Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

W sprawie zarejestrowania nowego statutu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich trzeba było pójść do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, którym został gen. Kiszczak. Zmiany, jakie w statucie zrobiliśmy były pod względem organizacyjnym, nie ma co ukrywać, niezbyt mądre, ale tak to wymyślono i ja też się na nie zgodziłem. Musiałem więc złożyć wizytę Kiszczakowi, który od progu przywitał mnie słowami: „Coś nas łączy, towarzyszu Bratkowski! Ja wykonywałem tę samą służbę, jaką wykonywał wasz ojciec”. To było zdumiewające, ponieważ przez 27 lat mojego członkostwa w partii nikt nigdy nie dowiedział się, że jestem synem oficera przedwojennego wywiadu polskiego. Potem wiedziano jedynie, że jestem synem konsula. Ale Kiszczak widocznie przejrzał papiery naszego wywiadu. Niestropiony, burknąłem, że mój ojciec pracował dla polskiego wywiadu. Swoją drogą, zastanawiające, jak to się stało, że taka informacja nie przedostała się na wysokie szczeble.

Jeszcze w 1980 roku wróciłem do tego swojego dodatku w „Życiu Warszawy”. Niestety, miałem teraz tylko jednego współpracownika, Tomka Sypniewskiego. We dwóch robiliśmy to, co kiedyś robiliśmy w 10–12 osób, a autorów nie brakowało, więc redagowanie czterech kolumn co tydzień, to nie była taka, ot, prosta robota. Na szczęście znowu nie mogłem narzekać na swojego cenzora, który starał mi się raczej pomagać, niż przeszkadzać. Ciągle kursowałem między budynkiem SDP na Foksal a redakcją „Życia”.

Jej szefem został Jerzy Wójcik, były pierwszy sekretarz Gierka, a mój bliski przyjaciel z czasów, gdy był redaktorem tygodnika studenckiego „Itd”. To była też zupełnie niezwykła postać. Bardzo przyzwoity, sympatyczny człowiek i notabene ojciec kariery Aleksandra Kwaśniewskiego, którego ściągnął z Wybrzeża do Itd. Przez lata miałem od niego bieżące informacje o wszystkim, co się dzieje w KC, i to od samego środka, nie do ujawnienia, bo spaliłbym swoje źródło informacji. Gierek bardzo go lubił – w maju 1976 namawiał go, żeby wziął urlop w czerwcu, a nie dopiero w sierpniu; kiedy Jurek tłumaczył, że ma już wykupione miejsca w Bułgarii, Gierek powiedział – to ja wam dam urlop i w czerwcu, i w sierpniu. Jurek, rozbawiony, zapytał – dlaczego tak chcecie się mnie pozbyć? Na co Gierek – ja wam powiem otwarcie, my będziemy musieli podjąć w czerwcu takie decyzje, z którymi wy nie będziecie chcieli się zgodzić, a ja bym nie chciał was stracić…

Niestety, bardzo szybko, bo w pierwszych dniach czerwca 1981 roku, Jurek zmarł. Doszło do dużej zmiany. Na jego miejsce przyszedł Zdzisław Morawski, były korespondent w Rzymie – chłopiec z bardzo dobrej rodziny, ale bardzo wierny partii. Poglądy miał takie, jak wszyscy w środowisku dziennikarskim. Był jednak posłuszny i akuratny w wypełnianiu wszystkich aktów irytacji partii w stosunku do nas.

Foksal 3/5 – budynek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – stał się naraz swoistą stolicą buntu nie tylko dziennikarskiego. Partia liczyła wtedy 3 miliony członków. Oczywiście większość z nich była mało związana z jej ideologią, tak jak większość podstawowych organizacji partyjnych. Wszyscy dyrektorzy np. musieli być członkami partii, bo inaczej nie byliby dyrektorami. Nigdy nie miałem do nich o to najmniejszych pretensji, nie tylko dlatego, że sam korzystałem z członkostwa w partii, ale także dlatego, że przedsiębiorstwa powinny były mieć dobrych menedżerów. Walczyliśmy o to, żeby przemysłem rządzili nie ludzie z aparatu partyjnego, tylko fachowcy. To był jeden z podstawowych problemów naszej gospodarki.

Wymyśliłem wtedy zawiązanie porozumienia między podstawowymi organizacjami partyjnymi. Jasne było, że nie może to bezpośrednio wyjść od „wrogich ustrojowi dziennikarzy”, bo to będzie tylko ich inicjatywą. W tym czasie zostałem zaproszony przez moich przyjaciół jezuitów na prelekcję do Torunia. Tam spotkałem się z ojcem Tadeuszem Wołoszynem i zapytałem, co by w tej sprawie zrobić? On na to: „Tu jest taki sekretarz komitetu zakładowego Towimoru (to była wtedy potężna firma produkująca elementy dla statków), Zbigniew Iwanow, bardzo zmyślny chłopak. Zaproszę go tu i sobie pogadacie”.

I właśnie w celi ojca Wołoszyna, wolni od podsłuchu, bo do tej celi nikt nigdy nie wszedł poza nim, ugadaliśmy się ze Zbyszkiem, że on zainauguruje i rozkręci ruch struktur poziomych w partii. Zrobił to błyskawicznie i bardzo energicznie. Pomagał mu w tym jego drugi sekretarz, Staniszewski.

Te struktury poziome ogarnęły olbrzymi krąg około 2 milionów ludzi! Broniły tysiącami listów tę część władz partii, która była za porozumieniem, przeciw atakom „betonu” i atakom radzieckim. Doprowadziły do zwołania nadzwyczajnego zjazdu partii.

Dzisiejsze statystyki na ich temat są z natury partii kłamliwe, jak i późniejsze dane o niewielkiej liczbie tych, którzy oddali legitymacje po 13 grudnia. Oczywiście nie było najmniejszej szansy, żeby aparat dopuścił do wyboru na zjazd jakichś ludzi reprezentujących struktury poziome. Jedynego człowieka z nich, którego zdołano przeprowadzić, wybrała wielka organizacja podstawowa przy Radiokomitecie. To był Jacek Snopkiewicz, który zresztą wygłosił z trybuny zjazdu to, co należało powiedzieć.

Tak czy owak, był to ruch, który niesłychanie zdenerwował naszych sąsiadów. Kiedy w czerwcu 1981 przyjechał do Polski towarzysz Zamiatin, to nie „Solidarność” była głównym przedmiotem jego rozmów i wygaworów z kierownictwem partii, tylko właśnie struktury poziome.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021