List
To była pierwsza jesień po strajkowym zwycięstwie Solidarności, listopad 1980 roku. Żyliśmy wtedy wszyscy w jakiejś niezwykłej gorączce. W siedzibie regionu Mazowsze, na ulicy Szpitalnej panował potworny młyn, przewalały się tłumy, każdy chciał coś robić, nikogo nie pytano o funkcję. Pamiętam taki obrazek, że na stole w powszechnie dostępnym pomieszczeniu leżała wielka foliowa torba z pieniędzmi, której nikt nie pilnował. Ludzie dobrowolnie wrzucali do niej pieniądze dla Solidarności. Polacy po latach niewoli po prostu zachłystywali się wolnością, choć komuniści nadal rządzili, za miedzą stała potężna Armia Czerwona, obowiązywała ciągle cenzura, a SB-cja tylko trochę wycofała się do kąta. Ja wówczas byłem przewodniczącym Komisji Zakładowej Solidarności w Teatrze Wielkim, no i udzielałem się w Regionie.
19 listopada przyszedł do mnie mój zastępca z komisji zakładowej, Wojtek Tomaszczuk. Przyniósł dokument – list prokuratora generalnego Lucjana Czubińskiego do prokuratorów wojewódzkich z 30 października. To była istna bomba. Nadruk „Tajne”, a w treści Czubiński zaleca „do umiejętnego stosowania w pracy politycznej i zawodowej” takie metody postępowania z działaczami opozycji, jak inwigilacja, zakładanie teczek, gromadzenie, a nawet fabrykowanie, materiałów do przyszłych procesów, zatrzymywanie na 48 godzin, a po zwolnieniu zatrzymywanie w kolejnej komendzie, a potem w kolejnej i tak dalej. Zrozumiałem, że trzymam w ręku polityczny dynamit. Tylko skąd Wojtek, teatralny kasjer, ma takie rewelacje?
— Bronek Sapeła pokazuje to wszystkim, chwali się, że ma więcej takich dokumentów – odparł Wojtek.
Bronek Sapeła był w teatrze stolarzem, jego syn Piotr pracował w powielarni Prokuratury Generalnej. Tajne dokumenty, które powielał, wynosił do domu, a jego ojciec podkradał mu je i chwalił się kolegom, jakiego to on ma ważnego syna. To był cały PRL. Państwo policyjne jak cholera a tajne dokumenty prokuratora generalnego pokazuje kolegom teatralny stolarz. Żyliśmy w wielkim kabarecie. Bronek i jego syn chyba w ogóle nie zdawali sobie sprawy z tego, z jakimi siłami igrają. Komuniści z dużo mniejszych spraw robili już afery szpiegowskie i przywalali potężne wyroki. Później, już w stanie wojennym siedziałem w celi z „młodocianym szpiegiem”, chłopakiem, który będąc na przepustce z wojska wszedł do konsulatu USA w Poznaniu. Tylko wszedł i nic więcej. Dostał 9 lat za „szpiegostwo”. Gdyby Piotra Sapełę złapano na wynoszeniu tajnego dokumentu, a Bronka – na pokazaniu go „Solidarności”… Za szpiegostwo groziło wówczas „od lat 5, do kary śmierci włącznie”.
Wybłagałem od Wojtka wypożyczenie dokumentu na godzinę. Pognałem do siedziby regionu, na Szpitalną. Miałem pecha, prawie nikogo z zarządu nie było. Spotkałem tylko Zbyszka Janasa i pokazałem mu dokument, ale musiałem ten dokument oddać z powrotem. Nie wiem, czemu żaden z nas nie wpadł wówczas na pomysł, by to od razu skopiować.
Oddałem dokument. Czułem niedosyt. Co z tego, że ja i Janas to widzieliśmy? Ustne świadectwo nie miało wartości bez dokumentu. Wiedziałem już, że ten dokument znajduje się w powielarni prokuratury, tylko jak go stamtąd wydostać? Dopomógł mi przypadek.
