Część III – Wsypa
Około godziny 10 rano 8 czerwca zostałem aresztowany. Jednocześnie ze mną zatrzymano Mirosława Święcha. i Michała Sienkiewicza (nie miał nic wspólnego z konspiracją, ale razem ze mną pracował i trenował – to cała jego wina). Nieco wcześniej zatrzymani zostali Andrzej Sankowski i Jerzy Siwiec. Kilka godzin po mnie wpadli: Piotr Osuch, Jacek Ś., Leszek Gago, Wiesław Morawski, Tomasz Gołębiewski i Dariusz Michniak. Wpadła niemal cała grupa „Kondor”, z wyjątkiem tylko łączniczki „Zuzanny” (Zuzanna Wychowańska).
Wsypa nie objęła innych grup i kontaktów. Według późniejszego aktu oskarżenia „5 czerwca Służba Bezpieczeństwa uzyskała informację” o mojej działalności. Dziś wiem, że mieliśmy wtykę, używającą pseudonimu TW „Marek”. Wiem, kto to był, ale nie jestem mściwy i zmilczę. Zastanawiające od razu było to, że natychmiast, jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem oficer SB wiedział o tej grupie niemal wszystko. Wiedział, kto w niej był, łącznie z adresami. Wiedział, kiedy i gdzie się spotykaliśmy, o czym rozmawialiśmy. Znał wszystkie trzy plany uwolnienia Janka. Dlaczego więc nie aresztowano nas wcześniej i dopuszczono do wykonania akcji? Wytłumaczyć to można tylko w jeden sposób: byliśmy pod ścisłą obserwacją od znacznie dłuższego czasu, na pewno nie od trzech dni. Jednym słowem mieliśmy wtykę lub wtyki. Z ujawnionych już dokumentów wiem, że wokół mnie działało pięciu tajnych współpracowników SB o pseudonimach „Micke”. „Ewa”, „Jacek”, „Karol”, ale naprawdę groźny był tylko jeden: TW „Marek”. SB prawdopodobnie czekało na to, aż zaczniemy akcję, by wtedy nas zgarnąć. Musieli być tak pewni, że obserwują grupę, która ma wykonać akcję (błędnie, tę grupę traktowałem jako rezerwę, nawet nie rozdzieliłem ról), że nie wzmocniono ochrony Janka i nie uprzedzono pilnującej go milicji.
Nie tylko my zostaliśmy zaskoczeni akcją Adama i Jerzego. SB było zaskoczone też, a grupa „Kondor” nieświadomie odwróciła uwagę SB od prawdziwych wykonawców akcji. Ale tu pojawia zagadka. Już w czasie pierwszego przesłuchania, około godziny 11 rano, oficer SB wiedział, że akcję przeprowadził Adam Borowski. Skąd wiedział? Na pewno nie od nikogo z nas. Do tego momentu przesłuchiwani byli tylko Mirek Święch. i Michał Sienkiewicz, którzy nawet nie znali nazwiska Borowski i nie wiedzieli, kto to jest.
Po latach Adam Borowski powiedział mi, że jego zdaniem doniósł Sławomir Miastowski. Adam spotkał się z Miastowskim około godziny 14-tej i powiedział mu o akcji. Miastowski był wściekły, że nie powiedział mu wcześniej. No tak, ale mnie pytano o Borowskiego na trzy godziny przed tym. Źródłem informacji musiał więc być kto inny.
Dlaczego zostałem zaskoczony? Przez myśl mi nie przeszło, że została namierzona akurat grupa, która dotąd nic nie zrobiła, poza odbyciem wstępnego szkolenia. Poza tym byłem przekonany, że skoro to nie ja zrobiłem akcję, to nie mnie szukają.
