Przy całej mojej sympatii dla Jacka Kuronia nie podzielałem jego poglądów. Po jego i Karola Modzelewskiego „liście do partii”, powitanym przez rewolucjonistów 1956 r. z sarkazmem, Gomułka się wściekł, kazał obu chłopaków wsadzić do więzienia. Siedział Jacek wtedy pierwszy raz – trzy lata! Wyszedł potem z poglądami Marcusego – że ostatnią klasą rewolucyjną są studenci.

Taki był podtekst buntu studenckiego roku 1968, którego ludzie 1956 roku też nie poparli, uważając, że bez robotników nie ma mowy o żadnym poważnym buncie. Partia, z radzieckiej inspiracji, zareagowała haniebną kampanią antysemicką – w rewanżu za to, że polscy oficerowie pili zdrowie armii izraelskiej, a Warszawa śmiała się, że nasi Żydzi dali w d… ruskim Arabom (podobno piloci izraelscy w powietrzu porozumiewali się po polsku). Ale potem, w roku 1970, studenci nie poparli buntu robotników.
W roku 1970 ogólna sytuacja w kraju była napięta. Powstała koncepcja gospodarcza „smalec czy garsonka”, czyli koncept, by podnieść ceny żywności i jednocześnie obniżyć ceny produktów przemysłowych, co naturalnie nie mogło dać żadnych rezultatów. Pamiętam, że w kwietniu odbyło się spotkanie dyskusyjne na ten temat, zorganizowane w Jabłonnie chyba przez PAN. Ja na nim powiedziałem, dosłownie, że jeżeli ten plan zostanie wcielony w życie, to późną jesienią dojdzie do krwawych zajść na ulicach miast polskich.
Potem mnie pytano, skąd wiedziałem? Żadnych planów zamieszek nie było. Kto jednak znał ówczesne realia, było to dla niego oczywiste. Ja byłem eksreporterem, znałem kraj od podszewki. Miałem jeszcze mnóstwo przyjaciół w środowisku robotniczym, więc wiadomo było z góry, jaka będzie ich reakcja. Mimo to profesor Józef Pajestka, główny promotor tego programu, przekonywał kierownictwo partii, że wszystko jest pod kontrolą. Jeszcze na trzy dni przed ogłoszeniem tego programu i decyzją o podwyżkach cen Jan Główczyk, ówczesny redaktor naczelny „Życia Gospodarczego”, w którym publikowałem, spotkał Pajestkę, i powiedział mu, że w redakcji są opinie, iż dojdzie do dramatu. Na co ten mu odpowiedział, że wszystko jest przygotowane i wedle ich wiedzy nic złego się nie stanie. Główczyk nam to powtórzył, ale my już i tak wiedzieliśmy, że dojdzie do katastrofy.
W maju 1970 zacząłem pracować w „Życiu Warszawy”, dzięki pani Kazimierze Muszałównie, która prowadziła tam popularnonaukową kolumnę o nauce i technice, pt. Świat się zmienia. Odchodząc na emeryturę zaproponowała Korotyńskiemu, żeby wziął mnie do siebie na redaktora prowadzącego specjalny dodatek. Tak powstała idea czwartkowego dodatku „Życie i Nowoczesność”.
Nazwę tę wymyślił Stefan Olszowski, szef Biura Prasy KC, postać bardzo skomplikowana. Miał już wtedy na swoim koncie paskudne wystąpienia antysemickie z czasów marca ’68. Sam antysemitą nie był, robił to z całym cynizmem. Wyłącznie dla kariery. Był człowiekiem wybitnie inteligentnym i nie mającym najmniejszych złudzeń na temat ustroju.
Korotyński uważał go za mojego przyjaciela. Brało się to stąd, że w 1957 roku my, a właściwie mój brat, przeprowadziliśmy na zjeździe ZSP wybranie Olszowskiego prezesem ZSP przeciwko kandydatowi KC, który życzył sobie Stanisława Turbańskiego, szefa wydziału studenckiego Zarządu Głównego ZMP. Potem moje kontakty z Olszowskim były sporadyczne, odnalazłem go jako sekretarza KW w Poznaniu, u Szydlaka – strasznie głupiego faceta – i złożyłem mu tam wizytę.
To była już końcowa faza moich reporterskich doświadczeń, może nawet później. Rozmawialiśmy, jakbyśmy rozmawiali w 1956 roku – otwartym językiem, bez najmniejszych złudzeń na temat ustroju, na temat tego, czy coś da się zrobić, czy w ogóle oni coś zrozumieją i jeśli tak, to od czego to będzie zależało. Doszliśmy wtedy do wniosku, że jeżeli coś może się zmienić, to tylko przy jakimś następnym, masowym zrywie w rodzaju 1956 roku i że bez masowych wystąpień robotniczych nie można sobie robić złudzeń. Z końcem lat sześćdziesiątych Olszowski objął Biuro Prasy KC, czyli był wszechwładny, jeśli chodzi o media. Korotyńskiemu musiał jednak powiedzieć coś sympatycznego na mój temat, bo ten cały czas traktował mnie jako jego przyjaciela. Trudno było sobie wtedy w Olszowskim wyobrazić jednak późniejszego reprezentanta „betonu” partyjnego.
Jako redakcja dodatku mieliśmy bardzo dobre stosunki z pewnym wyjątkowym cenzorem. Tak dobre, że po rozpędzeniu nas pojechaliśmy do pana Junga – tego cenzora – z kwiatami i podziękowaniem za współpracę. Wyobrazić sobie coś takiego w obozie sowieckim było doprawdy bardzo trudno. Jung wiedział wcześniej, jakie będą wprowadzone „zapisy”, pamiętam historię, która dobrze charakteryzuje naszą współpracę. Jest poniedziałek, a my w poniedziałek odsyłaliśmy kolumny do cenzury, i słyszę w słuchawce Junga: „Panie Stefanie, ten tekst o traktorach możecie mi przysłać jutro, nie ma żadnego pośpiechu, zdążymy”. Leon Bójko oczywiście natychmiast jedzie do niego i Jung mówi: „Od piątku będzie zapis na traktory, więc jeżeli zdążycie do jutra coś przygotować, to nie będę miał żadnych trudności z puszczeniem tego”.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.