( GW, 15 marca)
Miałem tutaj rozmowę na temat swego listu do władz mego (niegdysiejszego od przedwczoraj) stowarzyszenia. Mój rozmówca, człek skąd inąd zacny, przeczytawszy mój list w Gazecie Wyborczej, zdziwił się żądaniu, by moja organizacja zawodowa była apolityczna, skoro zrzesza ona ludzi, uprawiających zawód, z definicji, polityczny.
Obawiam się, że autorzy ustawy lustracyjnej myślą w podobny sposób. Wystarczy wyciągnąć chusteczkę, by dojrzeli w tej czynności upiory rozpolitykowania i antypaństwowej konspiracji – chyba że ten zakatarzony jest zwolennikiem PiS.
Dziennikarstwo, co powtarzałem od dziesięcioleci, jest takim samym zawodem jak każdy inny. Podobnie jak przy wypiekaniu bułeczek, czy robieniu butów potrzebna jest rzetelność – poglądy polityczne dziennikarza są tutaj bez znaczenia. Mogłem to zaobserwować na przykładzie polityki kadrowej poważnego ultraprawicowego duńskiego dziennika „Jyllands-Posten”. Jego moskiewskim korespondentem została swego czasu dziennikarka, znana z lewicowych przekonań. Była ona wszelako osobą o niekwestionowanych kwalifikacjach i wielkiej rzetelności zawodowej. Pracodawca tolerował więc jej artykuły, niezgodne czasem z linią pisma. Nie było w nich jednak przeinaczeń i tendencyjnych kłamstw. Sumienna obserwacja zawsze brała górę nad światopoglądowymi schematami, ilekroć powstawał konflikt miedzy przekonaniami, a rzetelnością przekazu. Redakcja wiedziała, że niewiele ryzykuje, przystając na warunek, by nieingerowanie w treść korespondencji zostało zapisane w kontrakcie.
Zdarzenie to może być ilustracją tego, że jedynym zawodem prawdziwie politycznym jest (a przynajmniej być powinno) uprawianie polityki. Choć, biorąc pod uwagę poziom kompetencji naszych polityków, zasada ta nie odnosi się do Polski. W krajowych warunkach jedyną stricte polityczną profesją jest zawód, jaki politycy sprawiają wyborcom.
(18 marca)
Ludwik Dorn powtórzył na wczorajszej konwencji programowej PiS hasło rzucone niegdyś przez Jánosa Kadara: kto nie jest przeciw nam jest z nami. Nie jestem pewny czy autor plagiatu byłby zadowolony z przypominania postaci autora pierwowzoru – lidera partii komunistycznej po zdławieniu rewolucji węgierskiej z 1956, późniejszego liberała (według komunistycznych standardów) i twórcy „gulaszowego socjalizmu”. Ludwik Dorn nie tylko podchwycił myśl komunistycznego przywódcy, ale twórczo ją rozwinął: ci którzy teraz są przeciw nam – są z nami, tylko jeszcze o tym nie wiedzą.
Kiedy po śmierci Breżniewa stanowisko Nr. 1 przeszło w ręce byłego szefa KGB Jurija Andropowa, w Moskwie kursowała anegdota: Towarzysze, przystępujemy do głosowania. Ci, którzy zamierzają poprzeć kandydaturę tow. Andropowa mogą odejść od muru i opuścić ręce.
(19 marca)
W madryckim „El País” ukazał się nieprzychylny Polsce artykuł. Autorka pisząc o lustracji, która obejmie kilkaset tysięcy osób, porusza przy kilka innych tematów, łącznie z antysemityzmem. Rzecz zasługująca w najlepszym wypadku na wzmiankę, wywołała falę gniewnych replik w mediach. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” poświęca tematowi 3 artykuły – jeden opatrzony wypowiedziami speców od problematyki zadraśniętej dumy narodowej. Zrównoważona i poważna niegdyś gazeta coraz bardziej robi wrażenie pisma, redagowanego przez politruków. Z cytowanych wypowiedzi na szczególną uwagę zasługuje enuncjacja ministerialnego rzecznika:
Ambasador musi zareagować
Dbanie o wizerunek Polski jest ustawowym obowiązkiem ambasadorów. Zawsze, kiedy są podawane kłamliwe informacje na temat Polski, nasi dyplomaci muszą podjąć stosowne kroki. Tak jest np. z określeniem „polskie obozy śmierci”. Oczywiście każdy ma prawo do wyrażania własnych poglądów, ale trzeba oddzielić wyrażanie krytyki od podawania nieprawdziwych treści. W takiej sytuacji ambasador może odbyć rozmowę z redaktorem naczelnym pisma lub zażądać zamieszczenia polemiki.
Andrzej Sadoś, rzecznik polskiego MSZ.

Natanie Drogi. Pyszności. I dziękuję za tekst. Cieszę się, że łączy nas nie tylko zamiłowanie do fajki. Smak twojej prywatnej mieszanki tytoniowej, pamiętam do dzisiaj.
Po prostu miodzio. 🙂
Wielkie podziękowania za wycieczkę historyczną po krainie absurdu z puentą.
To trzeba robić częściej – przypominać fakty, a nie tworzyć mity.
Wielkie dzięki!
drodzy czytelnicy, dopiero po ukazaniu się tekstu na portalu uświadomłem sobie nieprecyzyjność sformułowania, którym się posłużyłem.
chodzi o fragment na str. 2, w którym opisuję jak to poważna ultrprawicowa duńska gazeta wysłała na korespondenta do moskwy dziennikarkę znaną z lewicowych poglądów.
ta ultraprawicowość jest w skali zachodnioeuropejskiej, nie polskiej – a więc bez nacjonalistycznej gorączki, religijnego fundamentalizmu, homofobii i wszystkich innych cech, kojarzonych w polsce z ultraprawicowością.
Cieszy nawiązanie do jednego z wielkich osiągnięć literatury światowej,tak mało znanego w porównaniu z tym bestsellerem Daniela D. Choć wiem , że to było tylko zgrabne wykorzystanie tytułu. Jeśli idzie o wyjaśnienie, (jeśli coś komuś trzeba dojaśniać) mechanizmu psychicznego, co funkcjonuje u przeciętnie normalnych ludzi, to mogę też odesłać do Niemca, Sebastiana Haffnera. Zdarzyło mi się przeczytać kiedyś jego „Historię Niemca” (wspomnienia lat 1914 – 1933). Spisane bodaj w 1940-tym, opublikowane dopiero pośmiertnie. Nie wykluczam, że właśnie z powodu tego wstydu, opisanego w uniwersyteckim incydencie, kiedy do sali wykładowej Wydziału Prawa (gdzie studiował) weszli ludzie ze swastykami na rękawie, a jeden z nich stanął nad nim, i patrząc mu w twarz zapytał: czy są tu żydzi? Haffner odpowiedział „nie”. I natychmiast zrozumiał, że w jakiś sposób dał się zgnoić, bo właściwa odpowiedź powinna brzmieć: „Już nie, dzięki wam, skurwysyny”. Jeszcze gorsza sytuacja jego ojca. Bo dostał właśnie taką ankietę lustracyjną, z groźbą, że jak odmówi wypełnienia, zabiorą mu emeryturę. Więc wypełnił, wysłał, ale organizm odmówił posłuszeństwa i człowiek w dwa miesiące umarł. Właśnie ten honor. Nie dziwię się Haffnerowi.