W 1980 roku na wykonanie kserokopii w jednym z nielicznych punktów usługowych trzeba było mieć zgodę z cenzury. Dlatego kopiowało się różne rzeczy w państwowych instytucjach „na fuchę”. Oczywiście, do tego trzeba było mieć „dojście”. I tu miałem szczęście. Moim „dojściem” był pewien pracownik Prokuratury Generalnej (znajduje się ona 100 metrów od Teatru Wielkiego). Do dziś nie wiem, jak się nazywał. Od początku istnienia Solidarności powielałem u niego „na fuchę” materiały komisji zakładowej. Pieniądz, jak widać, nie ma poglądów politycznych. Mawiało się nawet, że kumoterstwo i korupcja to ostatnie ludzkie uczucia socjalizmu. A swoją drogą, to znów kabaret. Opozycjonista powiela materiały wywrotowe na lewo w Prokuraturze Generalnej.
Następnego dnia, 20 listopada 1981 roku, zadzwoniłem do „mojego człowieka” i umówiłem się z nim w Telimenie. Wziąłem jakieś mało ważne papiery do powielenia. Chodziło mi o dostanie się do powielarni prokuratury. „Mój człowiek” wprowadził mnie do budynku metodą „ten pan ze mną”. To był ściśle strzeżony budynek. Było biuro przepustek i wartownicy. Ale, jak to w PRL-u, nic nie działało tak, jak powinno. Pracownicy prokuratury wprowadzali często różnych ludzi metodą „ten pan ze mną”, bez przepustki. „Mój człowiek” wprowadził mnie do powielarni i poszedł. Zostałem sam z drukarzem i kombinuję, jak tu odnaleźć ten dokument i zwędzić. I znów miałem szczęście. Drukarz wyszedł na chwilę do telefonu. Ta chwila mi wystarczyła. Znalazłem cały stosik egzemplarzy listu. Zwinąłem jeden do teczki. Po chwili przez nikogo nie sprawdzany wyszedłem. Wartownik jeszcze pamiętał, że przed chwilą wchodziłem z pracownikiem prokuratury i nie żądał przepustki. To się teraz tak łatwo pisze, ale to był najtrudniejszy moment całej akcji. Pozazdrościć Sapełom tej błogiej nieświadomości. Ja w przeciwieństwie do nich dobrze wiedziałem, co mi groziło, gdybym został złapany na zwędzeniu tajnego dokumentu.
Z informacji ustalonych później, już w wolnej Polsce, przez prokuratora IPN wiem, że ten „mój człowiek” musiał być co najmniej prokuratorem w Prokuraturze Generalnej, bo nikomu innemu takie wprowadzanie kogoś z zewnątrz metodą „ten pan ze mną” by nie przeszło. Ale kto to był? Do dziś nie wiadomo.
Teraz do Regionu, na Szpitalną. Znowu nie ma nikogo z zarządu, ale widzę Janka Narożniaka. Znamy się z gór i ze współpracy z KOR-em. Wiem, że Jankowi mogę zaufać. Pokazuję mu dokument. Obaj postanawiamy natychmiast go skopiować. A tu pech: dziewczyna od kserografu poszła na obiad i zabrała ze sobą klucze. Janek przez chwilę próbuje dostać się do tego pokoju po gzymsie przez okno, ale nie udaje mu się i wraca. Po chwili postanawia powielić dokument na mieście. Ponoć ma pewne, bezpieczne miejsce. Wrócił po jakiejś pół godzinie. Miał dziesięć kopii i oddał mi oryginał.
Teraz czekała mnie druga ryzykowna część akcji – podrzucenie dokumentu z powrotem. Wróciłem do teatru. „Mój człowiek” po chwili zadzwonił, że druki, które dałem do powielenia, są do odbioru. Musiałem coś wymyślić, by wejść ponownie do powielarni. W innym przypadku facet przyniósłby mi druki do Telimeny. Powiedziałem, że mam jeszcze jakiś interes do drukarza. Ponownie weszliśmy do powielarni metodą „ten pan ze mną”. Odebrałem swoje druki i myślę, jak to podrzucić, by nikt nie widział. I znów miałem trochę szczęścia. Drukarz i mój facet pochylili się nad jakąś publikacją i coś uzgadniali. Wyciągnąłem list Czubińskiego z teczki i podrzuciłem gdziekolwiek. Po chwili podszedł do mnie drukarz i pyta, co jeszcze chciałem. Udałem zakłopotanie, że owszem chciałem, ale zapomniałem tę robotę ze sobą zabrać, podrzucę następnym razem, bo to nic pilnego. W tym momencie zauważył położony przeze mnie list Czubińskiego i mówi:
— Kto to do cholery tu położył? – i do siebie – Nigdy się matoły nie nauczą porządku!