Aresztowanie
Do mojej pracowni zadzwonił portier i powiedział, że przy wejściu czeka na mnie kolega. Spodziewałem się łącznika z informacją, co się właściwie dzieje, więc nie zdziwiło mnie to. Zjechałem windą na parter i idę korytarzem w kierunku portierni. Tuż przed schodami dziwnie postawiony wózek, jakim w teatrze wozi się dekoracje. Mijam go i dochodzę do schodów. W tym momencie dostaję silne uderzenie w tył głowy, prawdopodobnie kolbą pistoletu i silne pchniecie w plecy (tym wózkiem). Spadam ze schodów, ale jestem przecież mistrzem kung fu i dżudoką. Odruchowo robię więc po tych schodach dwa przewroty ukemi i staję na nogach. W tym momencie czterech ludzi, do tej pory schowanych za ścianką, łapie mnie za obie ręce. Nie wytrzymałem i rzuciłem ich. Miałem dawno przemyślane, że nie będę bił się z policją (życie to nie film i nawet największy mistrz sztuki walki z policją nie wygra) ale ci gamonie z oddziału specjalnego milicji do tego stopnia nic nie umieli (wiem kto ich szkolił, więc się nie dziwię), że złapali mnie w jedyny sposób, przy którym można rzucić czterech ludzi na raz. Miałem się z nimi nie bić, ale takiego gamoństwa po prostu nie zdzierżyłem i panowie polecieli na podłogę. Niestety zza ich pleców wyłoniło się sześciu dalszych i wobec sześciu wycelowanych we mnie luf musiałem skapitulować.
Tym razem stanąłem spokojnie i pozwoliłem się skuć kajdankami. Zawieźli mnie na ulicę Okrzei, gdzie mieścił się cały ówczesny sztab SB do walki z podziemiem. Wjechaliśmy windą na szóste piętro i zaczęła się próba zastraszania i wrzasków.
Wpada oficer oddziału specjalnego milicji, kpt. D., obecnie celebryta, którego dużo później rozpoznałem w siłowni klubu „Błyskawica” (przez kilka lat prowadziłem tam treningi) i wrzeszczy:
— Gdzie jest Borowski, gdzie jest Narożniak? Mam stu ludzi i wolną rękę z rozkazu premiera! Zaraz ich złapię! – i zaraz po tym – Gdzie jest Bujak?
— Tam, gdzie was nie ma – odpowiadam i wywołuję furię SB-ków.
— Zaraz dostaniesz wpierdol. Będziesz tu skakał pod ścianką, a ja cię będę bił, a jak się zmęczę to ich zawołam! – wyciąga pistolet, przeładowuje i wrzeszczy – zaraz będziesz miał kaliber 9 i o 10 gram będziesz cięższy! Zaraz cię wyrzucę przez okno!
— Przez okno, to ja mogę ciebie wyrzucić – odpowiadam.
Uspokaja się. Widać mój rzut czterema komandosami pana Misztala zrobił wrażenie. Na odosobniony wyskok pozwala sobie jeszcze jeden z szeregowców, młokos ostrzyżony na pazia (też go znam, trenował karate Kiokushinkay). Mówi:
— Ty dopiero możesz oberwać!
— To stań ze mną na ringu – mówię – w dziesięciu i z bronią to każdy jest silny.
Oficer każe mu się zamknąć. Widać rozumie, że pyskówka zamiast przesłuchania do niczego nie prowadzi. Poza tym żałosna jest ta odwaga SB-ków wobec człowieka, który nie tylko ma skute na plecach ręce, ale jeszcze jest przykuty do krzesła.
Przychodzi inny oficer (sierżant Okoń) i robi mi wykład w stylu „widzita, rozumita, wszystko o was wiema”. Wylicza, gdzie i ile razy się spotkaliśmy, kto był, o czym była mowa. To był największy błąd, jaki w tej sprawie zrobiła SB-cja. Chciał zrobić na mnie wrażenie, że wiedzą wszystko, a pokazał mi, że nie wie nic. Cóż oni bowiem wiedzieli? O kilku spotkaniach z grupą, która nie zrobiła dotąd nic konkretnego? O planach akcji, którą ewidentnie zrobił kto inny a ja miałem na ten czas żelazne alibi? Każdy normalny oficer policji byłby wściekły, że zdemaskował informatora, spalił obserwację, a właściwie nic nie wie. Ale SB to nie była normalna policja. Oni nie myśleli o tym, by dojść do prawdy, tylko o tym, by mieć materiał, żeby nas wsadzić. Jak już mieli ten materiał, nie szukali dalej.
