W opisie interwencji zewnętrznej przedstawiliśmy prognozy niepokojące dla naszych sowieckich sąsiadów, których potężne formacje stacjonowały w Polsce, a inne przechodziły bez ograniczeń naszymi terenami. Przewidywaliśmy, że spora część oddziałów Ludowego Wojska Polskiego, razem z dowódcami, podejmie walkę z oddziałami inwazyjnymi, zwłaszcza na odcinku zachodnim, przeciwko oddziałom wkraczającym z NRD i od strony Czech. Było to łatwe do sprawdzenia. Mieliśmy swoje dosyć rozbudowane kontakty z wojskiem. Natomiast jeśli chodzi o interwencję wewnętrzną opisaliśmy, że dojdzie do całkowitego rozpadu partii oraz stosunków między władzą a społeczeństwem, raz na zawsze zostanie zerwany wszelki kontakt i społeczeństwo odwróci się do władzy plecami. Pisaliśmy, że nie należy się spodziewać jakiejś eksplozji walki zbrojnej, ponieważ społeczeństwo nie ma żadnego uzbrojenia, niemniej następstwa dla władzy będą niszczące. To wszystko, co się wydarzyło po 13 grudnia, tylko potwierdziło naszą prognozę.

Trafiłem wtedy znowu na kardiologię szpitala Pogotowia Ratunkowego na Hożej. Pewnego dnia moja żona, Roma, która przyjechała do mnie w odwiedziny, usłyszała od kogoś z ochrony: Nie mogę pani wprowadzić, bo tam jest generał Kiszczak. Kiszczak, którego miałem okazję poznać już wcześniej, przyjechał tam do mnie i próbował przekonywać, że następstwa tej interwencji wewnętrznej takie nie będą. Zdawałem sobie sprawę, że chce się zorientować, skąd my o wszystkim wiemy, powiedziałem tylko – teraz wiem, że to przygotowujecie…
Byliśmy w wyjątkowej sytuacji, ponieważ SDP miało samodzielny ośrodek informacji, prowadzony przez Jacka Kalabińskiego i Rafała Brzeskiego, często prostowaliśmy informacje rozpowszechniane wówczas przez PAP. Tak było na przykład z wiadomościami o strajkach i awanturach w Kielcach, które okazały się fikcją. Informację o tym, że to nieprawda, rozprzestrzeniliśmy natychmiast po odezwaniu się kolegów z Kielc. Innymi słowy, trudno się dziwić, że ciężko było nas znieść. Naraz powstał całkowicie odrębny ośrodek informacji, niezwiązany bezpośrednio ani z opozycją, ani z „Solidarnością”, który podawał prawdziwe informacje, nie zaangażowane po jakiejkolwiek stronie. Wiedzieliśmy nawet, jak wszystko jest przygotowywane. Wojskowe grupy operacyjne, które rozpoznawały wszystkie przedsiębiorstwa i firmy, ustalały owe listy „proskrypcyjne” ludzi Solidarności i opozycji, także przywódców zbuntowanych stowarzyszeń twórczych i naukowych (mój brat był wtedy szefem biura projektowego „Bistyp”, do niego też przyszli). Dostawaliśmy o tym wiadomości z całego kraju.
W sierpniu zorganizowaliśmy grupę Misji Dobrej Woli. W jej skład wszedł m.in. Karol Małcużyński i Henryk Samsonowicz. Także „Janek”, czyli Edmund Omańczyk, i Władysław Markiewicz. Wszystkich było nas pięciu. Przyjęli nas i Kania, i Jaruzelski, i po raz pierwszy nowy prymas – Glemp, który żartobliwie powiedział na powitanie: „Ja jestem Glemp, ten mały prymas”. Rozmowa była bardzo interesująca, niemniej widać już było, że sytuacja jest niewesoła.
W tymże sierpniu odwiedził mnie i wyciągnął na spacer gen. Leon Dubicki, kiedyś dowódca artylerii w bitwie pod Lenino. Wyjeżdżał na Zachód i powiedział mi, że Jaruzelski przygotowuje wojskowy zamach stanu. Odpowiedziałem, że wiem, co go trochę zaskoczyło. Odruchowo zareagował – skąd wiecie? Powiedziałem, że dowiadywać się należy do mojego zawodu… Na Zachodzie Dubicki współpracował z Amerykanami; wrócił po roku 1989 do kraju i tłumaczyłem mu, żeby więcej nie wyjeżdżał, bo tylko tu jest bezpieczny; wyjechał jednak i zginął, zamordowany w swoim mieszkaniu w Berlinie przez nieznanych sprawców.
Także wokół mnie robiła się coraz bardziej napięta sytuacja. Już w kwietniu tego roku wezwano mnie przed Centralną Komisję Kontroli Partyjnej. Rozmowa była dosyć ostra. Pamiętam, że zanim tam poszedłem, Jurek Wójcik uprzedził mnie: „Słuchaj, jak będzie tam w składzie taki gruby łysy facet, to żebyś wiedział, że cokolwiek powiesz, jeszcze wieczorem będą o tym wiedzieli w ambasadzie radzieckiej”. Dopiero jednak jesienią Centralna Komisja Kontroli Partyjnej postanowiła ostatecznie się mnie pozbyć i demonstracyjnie usunięto mnie z partii. Złożyło wtedy legitymację podobno około pół miliona ludzi. Ile naprawdę – trudno powiedzieć. Do KC napłynęło paręset listów, depesz i faxów w mojej obronie. W każdym razie upust członkostwa był ogromny i miałem z tego powodu pewną satysfakcję. Napisałem najkrótszy felietonik z cyklu „Uwag kolonelem” w „Życiu i Nowoczesności” – Jaki byłem, taki będę.
Jednak cały czas byliśmy w SDP na bieżąco z rozwojem wydarzeń i już w październiku dostaliśmy bezpośredni sygnał od oficerów przysłanych przez swojego dowódcę (nie ujawnię nawet dzisiaj, skąd), potem, na 6 tygodni przed 13 grudnia, że wojskowy zamach stanu będzie 13 grudnia. Dowiedziawszy się o tym, natychmiast pojechałem do prymasa, u którego był akurat Wałęsa z doradcami, Bronisławem Geremkiem i Tadeuszem Mazowieckim. Powiedziałem, że za sześć tygodni dojdzie do wojskowego zamachu stanu. Na co Lech zareagował: „Panie Stefanie, i pan chce nas straszyć?” I to paradoksalnie było szczęście, że moi przyjaciele nie zareagowali inaczej. Bo gdyby wtedy zaczęli się organizować dla odparcia tego zamachu stanu, to naturalnie krew polałaby się na niezmierzoną skalę.
Ostrzeżenie o planowanym zamachu udało mi się nawet opublikować. Pisałem wówczas takie króciutkie, trzyzdaniowe tekściki, pt. Uwagi colonelem w „Życiu Warszawy” i w jednym z nich napisałem, że w ciągu sześciu tygodni dojdzie do „konfrontacji”. I cenzor to puścił! Odpowiedział na to Kuba Kopeć, który po listopadowym spotkaniu Jaruzelskiego z prymasem i Wałęsą, napisał kpiąco w „Szpilkach” coś w tym rodzaju: „Bratkowski prorokował nam konfrontację, a my tu właśnie mamy spotkanie, które świadczy o tym, że do żadnej konfrontacji nie dojdzie”.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.