Po czym wziął list i położył na miejsce.
Ponownie przekraczam portiernię, a strażnik do mnie:
— Można zobaczyć, co pan ma w teczce?
Oczywiście szanowny strażniku. Teraz to już sobie możesz oglądać moją teczkę nawet pod światło. Udało się. Idę do teatru i dochodzę do wniosku, że sytuacja jest znakomita. Nawet gdyby się kapnęli, mój facet, drukarz lub strażnik, to żaden z nich nie może się do tego przyznać. Jeden wprowadzał faceta z „Solidarności” bez przepustki, drugi robił fuchy, a trzeci wpuszczał kogoś bez kontroli. Wszyscy muszą więc milczeć.
Chcę tu bardzo wyraźnie podkreślić: to ja, a nie Jan Narożniak, wydostałem i ujawniłem ten dokument. Pewną rolę odegrał tu świadomie Wojciech Tomaszczuk i całkowicie nieświadomie Bronisław i Piotr Sapeła. Ci ostatni owszem dokument podkradali, ale nie po to by go ujawniać „Solidarności”, i kompletnie nie rozumiejąc jego znaczenia. Rola Jana Narożniaka ograniczała się do wykonania 10 kserokopii, a Piotra Sapały była wręcz żadna.

Szkoda, że tego rodzaju wspomnienia spisywane są dopiero teraz. Trochę to zostało zaniedbane po ’89 roku. Mnóstwo rzeczy już umknęło, niektórych przekłamań już nie da się odkręcić. Znam przypadek, gdy „legenda” stworzona przez SB żyje do dziś i nawet część uczestników wydarzeń w nią wierzy. No i „urodziło” się sporo nieznanych wówczas „bohaterów”.
Problem panie Jerzy polega na tym, że historycy zajmujący się tym okresem z nami nie rozmawiają. Szperają w dokumentach (w których często są bzdury) a nie rozmawiają z ludźmi, którzy są żywymni świadkami. Tych świadków jest coraz mniej. Z ludzi, którzy występują w tym artykule nie żyją już Bogdan Zalega, Włodzimierz Strzyżewski, Marek Nowicki, Zbigniew Romaszewski, a z drugiej strony, SB-ecko milicyjnej, nie żyje prokurator Bardonowa, porucznik Jóźwiak, sędzia Szrotki i inni. Gdy prokuratura IPN wzięła się za sprawę, okazało się, że z tych SB-ków, którzy nadużywali władzy w tej sprawie prawie wszyscy już nie żyją, a ci co żyją, to akurat nic specjalnie złego nie zrobili. W dodatku z upływem czasu, coraz trudniej coś udowodnić.
Mnie na przykład zastanawia to, że nikt nie zadał Narożniakowi pytania: skąd pan to miał? Wersja o znależieniu w drukarni kupy się nie trzyma. W jakiej drukarni? Na Szpitalnej żadnej drukarni nie było.
Dwaj historycy, ktorzy zajmują się tym okresem dobrze mnie znają (Paczkowski i Dudek). Żaden nie zadał mi ani jednego pytania o tamte czasy.
A co do legend stworzonych przez SB, to najlepiej się mają te, które kogoś szkalowały.
Skandalem jest, że Narożniak, podziwiany wtedy bohater tamtych wydarzeń, nie poczuwa się do jakiejkolwiek reakcji.
„Szukają Narożniaka, idą od Woli w naszą stronę” (rejon Umschlagplatzu), taka gruchnęła wieść pewnego letniego dnia w 82. Schowaliśmy więc głębiej to, co trefne, narysowane i wydrukowane. A sąsiad zdemontował w pośpiechu amatorską bimbrownię, odsiadka groziła i za to. Do wieczora naturalnie nikt nie przyszedł (przyszli kiedy indziej).
*
Pamiętam też mediację Stefana Bratkowskiego na Szpitalnej. Tekst świetny.
Jedno sprostowanie co do nazwiska Kazimierz Hintz, tak się pisze to nazwisko. Jestem jego córką. Niejeden Narożniak tworzył mity. Swietny tekst, dziękuję za przypomnienie wydarzeń.