Z tego SB-kiego kazania zrozumiałem dwie rzeczy: pierwszą, że nie wpadła żadna z grup, które były już włączone do działań i nie zostały zdekonspirowane żadne istotne kontakty, drugą, że w tym, co o mnie wiedzą, nie ma przestępstwa. No, bo cóż to za przestępstwo: odbycie kilku rozmów o tym, że może by coś zrobić, ale bez żadnych konkretnych przygotowań, podziału ról, decyzji, terminów? Czyli tak naprawdę, to nie ma poważnej wsypy, jest tylko trochę kłopotów. Muszę tylko zrobić wszystko, by wsypa nie poszła dalej, bo to by mogło rzeczywiście być groźne.
Wyciągnąłem z tego wniosek: należy się przyznać do tych spotkań, bo to nie jest żadne przestępstwo nawet według praw stanu wojennego, a jednocześnie rżnąć głupa, że żadnej innej działalności nie prowadziłem, to nie było podziemie Solidarności, tylko (tak jak twierdzi SB) organizacja „Legion Kondor”. Myślałem wówczas, że z powodu mitycznej organizacji, która nigdy nie istniała, o wymyślonej przez SB-ków głupawej nazwie, mogą co najwyżej trochę potrzymać mnie w areszcie. A że rozmawialiśmy o uwolnieniu Narożniaka? No to co? Janek nie był ani aresztowany, ani internowany. Ot, wyszedł ze szpitala bez wypisu. Guzik z piórem mi zrobią. Myliłem się.
Po kilku godzinach bicia Mirek Ś. załamał się i złożył obszerne zeznanie o treści podyktowanej przez SB-ków. Nie mam do niego żalu. Dwudziestoletni chłopak nie mógł wytrzymać takiej presji. Nie tylko go bili, ale jeszcze szantażowali, pokazywali sfałszowane rzekomo moje zeznania (Mirek nie znał mojego charakteru pisma). Z zeznań Mirka wynikało, że nie tylko planowałem założenie organizacji terrorystycznej, ale jeszcze terroryzowałem ich wszystkich, a oni przychodzili na zebrania, bo się mnie bali. Mało tego „Legion Kondor” istnieje i ma milion członków (tu już SB-cy naprawdę przesadzili). Dzisiejszego czytelnika może to dziwić lub śmieszyć, ale to wcale nie były największe bzdury tworzone przez komunę w procesach politycznych. W latach 50. mój dziadek, Leonard Żaczkowski, został skazany na 12 lat za to, że w czasie powstania warszawskiego, jako dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Państwowego (powstańczej policji) rozstrzeliwał na Placu Teatralnym komunistów (na tym placu byli Niemcy, czyżby z NRD?).
Późnym wieczorem przewieźli mnie do celi w Pałacu Mostowskich. Na pożegnanie SB-ek zapowiada jeszcze: „jutro będziesz śpiewał, jutro zrobimy ci piętki i imadełko!” Z ujawnionych już przez IPN dokumentów wiem, że protokół zatrzymania sporządzono dopiero o godzinie 23.20. W ten sposób SB zyskiwała 11 godzin do ustawowego czasu zatrzymania (48 godzin). Wówczas nie znałem tego dokumentu, ale dziś jest on i przerażający (bezprawiem) i komiczny (głupotą). W rubryce opisującej rodzaj przestępstwa wpisano dużymi literami: „UWOLNIENIE J.NAROŻNIAKA”. To chyba jakiś nowy artykuł w kodeksie karnym. W innej rubryce: „stan zdrowia dobry” orzekł kapral Jakiś Tam (zapewne dyżurny z KS MO).
