Podobną wspólnotę duchową odnajdzie Merton w książkach buddyjskiego mnicha wietnamskiego Thich Nhat Hanha, którego spotkał w 1966 w USA i z którym się zaprzyjaźnił. Jak pisze autor poświęconej im monografii Robert H. King, choć spotkali się tylko raz w opactwie Gethsemani 26 maja 1966 roku, i ich wkład w rozwój własnych tradycji religijnych (chrześcijańskiej i buddyjskiej) jest niekwestionowany, to warto spojrzeć również na te tradycje przez pryzmat ich przyjaźni. Jego zdaniem „jeśli wziąć pod uwagę ich wzajemny związek to rzuca on światło na każdego z nich w cudowny i zgoła nieoczekiwany sposób”[6]. Zresztą o głębokim powinowactwie ich spojrzenia na rolę religii w przestrzeni publicznej świadczy reakcja Mertona na książkę Thich Nhat Hanha, Buddyzm dzisiaj, którą przeczytał we francuskim tłumaczeniu w tym samym roku.
Otóż zastanawiając się, czy można mówić o humanizmie buddyjskim dzisiaj, w sytuacji gdy utożsamia się z rozpadającymi się strukturami społecznymi, odpowiadał: [że jest tylko jedna odpowiedź, a mianowicie:]„Radykalna odmowa, oparta na doświadczeniu rozumienia rzeczywistości w kontekście bolesnej walki społecznej i to w kategoriach zrozumiałych dla tych, którzy są głęboko zaangażowani w te zmagania”. Merton dodawał, że „Ta zasada odnosi się nie tylko do buddyzmu, ale do każdej religii, która próbuje znaleźć swoje miejsce w dzisiejszym świecie”[7]. Nawiasem mówiąc, to właśnie połączenie poszukiwania autentycznego doświadczenia religijnego z troską o sprawy społeczne najlepiej oddaje tytuł jednego z tomów korespondencji Mertona do różnych osób – Ukryta podstawa miłości[8].
W opublikowanej znacznie później po ich spotkaniu, bo dopiero w 1995 roku, książce Żywy Budda, żywy Chrystus, Thich Nhat Hanh nie tylko nawiązuje do swego spotkania z Mertonem, ale często przywołuje z aprobatą jego pisma[9]. Wystarczy przywołać tylko jeden znamienny fragment, by zdać sobie sprawę, w jakim kierunku mogła pójść również myśl trapisty. Pisze Thich Nhat Hanh: „Kiedy jesteśmy wyciszeni, patrząc głęboko i dotykając źródła naszej prawdziwej mądrości, dotykamy żywego Buddy i żywego Chrystusa w nas samych i w każdej spotykanej osobie”[10].
W poszukiwaniu elementów wspólnych religii buddyjskiej i chrześcijańskiej Thich Nhat Hanh odwołuje się nie tylko do Thomasa Mertona, ale i do Paula Tillicha. Natomiast odnosi się polemicznie do niektórych stwierdzeń z książki Jana Pawła II Przekroczyć próg nadziei, w której papież podkreśla wyjątkowość i jedyność zbawienia w Jezusie Chrystusie. Stwierdza bowiem: „Tym, co kryje się za tym stwierdzeniem, jest pogląd, że chrześcijaństwo daje jedyną drogę zbawienia, a wszystkie pozostałe tradycje są bezużyteczne. Takie podejście wyklucza dialog i podsyca religijną nietolerancję i dyskryminację. To nie pomaga”[11]. Trudno oprzeć mi się wrażeniu, że Merton myślałby podobnie.
A wracając do książki o kontemplacji, to zaskakuje nowoczesny charakter pouczeń trapisty, aż dziw, że te rady wyszły spod pióra katolickiego mnicha w 1961 roku, a więc w czasie, gdy Sobór Watykański II dopiero został zapowiedziany i nic nie zapowiadało rewolucyjnych przemian, jakie on ze sobą przyniesie. Jednak nasze zaskoczenie będzie mniejsze, gdy sobie uzmysłowimy, że w tym czasie Merton, mimo swego eremickiego zamknięcia, prowadził rozległą korespondencję z ludźmi tak różnymi jak wspomniany wyżej Czesław Miłosz czy wielki znawca filozofii zen Daisetz Teitaro Suzuki, który jako pierwszy zapoznał Zachód z głównymi zrębami filozofii Wschodu.
Poza tym w polskim przekładzie istnieje tylko tom pierwszy[12], a pozostaje sześć pozostałych, już opublikowanych po angielsku tomów dziennika, który Merton prowadził niestrudzenie do końca życia. Tak więc znamy sporo, ale ciągle jeszcze więcej pozostaje do odkrycia. Chciałbym zwrócić uwagę na jego związki z judaizmem, gdyż są one znacznie mniej znane niż jego fascynacja filozofią Zen, o czym on sam pisał wielokrotnie we wspomnianych wyżej książkach.

W całej historii polskiego Kościoła nie ma ani jednej osoby , która by potrafiła zrobić ze mną to , co potrafi choćby jeden dowolny wiersz Mertona , a co dopiero całe książki …
Przeczytałem z zainteresowaniem i zdumiałem się…
Synkretyzm religijny połączy wszystkich muszących wierzyć w coś tam?
A co z nadchodzącą epoką SI ?
Maszyny stworzą sobie boga czy będą kontynuować to, co ludzie wymyślili?
Mnie żaden bóg nie obdarował łaską wiary, powinienem mieć kompleksy?
Ma Pan problem…..
Tak Merton jest jedyny w swoim rodzaju, zbliża ludzi daje do myślenia, a na pewno by się zdziwił gdyby usłyszał, że można kogoś do czegoś zmuszać a synkretyzm to przeciwieństwo – „muszących wierzyć w coś tam”. To wolność, a nawet dowolność wyboru!
Trudno być mnichem? Oczywiście…
Osobiście cenię wszystkie bractwa.. najbardziej te małe.
Warto przeczytać.
https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/sam_na_sam.html
Pozdrawiam
ps.
Rozmowny trapista?
>>Trapiści — odłam Cystersów powstały w 1664 roku. Zakon ściśle kontemplacyjny, jego reguła uważana jest za najsurowszą w Kościele katolickim — izolacja od świata, milczenie, modlitwa, posty oraz praca fizyczna. Klasztory znajdują się głównie we Francji i Włoszech. Od 1988 istnieje żeński odłam zakonu — Trapistki.<<