Przede wszystkim trzeba powtórzyć rzecz oczywistą – żyjemy w zupełnie odmiennym świcie niż ten, jaki opuścił Thomas Merton w 1968 roku. Poza tym odszedł nie tylko w sile wieku (aż trudno uwierzyć, że zginął, gdy miał zaledwie 53 lata!), ale w pełni sił twórczych. Wszystko wskazuje na to, że jego rozwój duchowy i intelektualny został przerwany w najciekawszym momencie. Czy żyjąc i twórczo rozwijając jego duchowe i teologiczne intuicje, możemy sobie pozwolić na ćwiczenie z wyobraźni teologicznej, korzystając już nie tyle z jego własnych podpowiedzi, ile idąc po prostu dalej.
Gdy w 2002 roku zastanawiałem się w eseju „Piwo Mertona” nad znaczeniem jego twórczości, odwoływałem się przede wszystkim do jego zapisków z dziennika, które zostały upublicznione 25 lat po jego śmierci, a swoje uwagi kończyłem nader optymistycznie: „Może Merton – jak św. Ignacy Loyola – znalazłby drogę, by prawdę o Kościele włączyć w twórczą tkankę posoborowej rzeczywistości. Bóg chciał, by stało się inaczej”[23]. Oczywiście w dalszym ciągu jestem przekonany, że najważniejszą sprawą, również dla Mertona, była radykalna zmiana w sposobie postrzegania innych religii przez Kościół katolicki, jaka się dokonała na Soborze Watykańskim II. Niestety, nie było mu dane współuczestniczyć w tych radykalnych transformacjach katolicyzmu, jakimi jesteśmy świadkami do dzisiaj.
John O’Malley też twierdzi, że to, co się naprawdę wydarzyło, to zmiana języka. W języku bowiem dokonał się prawdziwy „zwrot” Kościoła katolickiego. Nie chodzi tu tylko o wprowadzenie nowych słów do słownika teologii katolickiej, takich jak wolność sumienia, dialog, godność osoby ludzkiej, współpraca z innymi wyznaniami, szacunek dla innych religii czy dostrzeżenie istnienia ludzi świeckich w Kościele[24].
Bowiem nie tylko o zmianę języka chodzi, ale o radykalnie odmienne spojrzenie na inne religie i ich wyznawców. Tak naprawdę w grę wchodzi zmiana w postrzeganiu samego siebie i własnej tradycji, która przestaje być jedynym nośnikiem prawdy, ale jednym z wielu możliwych sposobów dochodzenia do niej. Zdaniem niektórych myślicieli katolickich na Soborze Watykańskim II doszło do zerwania z przeszłością i nastąpił nowy początek. Szczególnie sugestywnie to przekonanie sformułował francuski jezuita Michel de Certeau.

W całej historii polskiego Kościoła nie ma ani jednej osoby , która by potrafiła zrobić ze mną to , co potrafi choćby jeden dowolny wiersz Mertona , a co dopiero całe książki …
Przeczytałem z zainteresowaniem i zdumiałem się…
Synkretyzm religijny połączy wszystkich muszących wierzyć w coś tam?
A co z nadchodzącą epoką SI ?
Maszyny stworzą sobie boga czy będą kontynuować to, co ludzie wymyślili?
Mnie żaden bóg nie obdarował łaską wiary, powinienem mieć kompleksy?
Ma Pan problem…..
Tak Merton jest jedyny w swoim rodzaju, zbliża ludzi daje do myślenia, a na pewno by się zdziwił gdyby usłyszał, że można kogoś do czegoś zmuszać a synkretyzm to przeciwieństwo – „muszących wierzyć w coś tam”. To wolność, a nawet dowolność wyboru!
Trudno być mnichem? Oczywiście…
Osobiście cenię wszystkie bractwa.. najbardziej te małe.
Warto przeczytać.
https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/sam_na_sam.html
Pozdrawiam
ps.
Rozmowny trapista?
>>Trapiści — odłam Cystersów powstały w 1664 roku. Zakon ściśle kontemplacyjny, jego reguła uważana jest za najsurowszą w Kościele katolickim — izolacja od świata, milczenie, modlitwa, posty oraz praca fizyczna. Klasztory znajdują się głównie we Francji i Włoszech. Od 1988 istnieje żeński odłam zakonu — Trapistki.<<