Pozdrawiam
Agnieszka Kurek
Dziękuję. Ja Pani ojca nie znałem, musiałem to nazwisko przepisać z jakiegoś źródła, gdzie zapisano je błędnie. W wielu publikacjach przekręcano też nazwisko Sapeła. Robiono z niego Sapełłę, Sopełłę i tak dalej. Musiałem nawet prosić Wojtka Tomaszczuka, który ciągle pracował w Teatrze Wielkim, by sprawdził w kadrach, jak się ten człowiek nazywał. W dodatku jego ojciec występuje w różnych dokumentach pod dwoma imionami Bronisław i Władysław. Spytać go samego nie można, bo już nie żyje. Imię Bronisław uznałem za bardziej prawdopodbne, tak jest w kadrach TW. a co do mitów… Obecnie twierdzi się, że jeden pan niemalże kierował strajkami sierpnia 80, będąc przez 90 procent czasu ich trwania na wczasach w Bułgarii. Na tym polega „polityka historyczna”.
@Krzysztof Łoziński, a pan się dziwi? Jeśli Jarosław w obecności niemal wszystkich przywódców strajku sierpniowego bez zmrużenia oka potrafił mówić, że „właściwie to jego brat był tam najważniejszy”, a oni siedzieli grzecznie i cicho (poza panią Krzywonos) i nie zaprotestowali, to czego możemy się spodziewać? Każdy z nas mógłby podać podobne przykłady z własnego podwórka.
Nie rozumiem tego, ale to zjawisko istnieje i będzie się wzmagało. Im dalej od tamtych wydarzeń tym bardziej.
Ja się Panię Jerzy nie dziwię. Kiedy Piłsudski spotkał się z weteranami legionów na Błoniach w Krakowie, powiedział: „Gdybym miał was tylu w Oleandrach to byśmy zajęli Moskwę”. Gdybyśmy my w podziemiu mieli tylu ludzi, ilu za to już odznaczono, to też byśmy zajęli Moskwę.
Jest stare a dobe rzymskie przysłowie, ze starożytnych czasów a aktualne: „Laury nie są dla zdobywców”.
W różnych miejscach w internecie podaje się datę 26 maja gdy został postrzelony Jan Narożniak. Można prosić o weryfikację?
@Woziwoda W dokumentach występują dwie daty, 25 i 26 maja. Po tylu latach trudno rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Na szczęście nie ma to większego znaczenia, bo żadna z tych dat nie koliduje z datami innych wydarzeń. Data 25 maja występuje w moich aktach stworzonych przez SB, nie mogę wykluczyć, że jest błędna, bo tam prawie wszystko jest błędne. To nie jest jedyna niejasność w tej sprawie. Sporo szczegółów w dokumentach i ludzkich relacjach ma dwie wersje. Np.: kto dzwonił, by Narożniaka zawieziono na zabieg? Według jednej relacji Borowski, według innej Siwiec. Na szczęście to są wszystko detale nie zmieniające ogólnego przebiegu wydarzeń. Niestety sporo dokumentów albo zaginęło, albo zostało zniszczonych. Pamiętajmy, że minęło prawie 35 lat. Obawiam się że niektórych aspektów nigdy nie wyjaśnimy do końca.
To byli partacze 🙂 W jednym żoliborskim bloku mieszkało wówczas trzech Topińskich w trzech mieszkaniach. Przyszli do mnie ale zastali sytuację której się nie spodziewali, bo uważali, że przyszli nie do mnie 🙂 Żadnego zastanowienia. Gdyby wówczas chwilę pomyśleli, osiągnęliby sukces ale nie pomyśleli. Więc w dwóch mieszkaniach szła całą parą konspiracja a w trzecim kilkunastu byczków robiło rewizję. To NOWA, dużo u mnie znaleźli a ja (na dodatek) niekiedy reperowałem kolegom maszyny do pisania, więc zabrali kilka a zostawili akurat ANDERWOODA z 1922 roku, na której pracowaliśmy bezustannie (miała stalowy wałek i robiła 40 przebitek) ale ważyła ze 30 kg i nie chciało im się jej nosić. Na dodatek w piwnicy znaleźli jeszcze XIX wieczną, niekompletną maszynę do robienia papierosów, którą pospiesznie zaksięgowali jako powielacz i oczywiście zabrali (a piękna była nieprawdopodobnie) …tak więc, będąc dość przypadkowym konspiratorem, autentycznie się ubawiłem. To było zresztą wcześniej od opisywanej historii – w 1979 roku. Może by tak z tego zredagować jakiś kabaret, bo historyków to mało interesuje 🙂
@ K.Łoziński ..cóż, daty jednak tworzą narrację. Zgadzam się, że drobna rozbieżność nie zmienia ogólnego biegu wydarzeń, niemniej przy niemałej ilości opublikowanych w sieci informacji z datą późniejszą, nowa, ciekawa relacja uczestnika wydarzeń z inną datą zapewne wzbudzi dociekliwe zainteresowanie. Tymczasem moją niewielką edycję odnośnie oryginału, który miał kopiować J. Narożniak w wikipedycznym haśle „Narożniak” ktoś od razu wywalił. Pytałem o powód, zobaczę jak się to rozwinie.
