Dzienniki Morawskiego (24)41 min czytania

()

2016-01-01

Osoba wysoce inteligentna, zasłużony i bardzo rzetelny badacz niedawnej przeszłości e-mailem pyta mnie, jak układały się stosunki Czapski – Giedroyc.

Rzecz jasna zdarzały się między nimi (czasem dość ostre) różnice zdań… Nieraz bardzo się różnili w ocenie ludzi. Ale, co najważniejsze, byli oni sobie do końca dogłębnie bliscy; Czapski dla Giedroycia i Giedroyc dla Czapskiego – to jakby najbliższa rodzina. A po zgonie Czapskiego Giedroyc bezustannie dokładał starań, by pamięć o nim w pełni uczcić. M.in. wydatnie popierał różne inicjatywy mające pamięć o Czapskim uczcić. Wiele na ten temat wie Marek Szypulski – inicjator warsztatów artystycznych im. J.C. – krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, organizowanych przez Polski Dom Spokojnej Starości w Lailly-en-Val (Loiret), przez owo „sanktuarium” polskiej emigracji politycznej nieugiętej w walce z komuną – ów Dom, w którym Józio wraz z siostrą Marynią nieraz spędzali kilka tygodni…

Od roku 1980 moje kontakty z Czapskim ograniczały się do – jednak zawsze ciekawych – rozmów telefonicznych. Praca z RWE pochłaniała mnie także „w piątki i świątki”… Mym głównym zadanie była nadal (choć tego nie ujawniałem!!!) walka o rzetelne informacje z Polski. Problem w tym, że byliśmy dosłownie zalewani falą opinii czy informacji, nieraz nieco bzdurnych. Pewni, w zasadzie bardzo godni zaufania młodzi ludzie z Polski, np. w latach 1980-1981 z uporem głosili, że nie może być mowy o żadnej zbrojnej akcji generała Jaruzelskiego, bo wojsko i milicja liczą w swych szeregach bardzo wielu sympatyków „Solidarności”… Później, w stanie wojennym wielu z uporem negowało istnienie w PZPR i SB spisku zamordystów, głoszących, że 10 tysięcy rozstrzelanych to dziesięć lat „ładu” w PRL. Zaprzeczało temu, że zamordyści wspomagani przez służby marzą o zlikwidowaniu (np. zwalając winę na „Solidarność”) Jaruzelskiego, Kiszczaka, Rakowskiego (raz jeszcze podkreślę, że rzetelnych, niezwykłej (!!!) wagi informacji dostarczał nam Piotr Jegliński, którego SB, „czując pismo nosem” po prostu chciało zabić…). Do dziś obowiązuje mnie słowo honoru, że NIGDY i nikomu tych „źródeł” nie ujawnię – zgodę miałem tylko na informowanie „w cztery oczy” Jana Nowaka-Jeziorańskiego; rzecz w tym, że ci czy inni do naszych „oficjalnych” struktur nie mieli pełnego zaufania – bali się niedyskrecji itd. A w najwyższej tajemnicy docierały do mnie, via księża, informacje pochodzące ze sfer kierowniczych PRL-u. SB zapewne wiedziało, że jestem niebezpiecznym dlań „szpionem” – stąd próby niszczenia mnie ową, tak dobrze rozszyfrowaną przez Nowaka metodą „szarej propagandy” (J.C. mawiał: to stare metody odziedziczone po Ochranie. Ku memu zdumieniu zapewniał mnie,że po rewolucji Lenin zatrudniał jako fachowców byłych ekspertów carskiej Ochrany).

A pod koniec lat osiemdziesiątych jeszcze bardziej mój czas ograniczyło nowe zadanie. Wywiady telefoniczne z Lechem Wałęsą i setkami innych osób w kraju. Dyrektor Marek Łatyński zlecił mi to, ponieważ z Paryża można było łatwiej niż z Monachium do kraju się dodzwaniać a poza tym ponoć „miałem szczególną łatwość do ludzi” i zarówno przez telefon jak przy kawiarnianym stoliku „rozmawiałem con amore ”. Zajęty jednak wysoce poufną walką o „ informacje pozwalające rzetelnie ocenić to, co w PRL zachodziło” próbowałem przerzucać na innych owe z krajem rozmowy telefoniczne – ciekawe, lecz siłą rzeczy przez SB nagrywane i nie sięgające do postaw i ukrytych przyczyn tych czy innych zagrań ścisłego kierownictwa PRL, np Jaruzelskiego czy Rakowskiego lub „bystrzaka” Kiszczaka. Ale Łatyński mi na to nie chciał pozwolić. Bał się tych „zarozumiałych dziennikarzy”, którzy sami od rozmówcy wiedzą lepiej i do tego „lubią pouczać, czują się ważni”…

Ale za wiele piszę o sobie! Może dlatego, że chcę usprawiedliwić się z tego, że w owym okresie do Czapskiego nie jeździłem! Więcej: chciałem mu posłać przez firmę Nicolas dwanaście butelek „leczniczego” grand cru bourgeois – wina z regionu Bordeaux, ale tego w „ogniu” zajęć nie zrobiłem. Nieraz, jak pisałem, rozmawiałem z nim przez telefon. No i wiedziałem, że odwiedzają go dwie osoby jemu i mnie niezwykle bliskie: Joanna Wierusz-Kowalska (znakomity malarz i także renowator obrazów) i także Andrzej Mietkowski (który dla siebie na magnetofon nagrywał z Józiem bardzo długie rozmowy). Pamiętam, że kiedyś przepracowany Andrzej z uprzednio zaplanowaną wizyta u Józia mocno się spóźniał. Józio do mnie zadzwonił, bym odnalazł Andrzeja – powiedział mu, że Józio z najwyższą niecierpliwością nań czeka…

Kończąc pozwolę sobie raz jeszcze podkreślić wręcz kluczową wagę książki Marka Łatyńskiego pt: „Ogród Angielski 1. Wspomnienia z Radia Wolna Europa”.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.