Część II – Akcja
Panuje przekonanie, że stan wojenny nas zaskoczył. Nie jest to prawda, choć zaskoczyła nas data jego wprowadzenia. Sygnałów było bardzo dużo już kilka miesięcy wcześniej. Aby nie widzieć, co się święci trzeba było być ślepym. Realne przygotowania z naszej strony, w wielkiej tajemnicy, do której u nas w Mazowszu dopuszczone było tylko kilkanaście osób, zaczęły się gdzieś na przełomie sierpnia i września 1981 roku. Później nabrały one tempa. 15 sierpnia otrzymaliśmy informację, że w Moskwie drukowany jest plakat „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego na całym terytorium PRL”. Nie było na nim daty, a w podpisie był „Przewodniczący Rady Państwa” bez nazwiska. 11 października zostałem upoważniony do „organizowania sieci Tymczasowych Komisji Wykonawczych na terenie dzielnicy Warszawa Śródmieście”. Podpisał to upoważnienie, w imieniu Prezydium Zarządu Regionu, Krzysztof Łypacewicz. Mam ten dokument do dzisiaj, a mówi on sporo. Otóż wypisany jest na gotowym druku, w który wstawiono tylko moje nazwisko i dzielnicę. Takie upoważnienia musiało dostać więcej osób, bo dla mnie jednego nikt by specjalnego druku nie robił. To znaczy, że na początku października nasze przygotowania do stanu wojennego były już bardzo zaawansowane.
Konspira
Zostałem włączony do zespołu organizującego „straż robotniczą”, która miała być odpowiedzią na przygotowania władzy. Kierujący zespołem Marek Nowicki polecił mi przygotowanie zakonspirowanej grupy do trudniejszych akcji oraz grupy do rozpracowywania struktur milicji i SB. Oczywiście wszystko potoczyło się inaczej niż planowaliśmy. W podziemiu powstały zupełnie inne struktury. Nigdy nie zostałem szefem podziemia w Śródmieściu. Kierowanie grupą mającą śledzić poczynania milicji i SB przejął ode mnie Bogdan Zalega, pseudonim „Laborant” (a nie „Bobas”, jak błędnie o nim później pisano), ja zaś zająłem się organizowaniem grup do trudniejszych akcji. Nie jednej, lecz kilku. Marek powierzył to zadanie mnie, bo byłem nie tylko alpinistą ale i trenerem kung fu i dysponowałem klubem zrzeszającym kilkuset bardzo sprawnych fizycznie młodych ludzi (muszę tu wyjaśnić, że nie chodziło o umiejętność walki – te grupy miały dokonywać akcji wymagających większej odwagi i sprawności, ale nie planowaliśmy walki czy terroryzmu).
Tu mała dygresja: Czytelnicy SO wiedzą, z jestem z wykształcenia fizykiem i matematykiem, oraz że byłem alpinistą. Napisałem, że wówczas pracowałem w Teatrze Wielkim i że byłem trenerem kung fu. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. W Teatrze Wielkim byłem modelatorem (robiłem dekoracje). Znalazłem się tam, bo na skutek nieplanowanej akcji ratunkowej w Himalajach nie wróciłem na czas z urlopu i straciłem pracę, a gdzieś pracować musiałem. Kung fu ćwiczyłem od 1964 roku (jako jeden z pierwszych w Polsce), a treningi prowadziłem po pracy, po południu. Alpinizm uprawiałem równolegle od 1960 roku.
Wracajmy do tematu. Kłopot był w tym, że ci ludzie z klubu kung fu byli bardzo młodzi, ich odporność psychiczna i dojrzałość pozostawiały wiele do życzenia. No i nie mieli żadnej praktyki w konspiracji. Szkoliłem ich, ale zwlekałem z włączeniem do akcji. Tymczasem inne grupy, złożone z mniej „bojowych”, ale za to nieco starszych osób, od samego początku zaczęły się sprawdzać w akcjach ulotkowych i… No właśnie, objawił się pewien szkopuł przypadkowej struktury podziemia, w której każdy działał trochę gdzie popadnie. Okazało się, że część „moich” grup uczestniczy jednocześnie w akcjach MRKS-u organizowanego przez Zbigniewa i Zosię Romaszewskich oraz Adama Borowskiego. Innego dnia w moje pomysły włączali się zupełnie „nie moi” ludzie od Adama. Czasami naprawdę nie było wiadomo, kto komu podlega, a niektórzy podlegali temu, komu dziś podlegać chcieli.
Między tym wszystkim były kawałki bardzo dobrej konspiracji. Na przykład bardzo skuteczne ukrywanie Bujaka (przez 5 lat), bardzo dobrze ukryta grupa Bogdana Zalegi dostarczająca parę razy cennych informacji (tajemnicę, kto w niej był, zabrał Bogdan do grobu). Ale jednocześnie były takie sytuacje, że działający w ścisłej konspiracji Bogdan udzielał się przy wydawaniu pisma „Fakty”, gdzie konspiracja była wręcz symboliczna i moim zdaniem niepotrzebnie ryzykował wsypę (Trzeba mu jednak przyznać, że w tym środowisku nie pisnął ani słowem o tym, że robi coś jeszcze i, o ile wiem, nie powiedział nawet własnej żonie). Nie chcę twierdzić, że byłem mądrzejszy od wszystkich. Sam wdałem się w wydawanie niskonakładowego pisemka „Cel” (wyszły tylko 3 numery) i nawet sam się bawiłem w kolportaż, a miałem przecież zajmować się dużo poważniejszymi sprawami.
Taka sytuacja irytowała mnie i chciałem ją uporządkować. Spotkałem się z Adamem Borowskim, ale on zażądał, bym się mu po prostu podporządkował. Ja z kolei nie widziałem ku temu powodu, skoro w powstałej strukturze podlegałem niemal bezpośrednio przewodniczącemu regionu, Zbyszkowi Bujakowi (po drodze między nami byli tylko Michał Wroniszewski i Marek Hołuszko). Z kolei Zbyszek Bujak miał zupełnie inną niż ja koncepcję organizacji podziemia (po latach przyznaję, że miał rację). Ja chciałem uporządkowania struktur, a Zbyszek uważał, że taka luźna, płynna struktura jest dużo trudniejsza do rozpracowania. Z kolei z Adamem różniliśmy się podejściem do działania, mimo kilkukrotnej, mniej lub bardziej zamierzonej współpracy (np. przy wmurowaniu tablicy upamiętniającej górników z kopalni „Wujek”, przy organizacji pochodu Solidarności 1 maja 1982 roku). Ja na każdą większą akcję chciałem uzyskać zgodę Bujaka, lub chociażby Marka Hołuszki (członka prezydium zarządu Regionu). Tymczasem Adam Borowski preferował działanie bez oglądania się na nikogo i z dobrym skutkiem przeprowadził parę bardzo spektakularnych akcji. Adam miał pełne prawo do takiego sposobu działania. Nasze podziemie nie było wojskiem, nie było regulaminów ani rozkazów. Każdy robił to, co uważał za słuszne. Muszę zaznaczyć, że mimo różnic w koncepcji działania, nie byliśmy ugrupowaniami konkurencyjnymi. Wręcz przeciwnie, pomagaliśmy sobie nawzajem, a dyskusje i różnice poglądów to rzecz normalna.

Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.