27.05.2021

Stefan Bratkowski odszedł. Jakiś czas temu przekazał mi swój dziennik. Upubliczniam te zapiski za jego zgodą.
Jerzy Klechta
1. Dzieciństwo. Wojna.
Urodziłem się we Wrocławiu 22 listopada 1934 roku i jestem synem konsula polskiego we Wrocławiu. W 1919 roku ojciec został pierwszym polskim konsulem II Rzeczpospolitej w Morawskiej Ostrawie. Ojciec współpracował w akcji plebiscytowej na Zaolziu (przegraliśmy ten plebiscyt, jak i plebiscyt na Warmii i Mazurach, ponieważ nasz Kościół od razu zabrał się do nawracania polskich ewangelików na katolicyzm; efekt był taki, że straciliśmy w ten sposób mnóstwo polskich ewangelików, którzy wybrali tamtą stronę).
Potem ojciec, były legionista Pierwszej Brygady, wspomagał Powstania Śląskie. Sam był z wykształcenia inżynierem po Politechnice Praskiej, co też jest charakterystyczne dla mojej rodziny, bo mój brat jest inżynierem, w domu mam żonę, dziennikarkę, z wykształcenia inżyniera, i sam – jako były popularyzator nauki i techniki – też zajmowałem się inżynierią. Pracę inżyniera ojciec podjął na bardzo krótko przed pierwszą wojną światową, zachowały się dokumenty jego inżynierskiego wykształcenia. Na Politechnice Praskiej wszedł w krąg Zet–u, był klasycznym typem zetowca, Zet wymagał z jednej strony gotowości do walki zbrojnej o niepodległość, z drugiej – przygotowania do pracy fachowca w wolnej Polsce. To w gruncie rzeczy było podstawowe credo, które szczepiono w domu nam obu z moim młodszym bratem od dzieciństwa.
Nie wiem, jak doszło do związku ojca z naszą mamą, bo pierwsza żona ojca – ciocia Wanda, córka pioniera narciarstwa, Barabasza – była piękną kobietą. Jednak nasza mama była kobietą z niesłychanym temperamentem i wewnętrzną siłą. Czy ojciec miał tyle siły co ona, nie wiem. Łatwym człowiekiem nie była. Zapamiętaliśmy z bratem, jak później nam powtarzała: „Boże, jakież ja mam dobre dzieci!” Dziwiło nas to: My – dobre dzieci? Ona na to: „Bo ja wiem, jakim ja byłam diabłem wcielonym !” Miała zawsze rację. I co więcej – z reguły miała ją! Była osobą o wybitnej inteligencji i ogromnej wiedzy o świecie. W latach dwudziestych jako wysłanniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych towarzyszyła polskim chłopskim emigrantom do Parany, gdzie mieszkała dłuższy czas w dżungli u niemieckiego kolonisty, uzbrojona w potężnego Smith–Wessona.
Rodzice przyjęli wyznanie ewangelicko–augsburskie, które umożliwiało ojcu rozwód. Nas też ochrzczono jako luteranów, więc formalnie jesteśmy ewangelikami. W domu przetrwała tradycja bliskich kontaktów z rodziną Burschów, ewangelickich pastorów, których wymordowali Niemcy. To byli wspaniali patrioci, którzy nie chcieli podpisać ani reichs–, ani tym bardziej volkslisty. W naszym domu z natury rzeczy było wiadomo, że dla Polski trzeba poświęcić wszystko. Dyskusje na ten temat nie wchodziły w rachubę. To były rzeczy oczywiste.
Po latach dowiedzieliśmy się, że ojciec, jak wielu konsulów polskich w Niemczech, był oficerem polskiego wywiadu. Wydedukowaliśmy to z bratem, kiedy matka opowiedziała nam o wydarzeniu z 1934 roku. Wtedy we Wrocławiu hitlerowcy przygotowywali pogrom sklepów żydowskich, oznaczono je odpowiednimi znakami. Mama powiedziała w pewnym momencie: „ Osoby z bliskiego otoczenia waszego ojca donieśli, że wiele sklepów należy do ludzi o polskich nazwiskach” . Na co myśmy zapytali: „Jacy ludzie ojca?” Mama odparła: „No tak, ojciec miał we Wrocławiu swoich ludzi”. Z tego oczywiście wywnioskowaliśmy, że to musiała być jego siatka (po wojnie dowiedzieliśmy się, że ojciec wspomagał wrogów Hitlera, wyciągnął z obozu koncentracyjnego pastora Hoffmanna, którego odwiedziliśmy w 1945 roku). Ojciec udał się wtedy, w roku 1934, z listą adresową tych sklepów z polskimi nazwiskami do gauleitera Wrocławia, Edmunda Heinesa – to było jeszcze przed Nocą Długich Noży – z protestem, zapowiadając, że akcja przeciw ludziom o tych nazwiskach będzie musiała wywołać demarche ze strony polskiej. Postawa ojca podobała się Heinesowi, zaprosił go do kabrioletu i przez cały dzień jeździli po mieście, wymazując oznaczenia ze sklepów przeznaczonych do dewastowania. W ten sposób udało się uratować 150 rodzin żydowskich, które wyjechały przez Zbąszyń do Polski, a następnie do Stanów Zjednoczonych, za co ojciec dostał w 1936 roku list dziękczynny od Związku Żydów Amerykańskich. Ojciec był tym konsulem polskim, który ogłosił w roku 1935, że ustawy norymberskie nie znajdują zastosowania wobec obywateli polskich.
W 1936 roku ojciec wystąpił ze służby zagranicznej po konflikcie z Beckiem, który nie dowierzał informacjom naszego wywiadu o budowie urządzeń wypadowych na linii Odry. Przenieśliśmy się do Warszawy, zamieszkaliśmy na Spacerowej, w jedynym domu, który przetrwał sprzed wojny do dzisiaj.
Ojciec mówił paroma dialektami niemczyzny, matka także. Do trzeciego roku życia mówiłem lepiej po niemiecku, niż po polsku. Mama uczyła nas francuskiego, w dzieciństwie mówiłem po francusku; dziś nie mówię, ale rozumiem i przynajmniej mogę swobodnie tłumaczyć francuszczyznę nawet XVI–wieczną, która jak i polszczyzna tego stulecia wydaje mi się piękniejsza od języka XX wieku.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.