyczajnie więcej wiem o tym, co sam robiłem, niż o tym, co robił kto inny. Jest to jedyny powód pewnej dysproporcji w opisie.
Gdy dowiedziałem się o postrzeleniu Janka i o tym, że jest w szpitalu, niemal natychmiast postanowiłem go odbić. Wiedziałem, że czasu jest mało, bo gdy tylko jego stan zacznie się poprawiać, zostanie przeniesiony do szpitala więziennego, a wówczas odbicie stanie się niewykonalne. Już na drugi dzień rano przeprowadziłem zwiad i zauważyłem, że obstawione są wszystkie wejścia z wyjątkiem wejścia do odrębnego budynku stojącego nieco z boku od strony ulicy Pawińskiego. Najwyraźniej milicja nie traktowała tego budynku jako części szpitala. Nie wiedziałem jeszcze o istnieniu podziemnego korytarza łączącego oba budynki. Myślałem raczej o tym, że osoba przechodząca z jednego budynku szpitalnego do drugiego nie zwróci uwagi milicjantów i nie zostanie poddana kontroli, jak ktoś wchodzący z miasta. Pierwsza myśl była taka, by wejść do małego budynku przez nie strzeżone wejście. W środku narzucić białe lekarskie fartuchy, zwędzić wózek i w takim stroju już razem z wózkiem wejść do głównego budynku. No dobrze, ale co dalej?
Przez następne dni pracowałem jak w gorączce. Spotkałem się z „Barnabą” (Michałem Wroniszewskim), przez którego miałem kontakt z Bujakiem (lokalem kontaktowym było mieszkanie Elżbiety i Pawła Strojnych) i poprosiłem o zgodę na akcję, a jednocześnie zwróciłem się do Michała, oraz współpracującej z nim Krystyny Łubnickiej, o dotarcie przez środowisko lekarskie do kogoś z personelu szpitala na Banacha, kto mógłby nam pomóc. Podobną prośbę skierowałem do Marka Hołuszki. Do przeprowadzenia akcji zacząłem przygotowywać równolegle trzy grupy, pozostawiając na koniec decyzję, która z nich ją wykona. Był to oczywiście błąd, bo w ten sposób o przygotowaniach wiedziało stanowczo zbyt wiele osób. Kolejnym błędem (tak to dziś oceniam) było to, że jedna z tych grup składała się głównie z bardzo młodych instruktorów kung fu i nigdy jeszcze nie brała udziału w żadnej akcji. Byli to bardzo odważni młodzi chłopcy, ale bez żadnego doświadczenia. W mojej strukturze podziemia wszystkie grupy miały kryptonimy (nazwy) a wszyscy ludzie używali pseudonimów. Niestety nie najlepiej było z konsekwencją w przestrzeganiu tych zasad i w ogóle zasad konspiracji. To była zresztą słabość całego ówczesnego podziemia, gdzie o wielu poważnych akcjach (na szczęście nie wszystkich) wiedziało zawczasu pół Warszawy, więc SB-cja też.
Pierwsza z moich grup (Włodzimierza Strzyżewskiego) wywodziła się ze środowiska, które wcześniej miało pomysł reaktywowania przedwojennego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i dlatego wybrała sobie kryptonim „Sokół”. Grupa „Laboranta” (Bogdana Zalegi) miała kryptonim „Orzeł” (Bogdan był zawsze bardzo zasadniczy w swych pomysłach). Trzeciej grupie nadałem kryptonim „Kondor” (na zasadzie, że jak już po ptakach, to konsekwentnie) i nie przyszło mi do głowy, że jest to nazwa niefortunna, bo później SB przerobi tę nazwę na „Legion Kondor” (tak się nazywało niemieckie lotnictwo w czasie wojny domowej w Hiszpanii) i będzie nas wrabiać w rzekomą grupę faszystowską.
Już po dwóch dniach otrzymałem od „Barnaby” bardzo dokładny plan szpitala, informację, w którym miejscu znajduje się Janek, jak jest pilnowany (informację tę przygotował dla nas chirurg, Andrzej Sankowski). Wiedziałem też, że Janek jest przytomny, ale do transportu będzie się nadawał najwcześniej za kilka dni. No tak, ale jak będzie się nadawał do transportu dla nas, to i dla drugiej strony też. Lekarze z Banacha mieli jak najdłużej odwlekać moment ogłoszenia, że stan Janka się poprawia. Lekarze utrzymywali SB w przekonaniu, że nie może chodzić, choć mógł.
Lekarz, który przyjmował Janka do szpitala 25 maja, dr Krasnodębski, odruchowo i z własnej woli mocno pogorszył jego stan w dokumentach, by nie przewieziono go do szpitala więziennego. Napisał, że „w skutek zatorów tłuszczowych przewiezienie pacjenta do szpitala więziennego jest niemożliwe”. Od strony medycznej była to bzdura, bo stan Janka wcale nie był taki zły. SB uwierzyło do tego stopnia, iż później pisano w listach gończych, że „nie może poruszać się samodzielnie”. Mógł i to całkiem dobrze. O tym, że pogotowie przewiozło go na Banacha, zdecydowała dr Ewa Kunicka, mocno zaangażowana w działalność podziemną. Kierowała się tym, że akurat w tym szpitalu podziemie miało najsilniejsze struktury, a przynajmniej jej się tak wydawało. Z innych źródeł wiem, że SB samo zrezygnowało z zawiezienia Janka do szpitala MSW na ul. Komarowa (obecnie Wołoska), bo nieco wcześniej na Komarowa zmarł postrzelony sierżant Karos i bano się, by Narożniak też nie umarł. Oczywiście mogli go zawieść do szpitala wojskowego na Szaserów, a wtedy o akcji moglibyśmy zapomnieć.
