Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

Praktycznie mieliśmy wszystko w garści. Pojechałem na szóstą do radia i wezwałem wszystkich obywateli Krakowa, a zwłaszcza młodzież do udziału w tym pochodzie. Szliśmy przez miasto z czarnymi sztandarami. To była olbrzymia demonstracja. Niemniej, jak dotarliśmy do AGH okazało się, że oni nadal chcą iść pod ten konsulat. Co więcej, po drugiej stronie ulicy przejechało wtedy kilka sowieckich ciężarówek. Najwyraźniej szukali okazji do awantury. I wtedy przemówił do młodzieży pułkownik Tadeusz Cynkin, jeden z bohaterskich oficerów II wojny światowej w Armii Berlinga, wówczas zesłany na stanowisko kierownika studium wojskowego. Okazało się, że jest świetnym mówcą i potrafił przemówić młodym ludziom nie tylko do rozumu, ale i do wyobraźni. Powiedział: „Nie możemy sobie pozwolić na żadną prowokację ani awanturę, bo to oznaczałoby przelew krwi”. I udało mu się uspokoić nastroje.

Byłem jednym z głównych motorów tych działań, ale nigdy nie było tak, bym cokolwiek robił sam. Do tego potrzebna była współpraca wielu zaufanych osób. Słyszano jednak w Warszawie o tym moim doświadczeniu, dlatego też potem Hanka Bratkowska, zastępczyni naczelnego w „Po prostu”, chciała, żebym zorganizował w stolicy pierwszy zjazd Rewolucyjnego Związku Młodzieży. Z końcem listopada przyjechałem do Warszawy na studia filozofii i – wylądowałem w „Po prostu”.

Z marszu zabrałem się do organizowania tego zjazdu, który odbył się w pierwszych dniach grudnia. Nie doszedłby on do skutku, gdyby nie pomoc świetnego organizatora, którego można było tylko raz posłać w dano miejsce, żeby coś załatwić. Potrafił wszystko wyciągnąć, ale potem już nie chcieli nawet z nim rozmawiać. To był Marek Perlman, z rodziny wielkich matematyków. Marek był nieoceniony. We współpracy z nim udało mi się w ciągu tygodnia zorganizować zjazd na półtora czy dwa tysiące osób. On dla wszystkich zorganizował noclegi i wyżywienie, a jeszcze załatwił Salę Kongresową!

W imieniu kierownictwa partii przemówił Władysław Bieńkowski. Oczekiwaliśmy, że wobec wydarzeń minionych miesięcy powie, że to rewolucja, a on tylko raz wspomniał: Niektórzy uważają, że można by to nazwać rewolucją. I tak dostał wtedy huraganowe oklaski. To on był autorem referatu, który wygłosił Gomułka na ósmym Plenum KC i pierwszy mówił głośno w Październiku, że to nie jest kwestia osobistych błędów Stalina, tylko systemowe zniekształcenie.

To stanowisko odpowiadało w dużym stopniu temu, co myśmy sami myśleli, bo nic nas tak nie irytowało, jak wiązanie wszystkiego z kultem jednostki. Pamiętam hasło: „Socjalizm tak, wypaczenia nie”. Z tym, że „Po prostu” chciało dalszych zmian. To był ten tak zwany „drugi etap”, o który Gomułka nas oskarżył, słusznie oczywiście, bo tego chcieliśmy. Liczyliśmy wtedy, że następnym etapem będzie pełna demokracja. I już wtedy wiedzieliśmy, że gospodarka planowa to jest nieszczęście, pomijając oczywiście stek kłamstw, który jej towarzyszył. A na Zachodzie gospodarka rynkowa pokazała, co potrafi. Bezpośrednią zresztą przyczyną rozpędzenia wznowionego po wakacjach 1957 r., jesiennego „Po prostu” był artykuł Stefana Kurowskiego właśnie o tym, że trzeba wprowadzić gospodarkę rynkową. Czekaliśmy na to potem następne 30 parę lat.

Zaprzyjaźniłem się w Warszawie z przeciwnikiem Października, twórcą „czerwonego harcerstwa” drużyny „Walterowców”, Jackiem Kuroniem, nie wiedząc nawet, że blokował odrodzenie prawdziwego harcerstwa. Był to urodzony pedagog, o cudownym kontakcie ze swymi wychowankami, przy tym – rewolucjonista. To była strasznie fajna młodzież. Jacek nie miał w sobie nic z dowódcy, a ta młodzież patrzyła w niego jak w tęczę. Traktował ich jak partnerów, co było niesłychanie istotne.

Podczas letnich włóczęg reporterskich odwiedziłem obóz letni tych przyszłych „komandosów”, chyba w Bieszczadach, te małe szczyle wymądrzały się tam nieprawdopodobnie, ja im się przysłuchiwałem. I dopiero, gdy podczas wieczornego ogniska usłyszałem słowa Jacka – Musimy zacząć od początku jak towarzysz Lenin…, powiedziałem mu potem – Żebyś nie miał wątpliwości, beze mnie. Bo ja wiem, jak się to skończyło… I rano wyjechałem. Pamiętam nawet, jak w 1964 roku po „Liście otwartym do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego (1964), krytykującym ówczesną linię polityczną PZPR, powiedziałem, chyba nawet publicznie, że trzeba było to napisać 6–7 lat wcześniej, kiedy mogło to być dla nas poparciem. Teraz to zupełnie bezprzedmiotowe, mniej, niż myśmy oczekiwali w 1956 roku. A ich wtedy z nami nie było. Mieli do nas bardzo zdystansowany stosunek.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021