Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

Miałem cudownych przyjaciół pośród duchownych po różnych zakątkach kraju. W Stalowej Woli Edek Frankowski, później biskup. Był świetnym facetem, który w gruncie rzeczy z Dyziem Garbaczem, miejscowym dziennikarzem, budował tożsamość Stalowej Woli. U Edka poznałem Ignacego Tokarczuka, biskupa Przemyśla, do którego również jeździłem z wykładami. To był cudowny, dowcipny człowiek o ogromnej sile woli i działania. Oni byli tolerancyjni i otwarci, choć prawdą jest, że wtedy, podobnie jak i dziś, duchowieństwo polskie nie znało społecznej nauki Kościoła. Pamiętam, jak zostałem zaproszony na wygłoszenie wykładu inaugurującego początek roku w seminarium duchownym w Olsztynie. Mówiłem tam o tym, co wynika z nauki Kościoła w tej kwestii, jakie są oczekiwania wobec samoorganizacji ludzi, ich miejsca w zakładzie pracy, partnerstwa itd. I był tam uroczy staruszek, biskup Jan Obłąk, który po tym moim wykładzie podniósł się i powiedział: „Panie Stefanie, bardzo panu dziękuję. Sam dowiedziałem się tylu nowych dla mnie rzeczy!”. Ale to nie była wina biskupa Obłąka. Duchowieństwo się tym po prostu nie zajmowało. Zajmowało się wyłącznie liturgią.

Na szczęście zdrowy rozsądek polskiego ludu zadecydował o tym, że ci księża pochodzący z prowincji wiedzieli, co w takiej sytuacji trzeba robić. Na Żytniej moja żona, Roma prowadziła tak zwany „Dzwonek Niedzielny”. To była gazeta mówiona, robiona regularnie co miesiąc. Schodzili się tam najlepsi dziennikarze kraju i publiczność – nie tylko z parafii Wojciecha na Żytniej, ale z całego miasta. Te spotkania „Dzwonka niedzielnego” nagrywano na VHS i podobnie jak „Gazetę dźwiękową” rozpowszechniano po całym kraju. Zajmował się tym Marek Mądrzejewski. Bardzo udanym prezenterem „Dzwonka” był Andrzej Krzysztof Wróblewski. Występował z Romą. Wszystko szło na bieżąco: Tadeusz Mazowiecki po pierwszych rozmowach „Solidarności” ze stroną partyjną opowiadał o nich. To, co się działo na Żytniej, było bardzo ciekawe. Myślę nawet, że ciekawsze od mojej „Gazety Dźwiękowej”, która była wypowiedzią jednego człowieka raz na kilka miesięcy. Tyle, że ja akurat byłem w tym czasie popularny, więc mnie słuchano. Żytnia wielostronnie ukazywała rozwój wydarzeń. I krajowych, i zagranicznych. Stworzył się świat, w którym władza była obecna tylko jako temat, nie jako partner.

Pracowało również dość osobliwe konwersatorium, którego historię spisał przed śmiercią Andrzej Siciński, jego uczestnik. Zainicjował je Bogdan Gotowski i po jego śmierci nazywało się to Konwersatorium imienia Gotowskiego. Spotykało się w domu państwa Gotowskich. Brali w nim regularnie udział: Stanisław Stomma, Edmund Osmańczyk, Jan Szczepański, Klemens Szaniawski, Ryszard Reiff, Jerzy Regulski, Andrzej Siciński i ja, również Bohdan Lewandowski, który był kanałem łączności z władzą jako przyjaciel Rakowskiego, bardzo obiektywny w jej ocenach, a w naszym gronie ogromnie wartościowy dla oceny sytuacji z pozycji polityki międzynarodowej. Wpadali też Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek.

Prowadzono bezpardonowe i zimne analizy sytuacji. Bardzo istotną rolę odgrywał Jan Edmund Osmańczyk („Janek” był przed wojną podopiecznym mojego ojca, który go wysłał na studia do Polski z polskim stypendium; kiedy poznałem Janka, a dowiedział się, że jestem synem Stefana, łzy mu popłynęły z oczu ze wzruszenia, utulił mnie jak syna). Właśnie jego i moim pomysłem była w 1987 roku „60–tka” i wystosowany przez nią list do papieża, swoista deklaracja niepodległości, przed kolejną jego pielgrzymką do Polski. „60–tka” była gronem ludzi legalnie wybranych przez różne organizacje do ich władz jeszcze przed 13–tym grudnia. Grupowała intelektualistów, władze „Solidarności” i władze innych, rozwiązanych później, stowarzyszeń twórczych i naukowych. Nie stracili swoich mandatów, ponieważ władza im tych mandatów odebrać nie potrafiła. Nie kooptowali żadnych przedstawicieli ugrupowań politycznych, ponieważ ci mogli być tylko samozwańcami, bez oparcia w żadnych wyborcach.

Nie byliśmy żadnymi „różowymi”, dogadującymi się w rozmowach z władzą z „czerwonymi”. Nadal byliśmy uważani za szefów swoich organizacji tudzież instytucji – Henryk Samsonowicz za rektora Uniwersytetu Warszawskiego, ja za szefa SDP, itd. „60” przekształciła się potem w Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, złożony z tych legalnie wybranych ludzi.

Z Komitetem związane miałem jedyne negatywne doświadczenie. W końcu 1988 roku zaproponowałem powołanie naszego, opozycyjnego „gabinetu cieni”. Chodziło o to, żeby dla każdej dziedziny dotyczącej rządzenia krajem dobrać jednego fachowca, który skupi wokół siebie innych i razem przygotują projekty tego, co trzeba w kraju zmienić.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021