@Woziwoda. Zgadzam się, że daty są ważne, ale w tym przypadku ja po prostu nie potrafię, na podstawie tych materiałów, które mam (a mam tego kilkaset stron dokumentów i relacji) rozstrzygnąć, która jest prawidłowa. Nie mam niestety dokumentów, które rozstrzygnęły by to jednoznacznie, np. karty przyjęcia do szpitala.
A co do publikacji w sieci. Niestety krąży w niej bardzo dużo relacji, o których z całą pewnością wiem, że są nieprawdziwe, a są wynikiem „polityki historycznej” czyli mówiąc bez ogródek kreowania nieprawdziwej historii na obecne potrzeby polityczne. Jednocześnie wiele spraw naprawdę ciekawych pozostaje zupełnie zapomnianych i nieznanych.
Szkoda, że hsitorycy jakoś nie chcą z tej wiedzy takich starych ludzi jak ja skorzystać. Nie rozmawiają z nami.
Nawet na temat tej sprawy wiem znacznie więcej, tylko musiałem parę wątków pominąć ze względu na wielkość tekstu (i tak jest ogromny, jak na publikację prasową).
Poza tym jest sporo takich fajnych anegdotek oddających tamten czas. Np. Jedna z grup wychodzących odemnie z domu na akcję ulotkową dostała ulotki zapakowane w pudełka po mleku w proszku. Miałem ich sporo, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej karmiliśmy nim mojego syna. Wówczas nosiło się różne rzeczy w siatkach z siatki (nie było reklamówek) i ci ludzie wyszli z siadkami pudełek po mleku w proszku. W stanie wojennym mleka w proszku nie było, więc wszyscy ich zaczepiali na mieście: „gdzie pan dostał mleko w proszku?”. O włos a cała konspiracja by się wydała przez mleko w proszku.
Jak już jesteśmy przy anegdotach, to z nich można by złożyć całą księgę.
Z naszego terenu: siostra, u której był skład bibuły przychodzącej z Warszawy prosi mnie, żebym z nią poszedł nocą na dworzec po odbiór. Okazało się, że jakiś orzeł w Warszawie postanowił wysłać pakę nocnym pociągiem bo „tajemnica i konspiracja i w ogóle”. No więc wiadomo – trzeba nocą 🙂
Tymczasem mamy godzinę policyjną, na ulicach pustka, czasem tylko patrol lezie, każdego przechodnia widać z kilometra, a na każdym peronie jak nie wojsko to milicja.
Na szczęście siostra to bardzo przytomna osoba i jakoś przeszło.
Na samym początku stanu wojennego zgubiła klucze od mieszkania. No to wyszła na ulicę i zatrudniła przechodzący patrol wojaków do wyważenia drzwi. Oni autentycznie zgłupieli, ale im wytłumaczyła, ze Generał kazał pomagać ludności, niech więc się nie opitalają, tylko otwierają jej te drzwi bo zimno.
Traf chciał, że na to wszystko nadszedł współpracujący z nią kolega. I co widzi? Drzwi do mieszkania wystawione z zawiasów, żołnierze na korytarzu… żeby pan widział ile on osiągnął na setkę 🙂
Ale bywały i inne rzeczy.
Przyszedłem raz do niej, siedzi jakiś jej znajomy. Widzi mnie pierwszy raz w życiu, ale wyciąga z teczki jakieś klisze mające służyć do wydawania podziemnego pisemka. Nie wiedziałem – prowokator czy idiota? Do dziś nie wiem.