Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

Przy całej mojej sympatii dla Jacka Kuronia nie podzielałem jego poglądów. Po jego i Karola Modzelewskiego „liście do partii”, powitanym przez rewolucjonistów 1956 r. z sarkazmem, Gomułka się wściekł, kazał obu chłopaków wsadzić do więzienia. Siedział Jacek wtedy pierwszy raz – trzy lata! Wyszedł potem z poglądami Marcusego – że ostatnią klasą rewolucyjną są studenci.

Taki był podtekst buntu studenckiego roku 1968, którego ludzie 1956 roku też nie poparli, uważając, że bez robotników nie ma mowy o żadnym poważnym buncie. Partia, z radzieckiej inspiracji, zareagowała haniebną kampanią antysemicką – w rewanżu za to, że polscy oficerowie pili zdrowie armii izraelskiej, a Warszawa śmiała się, że nasi Żydzi dali w d… ruskim Arabom (podobno piloci izraelscy w powietrzu porozumiewali się po polsku). Ale potem, w roku 1970, studenci nie poparli buntu robotników.

W roku 1970 ogólna sytuacja w kraju była napięta. Powstała koncepcja gospodarcza „smalec czy garsonka”, czyli koncept, by podnieść ceny żywności i jednocześnie obniżyć ceny produktów przemysłowych, co naturalnie nie mogło dać żadnych rezultatów. Pamiętam, że w kwietniu odbyło się spotkanie dyskusyjne na ten temat, zorganizowane w Jabłonnie chyba przez PAN. Ja na nim powiedziałem, dosłownie, że jeżeli ten plan zostanie wcielony w życie, to późną jesienią dojdzie do krwawych zajść na ulicach miast polskich.

Potem mnie pytano, skąd wiedziałem? Żadnych planów zamieszek nie było. Kto jednak znał ówczesne realia, było to dla niego oczywiste. Ja byłem eksreporterem, znałem kraj od podszewki. Miałem jeszcze mnóstwo przyjaciół w środowisku robotniczym, więc wiadomo było z góry, jaka będzie ich reakcja. Mimo to profesor Józef Pajestka, główny promotor tego programu, przekonywał kierownictwo partii, że wszystko jest pod kontrolą. Jeszcze na trzy dni przed ogłoszeniem tego programu i decyzją o podwyżkach cen Jan Główczyk, ówczesny redaktor naczelny „Życia Gospodarczego”, w którym publikowałem, spotkał Pajestkę, i powiedział mu, że w redakcji są opinie, iż dojdzie do dramatu. Na co ten mu odpowiedział, że wszystko jest przygotowane i wedle ich wiedzy nic złego się nie stanie. Główczyk nam to powtórzył, ale my już i tak wiedzieliśmy, że dojdzie do katastrofy.

W maju 1970 zacząłem pracować w „Życiu Warszawy”, dzięki pani Kazimierze Muszałównie, która prowadziła tam popularnonaukową kolumnę o nauce i technice, pt. Świat się zmienia. Odchodząc na emeryturę zaproponowała Korotyńskiemu, żeby wziął mnie do siebie na redaktora prowadzącego specjalny dodatek. Tak powstała idea czwartkowego dodatku „Życie i Nowoczesność”.

Nazwę tę wymyślił Stefan Olszowski, szef Biura Prasy KC, postać bardzo skomplikowana. Miał już wtedy na swoim koncie paskudne wystąpienia antysemickie z czasów marca ’68. Sam antysemitą nie był, robił to z całym cynizmem. Wyłącznie dla kariery. Był człowiekiem wybitnie inteligentnym i nie mającym najmniejszych złudzeń na temat ustroju.

Korotyński uważał go za mojego przyjaciela. Brało się to stąd, że w 1957 roku my, a właściwie mój brat, przeprowadziliśmy na zjeździe ZSP wybranie Olszowskiego prezesem ZSP przeciwko kandydatowi KC, który życzył sobie Stanisława Turbańskiego, szefa wydziału studenckiego Zarządu Głównego ZMP. Potem moje kontakty z Olszowskim były sporadyczne, odnalazłem go jako sekretarza KW w Poznaniu, u Szydlaka – strasznie głupiego faceta – i złożyłem mu tam wizytę.

To była już końcowa faza moich reporterskich doświadczeń, może nawet później. Rozmawialiśmy, jakbyśmy rozmawiali w 1956 roku – otwartym językiem, bez najmniejszych złudzeń na temat ustroju, na temat tego, czy coś da się zrobić, czy w ogóle oni coś zrozumieją i jeśli tak, to od czego to będzie zależało. Doszliśmy wtedy do wniosku, że jeżeli coś może się zmienić, to tylko przy jakimś następnym, masowym zrywie w rodzaju 1956 roku i że bez masowych wystąpień robotniczych nie można sobie robić złudzeń. Z końcem lat sześćdziesiątych Olszowski objął Biuro Prasy KC, czyli był wszechwładny, jeśli chodzi o media. Korotyńskiemu musiał jednak powiedzieć coś sympatycznego na mój temat, bo ten cały czas traktował mnie jako jego przyjaciela. Trudno było sobie wtedy w Olszowskim wyobrazić jednak późniejszego reprezentanta „betonu” partyjnego.

Jako redakcja dodatku mieliśmy bardzo dobre stosunki z pewnym wyjątkowym cenzorem. Tak dobre, że po rozpędzeniu nas pojechaliśmy do pana Junga – tego cenzora – z kwiatami i podziękowaniem za współpracę. Wyobrazić sobie coś takiego w obozie sowieckim było doprawdy bardzo trudno. Jung wiedział wcześniej, jakie będą wprowadzone „zapisy”, pamiętam historię, która dobrze charakteryzuje naszą współpracę. Jest poniedziałek, a my w poniedziałek odsyłaliśmy kolumny do cenzury, i słyszę w słuchawce Junga: „Panie Stefanie, ten tekst o traktorach możecie mi przysłać jutro, nie ma żadnego pośpiechu, zdążymy”. Leon Bójko oczywiście natychmiast jedzie do niego i Jung mówi: „Od piątku będzie zapis na traktory, więc jeżeli zdążycie do jutra coś przygotować, to nie będę miał żadnych trudności z puszczeniem tego”.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021