Mijają dwie doby i nic się nie dzieje. Przez ten czas Prokuratura Wojskowa odmawia wszczęcia postępowania. Uzasadnienie – brak przestępstwa. Zdesperowany porucznik Witold Jóźwiak dwoi się i troi, aby mnie nie wypuścić. Gdy mija 48 (a właściwie 59) godzin od zatrzymania, wpada na pomysł i załatwia dla mnie postanowienie o internowaniu. Wracam do tej samej celi, ale już jako internowany. Po kolejnych dwóch dniach jestem znów zatrzymany na 48 godzin, a jeden z podwładnych idealnie dyspozycyjnej prokurator Wiesławy Bardonowej przedstawia mi zarzut: „W okresie od 15 maja 1982 r. do dnia 8 czerwca 1982 r. w Warszawie zorganizował i kierował kilkoma wieloosobowymi zebraniami mającymi na celu założenie nielegalnego związku o charakterze antypaństwowym »Legion Kondor«, program którego przewidywał akcje terrorystyczne wobec funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, kradzieże z państwowych instytucji urządzeń poligraficznych, rozpowszechnianie antypaństwowych ulotek, jak również podejmowanie rożnego rodzaju akcji sabotażowo-dywersyjnych.” Słowem – i ty zostaniesz ben Ladenem – SB-cja wzniosła się na szczyty absurdu. W uzasadnieniu prokuratura pisze, że „celem działania podejrzanego było przywrócenie swobód demokratycznych i zniesienie rygorów stanu wojennego” a następnie wyciąga z tego wniosek, że „szkodliwość społeczna czynu jest znaczna”. Sprawa ma się toczyć w trybie doraźnym, co znaczy, że grozi mi od 3 lat wzwyż.
Prokurator Bardonowa dobrze przerobiła lekcję z listu Czubińskiego „do umiejętnego stosowania w pracy politycznej i zawodowej”: „W ostatnich latach zmieniono formy postępowania wobec osób prowadzących działalność antysocjalistyczną […] pociągano do odpowiedzialności karno-sądowej za popełnienie przestępstw pospolitych.” Dobrze odrobił też lekcję porucznik Jóźwiak „osoby te były przed upływem 48 godzin zwalniane z aresztu i osadzane w innej komendzie na kolejne 48 godzin. […] Pomiędzy jednym a drugim zatrzymaniem funkcjonariusze SB pozwalali tym osobom na spacer po mieście, wypicie kawy w kawiarni, kupno owoców.” Porucznik Jóźwiak poszedł dalej. Zwolnił mnie po 59 godzinach, a zamiast spaceru pozwolił mi na bycie internowanym przez dwa dni.
Przez następne miesiące prokurator Anna Detko (vel Jackowska) wielokrotnie przedłuża mi areszt; Uzasadnienie: „postępowanie wymaga jeszcze wielu żmudnych czynności, szkodliwość społeczna czynu jest znaczna, sprawa toczy się w trybie doraźnym”. Za każdym razem odwołuję się do sądu, a sąd moje odwołanie oddala, choć przez kolejne 8 miesięcy w sprawie nie ma żadnego postępu, w aktach nie pojawia się żaden nowy dokument. Prokurator Detko oczywiście doskonale wie, że w sprawie nie ma już do zrobienia żadnych czynności. SB i prokuratura zapewne obawiały się, że materiał dowodowy jest zbyt kiepski nawet dla dyspozycyjnego sądu i chciały, bym jak najwięcej odsiedział w areszcie. Jeden z SB-ków powiedział mi wręcz cynicznie:
— My panu załatwimy wyrok dokonany. Posiedzi pan tyle w areszcie, że sąd to będzie musiał przyklepać. Odechce się panu Narożniaków na długo.
SB się przede mną nie kryje z tym, że mityczny „Legion Kondor” wcale ich nie obchodzi, że to po prostu zemsta za Narożniaka.

Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.