Trzeba było bardzo szybko przygotować nie tylko plan działania, ale i jego zaplecze, lokal do ukrycia Janka, samochód do jego przewiezienia, zapewnić mu dalszą opiekę medyczną. Załatwieniem tego zaplecza obiecał się zająć Marek Hołuszko. Po kilku dniach spotkałem się z nim i z jakimś mężczyzną z Pogotowia Ratunkowego, który zapewnił mnie, że z transportem nie ma problemu. Mieliśmy w tym celu użyć jednej z karetek, której załoga w ogóle nie zgłosi wyjazdu. Bogdan Zalega dotarł do jednej z pielęgniarek z oddziału, na którym leżał Janek. Od niej otrzymaliśmy dwie cenne informacje. Pierwszą, że Janek Narożniak chce być uwolniony (musieliśmy mu zadać to pytanie, by nie był zaskoczony), drugą o podziemnym korytarzu, który łączy główny budynek szpitalny z tym mniejszym. Był to podobno korytarz do prosektorium. Kilka dni później Bogdan Zalega przyniósł mi skarb: grubą teczkę dokładnych planów architektonicznych szpitala na Banacha, oraz ciekawostkę: nazwisko i stopień zomowca, który strzelał. Skąd to wszystko miał, nie mam pojęcia. Powiedział tylko: „pierwszy raz w życiu coś ukradłem”.
Na tym etapie przygotowań spotykałem się z wieloma osobami od strony Marka Hołuszki, których nie znałem i do dziś nie wiem, kto to był. Pamiętam tylko, że na jednym ze spotkań był ukrywający się członek zarządu regionu, Jerzy Narkun. Na tym spotkaniu był też nieznany mi mężczyzna, który proponował nam pistolet do sterroryzowania milicjantów pilnujących Janka. Z propozycji nie skorzystałem, ale przypomniała mi się ona po latach, gdy przeczytałem reportaż Jacka Hugo Badera o super wtyce w MRKS-ie, Sławomirze Miastowskim. On też proponował podziemiu broń. Czyżby SB chciało wetknąć nam w ręce pistolety, by móc nazywać nas bandytami lub terrorystami? Nie można tego wykluczyć. Nie wierzę, by Miastowski był jedynym wywiadowcą przeciwnika w naszych szeregach. Na podobny zamiar wrabiania nas w terroryzm wskazuje jeszcze kilka faktów (pozorowany napad na Ambasadę PRL w Bernie, gdzie służby specjalne komunistów „zamachnęły się” same na siebie, by zrzucić winę na „Solidarność”, próba powiązania „Solidarności” z zamachem na Papieża w Fatimie).
Na tę historię z bronią rzucają też pewne światło akta operacyjne tzw. operacji „Kondor”, czyli akcji SB skierowanej bezpośrednio przeciw mnie (poza tym były jeszcze „moje” akta figuranta „Phobos”, czyli tak zwana „teczka”). Otóż prowadzący operację „Kondor” por. Małecki rysował tam całe fantastyczne struktury kierowanej przeze mnie podziemnej organizacji (nie mające wielkiego związku z rzeczywistością) oraz snuł dociekania jaką to ja mam broń. A więc najpierw napisał, że „Łoziński ma pistolet P-63”, później, że mam „rewolwer nagan”, a w końcu „15 kałasznikowów zakopanych w lesie”. Tymczasem ja żadnej broni nie miałem.
Opracowałem trzy wersje uwolnienia Janka. Dwie pierwsze przewidywały obezwładnienie pilnujących go milicjantów, trzecia wywiezienie Janka z sali operacyjnej na drugi korytarz, podczas gdy milicjanci będą dalej czekać pod drzwiami na koniec zabiegu (Andrzej Sankowski codziennie zmieniał mu opatrunki na bloku operacyjnym, milicja nie wchodziła do sali zabiegowej). Wszystkie trzy wersje zakładały wywiezienie Janka przez podziemny korytarz do drugiego budynku, pod którym miała czekać karetka. Właściwie wszystko było gotowe, ale Zbyszek Bujak zwlekał z wydaniem zgody na akcję. Rozmawialiśmy za pomocą kaset magnetofonowych, które przekazywał „Barnaba”. Zbyszek mówił: „jeżeli macie takie możliwości to lepiej wywieźcie z regionu maszyny poligraficzne” (w siedzibie Regionu Mazowsze zostały dwa nasze Romayory). Potraktowałem to jako polecenie i równolegle zacząłem przygotowywać i tę akcję (nigdy nie doszła do skutku). Dodatkowej roboty dowalił mi też Marek Hołuszko polecając na dwa dni przed wyznaczoną datą akcji zająć się przyjęciem „pod swoje dowództwo” trzech grup studenckich wywodzących się z NZS-u. Przypuszczam dziś, że ta moja nadmierna krzątanina „za pięć dwunasta” musiała zwrócić uwagę SB. Na domiar wszystkiego „Barnaba” w ostatniej chwili wypożyczył jedną z moich grup do rozrzucania ulotek drukowanych w mieszkaniu Basi Tryjarskiej.
Termin wykonania akcji wyznaczyłem na 9 czerwca. Decyzję o wyborze grupy do jej wykonania miałem podjąć 8 czerwca wieczorem.

Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.