Praktycznie mieliśmy wszystko w garści. Pojechałem na szóstą do radia i wezwałem wszystkich obywateli Krakowa, a zwłaszcza młodzież do udziału w tym pochodzie. Szliśmy przez miasto z czarnymi sztandarami. To była olbrzymia demonstracja. Niemniej, jak dotarliśmy do AGH okazało się, że oni nadal chcą iść pod ten konsulat. Co więcej, po drugiej stronie ulicy przejechało wtedy kilka sowieckich ciężarówek. Najwyraźniej szukali okazji do awantury. I wtedy przemówił do młodzieży pułkownik Tadeusz Cynkin, jeden z bohaterskich oficerów II wojny światowej w Armii Berlinga, wówczas zesłany na stanowisko kierownika studium wojskowego. Okazało się, że jest świetnym mówcą i potrafił przemówić młodym ludziom nie tylko do rozumu, ale i do wyobraźni. Powiedział: „Nie możemy sobie pozwolić na żadną prowokację ani awanturę, bo to oznaczałoby przelew krwi”. I udało mu się uspokoić nastroje.

Byłem jednym z głównych motorów tych działań, ale nigdy nie było tak, bym cokolwiek robił sam. Do tego potrzebna była współpraca wielu zaufanych osób. Słyszano jednak w Warszawie o tym moim doświadczeniu, dlatego też potem Hanka Bratkowska, zastępczyni naczelnego w „Po prostu”, chciała, żebym zorganizował w stolicy pierwszy zjazd Rewolucyjnego Związku Młodzieży. Z końcem listopada przyjechałem do Warszawy na studia filozofii i – wylądowałem w „Po prostu”.
Z marszu zabrałem się do organizowania tego zjazdu, który odbył się w pierwszych dniach grudnia. Nie doszedłby on do skutku, gdyby nie pomoc świetnego organizatora, którego można było tylko raz posłać w dano miejsce, żeby coś załatwić. Potrafił wszystko wyciągnąć, ale potem już nie chcieli nawet z nim rozmawiać. To był Marek Perlman, z rodziny wielkich matematyków. Marek był nieoceniony. We współpracy z nim udało mi się w ciągu tygodnia zorganizować zjazd na półtora czy dwa tysiące osób. On dla wszystkich zorganizował noclegi i wyżywienie, a jeszcze załatwił Salę Kongresową!
W imieniu kierownictwa partii przemówił Władysław Bieńkowski. Oczekiwaliśmy, że wobec wydarzeń minionych miesięcy powie, że to rewolucja, a on tylko raz wspomniał: Niektórzy uważają, że można by to nazwać rewolucją. I tak dostał wtedy huraganowe oklaski. To on był autorem referatu, który wygłosił Gomułka na ósmym Plenum KC i pierwszy mówił głośno w Październiku, że to nie jest kwestia osobistych błędów Stalina, tylko systemowe zniekształcenie.
To stanowisko odpowiadało w dużym stopniu temu, co myśmy sami myśleli, bo nic nas tak nie irytowało, jak wiązanie wszystkiego z kultem jednostki. Pamiętam hasło: „Socjalizm tak, wypaczenia nie”. Z tym, że „Po prostu” chciało dalszych zmian. To był ten tak zwany „drugi etap”, o który Gomułka nas oskarżył, słusznie oczywiście, bo tego chcieliśmy. Liczyliśmy wtedy, że następnym etapem będzie pełna demokracja. I już wtedy wiedzieliśmy, że gospodarka planowa to jest nieszczęście, pomijając oczywiście stek kłamstw, który jej towarzyszył. A na Zachodzie gospodarka rynkowa pokazała, co potrafi. Bezpośrednią zresztą przyczyną rozpędzenia wznowionego po wakacjach 1957 r., jesiennego „Po prostu” był artykuł Stefana Kurowskiego właśnie o tym, że trzeba wprowadzić gospodarkę rynkową. Czekaliśmy na to potem następne 30 parę lat.
Zaprzyjaźniłem się w Warszawie z przeciwnikiem Października, twórcą „czerwonego harcerstwa” drużyny „Walterowców”, Jackiem Kuroniem, nie wiedząc nawet, że blokował odrodzenie prawdziwego harcerstwa. Był to urodzony pedagog, o cudownym kontakcie ze swymi wychowankami, przy tym – rewolucjonista. To była strasznie fajna młodzież. Jacek nie miał w sobie nic z dowódcy, a ta młodzież patrzyła w niego jak w tęczę. Traktował ich jak partnerów, co było niesłychanie istotne.
Podczas letnich włóczęg reporterskich odwiedziłem obóz letni tych przyszłych „komandosów”, chyba w Bieszczadach, te małe szczyle wymądrzały się tam nieprawdopodobnie, ja im się przysłuchiwałem. I dopiero, gdy podczas wieczornego ogniska usłyszałem słowa Jacka – Musimy zacząć od początku jak towarzysz Lenin…, powiedziałem mu potem – Żebyś nie miał wątpliwości, beze mnie. Bo ja wiem, jak się to skończyło… I rano wyjechałem. Pamiętam nawet, jak w 1964 roku po „Liście otwartym do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego (1964), krytykującym ówczesną linię polityczną PZPR, powiedziałem, chyba nawet publicznie, że trzeba było to napisać 6–7 lat wcześniej, kiedy mogło to być dla nas poparciem. Teraz to zupełnie bezprzedmiotowe, mniej, niż myśmy oczekiwali w 1956 roku. A ich wtedy z nami nie było. Mieli do nas bardzo zdystansowany stosunek.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.