W sprawie zarejestrowania nowego statutu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich trzeba było pójść do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, którym został gen. Kiszczak. Zmiany, jakie w statucie zrobiliśmy były pod względem organizacyjnym, nie ma co ukrywać, niezbyt mądre, ale tak to wymyślono i ja też się na nie zgodziłem. Musiałem więc złożyć wizytę Kiszczakowi, który od progu przywitał mnie słowami: „Coś nas łączy, towarzyszu Bratkowski! Ja wykonywałem tę samą służbę, jaką wykonywał wasz ojciec”. To było zdumiewające, ponieważ przez 27 lat mojego członkostwa w partii nikt nigdy nie dowiedział się, że jestem synem oficera przedwojennego wywiadu polskiego. Potem wiedziano jedynie, że jestem synem konsula. Ale Kiszczak widocznie przejrzał papiery naszego wywiadu. Niestropiony, burknąłem, że mój ojciec pracował dla polskiego wywiadu. Swoją drogą, zastanawiające, jak to się stało, że taka informacja nie przedostała się na wysokie szczeble.

Jeszcze w 1980 roku wróciłem do tego swojego dodatku w „Życiu Warszawy”. Niestety, miałem teraz tylko jednego współpracownika, Tomka Sypniewskiego. We dwóch robiliśmy to, co kiedyś robiliśmy w 10–12 osób, a autorów nie brakowało, więc redagowanie czterech kolumn co tydzień, to nie była taka, ot, prosta robota. Na szczęście znowu nie mogłem narzekać na swojego cenzora, który starał mi się raczej pomagać, niż przeszkadzać. Ciągle kursowałem między budynkiem SDP na Foksal a redakcją „Życia”.
Jej szefem został Jerzy Wójcik, były pierwszy sekretarz Gierka, a mój bliski przyjaciel z czasów, gdy był redaktorem tygodnika studenckiego „Itd”. To była też zupełnie niezwykła postać. Bardzo przyzwoity, sympatyczny człowiek i notabene ojciec kariery Aleksandra Kwaśniewskiego, którego ściągnął z Wybrzeża do Itd. Przez lata miałem od niego bieżące informacje o wszystkim, co się dzieje w KC, i to od samego środka, nie do ujawnienia, bo spaliłbym swoje źródło informacji. Gierek bardzo go lubił – w maju 1976 namawiał go, żeby wziął urlop w czerwcu, a nie dopiero w sierpniu; kiedy Jurek tłumaczył, że ma już wykupione miejsca w Bułgarii, Gierek powiedział – to ja wam dam urlop i w czerwcu, i w sierpniu. Jurek, rozbawiony, zapytał – dlaczego tak chcecie się mnie pozbyć? Na co Gierek – ja wam powiem otwarcie, my będziemy musieli podjąć w czerwcu takie decyzje, z którymi wy nie będziecie chcieli się zgodzić, a ja bym nie chciał was stracić…
Niestety, bardzo szybko, bo w pierwszych dniach czerwca 1981 roku, Jurek zmarł. Doszło do dużej zmiany. Na jego miejsce przyszedł Zdzisław Morawski, były korespondent w Rzymie – chłopiec z bardzo dobrej rodziny, ale bardzo wierny partii. Poglądy miał takie, jak wszyscy w środowisku dziennikarskim. Był jednak posłuszny i akuratny w wypełnianiu wszystkich aktów irytacji partii w stosunku do nas.
Foksal 3/5 – budynek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – stał się naraz swoistą stolicą buntu nie tylko dziennikarskiego. Partia liczyła wtedy 3 miliony członków. Oczywiście większość z nich była mało związana z jej ideologią, tak jak większość podstawowych organizacji partyjnych. Wszyscy dyrektorzy np. musieli być członkami partii, bo inaczej nie byliby dyrektorami. Nigdy nie miałem do nich o to najmniejszych pretensji, nie tylko dlatego, że sam korzystałem z członkostwa w partii, ale także dlatego, że przedsiębiorstwa powinny były mieć dobrych menedżerów. Walczyliśmy o to, żeby przemysłem rządzili nie ludzie z aparatu partyjnego, tylko fachowcy. To był jeden z podstawowych problemów naszej gospodarki.
Wymyśliłem wtedy zawiązanie porozumienia między podstawowymi organizacjami partyjnymi. Jasne było, że nie może to bezpośrednio wyjść od „wrogich ustrojowi dziennikarzy”, bo to będzie tylko ich inicjatywą. W tym czasie zostałem zaproszony przez moich przyjaciół jezuitów na prelekcję do Torunia. Tam spotkałem się z ojcem Tadeuszem Wołoszynem i zapytałem, co by w tej sprawie zrobić? On na to: „Tu jest taki sekretarz komitetu zakładowego Towimoru (to była wtedy potężna firma produkująca elementy dla statków), Zbigniew Iwanow, bardzo zmyślny chłopak. Zaproszę go tu i sobie pogadacie”.
I właśnie w celi ojca Wołoszyna, wolni od podsłuchu, bo do tej celi nikt nigdy nie wszedł poza nim, ugadaliśmy się ze Zbyszkiem, że on zainauguruje i rozkręci ruch struktur poziomych w partii. Zrobił to błyskawicznie i bardzo energicznie. Pomagał mu w tym jego drugi sekretarz, Staniszewski.
Te struktury poziome ogarnęły olbrzymi krąg około 2 milionów ludzi! Broniły tysiącami listów tę część władz partii, która była za porozumieniem, przeciw atakom „betonu” i atakom radzieckim. Doprowadziły do zwołania nadzwyczajnego zjazdu partii.
Dzisiejsze statystyki na ich temat są z natury partii kłamliwe, jak i późniejsze dane o niewielkiej liczbie tych, którzy oddali legitymacje po 13 grudnia. Oczywiście nie było najmniejszej szansy, żeby aparat dopuścił do wyboru na zjazd jakichś ludzi reprezentujących struktury poziome. Jedynego człowieka z nich, którego zdołano przeprowadzić, wybrała wielka organizacja podstawowa przy Radiokomitecie. To był Jacek Snopkiewicz, który zresztą wygłosił z trybuny zjazdu to, co należało powiedzieć.
Tak czy owak, był to ruch, który niesłychanie zdenerwował naszych sąsiadów. Kiedy w czerwcu 1981 przyjechał do Polski towarzysz Zamiatin, to nie „Solidarność” była głównym przedmiotem jego rozmów i wygaworów z kierownictwem partii, tylko właśnie struktury poziome.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.