Okrągły Stół zakończył się rewelacyjnymi wynikami. Mieliśmy być wymanewrowani, bo jednak nikt nie zaproponował naszej stronie wprowadzenia ludzi „Solidarności” do rządu, jak w roku 1956, ale najważniejsze było wtedy jej zalegalizowanie. To było decydujące zwycięstwo, obok wolnych wyborów na 35% mandatów do Sejmu i do całego Senatu.

Paradoks polegał na tym, że władza nie znając tego społeczeństwa, sama sobie przygotowała porażkę. Mimo własnego ośrodka badania opinii publicznej, parę tygodni przed wyborami martwiła się, że „Solidarność” może nie mieć dostatecznie dużo miejsc z tych 35%. Ciekawą operację przeprowadził też sam Jaruzelski, który nie chciał mieć w Sejmie reprezentacji jedynie aparatu i postanowił, że swoich kandydatów będą mogły zgłaszać na listy PZPR, ZSL i SD organizacje społeczne, czyli stowarzyszenia techniczne jak np. Polski Związek Inżynierów i Techników Budownictwa. I myśmy oczywiście z tego korzystali. Wprowadziliśmy na te listy, w czym brałem bardzo żywy udział, stu kilkunastu bliskich nam ludzi. Skutek był taki, że kiedy w grudniu odbyło się głosowanie nad reformami Balcerowicza, to „za” głosowała większość 282 posłów. Naszych było wśród nich około 161. Mieliśmy w rzeczywistości większość sejmową!
Wyniki wyborów były dla władzy absolutnym szokiem. Jak dalece nasza strona też się tego nie spodziewała, dowodzą moje rozmowy z „Wolną Europą”. To było na początku kwietnia 1989, „Wolna Europa” mogła się z nami kontaktować już bezpośrednio przez telefon. Wtedy Alina Grabowska w rozmowie ze mną zapytała o prognozę wyników czerwcowych wyborów. Powiedziałem, że z wyjątkiem dwóch do pięciu, weźmiemy wszystkie mandaty w Sejmie z tych 35 %, a w Senacie jakieś 91 do 94 na sto możliwych.
Wszyscy, co zabawne, uznali mnie za zwariowanego optymistę. Na tydzień przed wyborami podwyższyłem jeszcze tę swoją prognozę dla Senatu na 94 do 96 miejsc. Jeśli chodzi o wybory do Sejmu, obawiałem się o 2 mandaty. Nie mówiłem oczywiście, o które. Bałem się, czy Adam przejdzie w „czerwonym” Sosnowcu i czy Jacek Kuroń pokona Siłę–Nowickiego, który dał się wstawić jako kandydat ze strony władzy na Żoliborzu. Ale na szczęście fotografia z Wałęsą decydowała i wszyscy wygrali. W Senacie wzięliśmy 99 miejsc, jeszcze wyżej niż prognozowałem. Przed zapomnianym dziś dniem 18 czerwca, dniu „dogrywki” między kandydatami strony „rządowej”, Solidarność wezwała swych zwolenników, by poszli głosować i wybrali wskazanych kandydatów (łatwo dziś sprawdzić, kogo i ilu ich było).
Po zakończeniu Okrągłego Stołu, to był chyba koniec marca, Adam zapytał mnie, ile czasu potrzeba na uruchomienie gazety codziennej. Powiedziałem mu to, co Urban doskonale wiedział: Normalnie to pół roku, ale musisz wierzyć, że zrobimy to w miesiąc. Z Romą, mającą kontakty z „Dzwonka”, sprowadziliśmy całą czołówkę polskiego bezrobotnego dziennikarstwa i zabraliśmy się do pracy. Dołączyła bardzo zdolna młodzież po znakomitym treningu w „Tygodniku Mazowsze”, w tym – Helenka Łuczywo, znakomity redaktor i świetna adiustatorka. Dzięki zmobilizowanym zawodowcom udało się uruchomić gazetę niemal z dnia na dzień. Po prostu przyszliśmy jak do roboty i zrobiliśmy to bez większego kłopotu. Pierwszy numer w początku maja poprowadził Ernest Skalski, drugi – Dariusz Fikus. Zachował się pierwszy numer „Gazety” z podpisami Adama i Helenki na nim, z podziękowaniem dla Romy i dla mnie: „Bez was ten numer by się nie ukazał”. Tyle satysfakcji nam zostało.
Miałem niebywałe szczęście do poznawania strasznie fajnych ludzi. To chyba jakieś szczególne szczęście. Nie mogę powiedzieć, żebym nie trafiał nigdy na łobuzów i to nawet zdeklarowanych, ale mówiąc szczerze, nie starałem się ich jakoś zapamiętywać. Po Październiku ‘56 przeczytałem w zarządzie uczelnianym ZMP, który rozwiązałem, ogromną stertę donosów na mój temat, podpisanych przez faceta, który był potem sekretarzem komitetu miejskiego partii. Nie znałem go i nigdy nie utrzymywaliśmy ze sobą stosunków. Prawdopodobnie musiał zbierać na mój temat informacje, bo było tam i o powołaniu Płonącego Pomidora, i o całej innej działalności. Ale wyglądało na to, że donosów tych nie przekazał dalej. Więc i takie rzeczy się zdarzały.
W 1990 roku przed komisją Rokity zeznawał pułkownik bezpieki, który powiedział, że dostał polecenie zlikwidowania mnie i odmówił wykonania rozkazu. Nie poszedłem sprawdzać, kto mu kazał. Nie wiem też, dlaczego odmówił wykonania rozkazu.
To, co odkrywałem po 1956 roku, to rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Do dzisiejszego dnia nie udało mi się wyłożyć swoim czytelnikom wszystkiego, czego jeszcze musimy się nauczyć. Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.
Nie wszystko udało się zrobić, a nawet bardzo mało, w porównaniu z tym, co zrobić chciałem. Jednak moja pamięć jest raczej pozytywna. Nie mam żalu do ustroju, chociaż wyjęli mnie i całemu mojemu pokoleniu wiele, wiele lat normalnego uprawiania zawodu. Pętałem się po różnych redakcjach, co rusz wyrzucany po właściwych telefonach albo informowany osobiście, że byłoby lepiej żebym odszedł z danej redakcji. Także koszty życia osobistego były duże.
Nie dorobiłem się niczego, poza żoną i napisanymi książkami. Podobnie zresztą jak mój brat. Nie narzekam broń Boże. Cokolwiek by powiedzieć, w porównaniu z innymi miałem luksusowe życie. Nachodzili mnie, zabierali, aresztowali, wyrzucali z pracy, psuli, co zrobiłem, ale nie siedziałem ani tyle, co Jacek, ani nie byłem tak targany za ręce i nogi, jak Adam.
Nie mogę narzekać na swój życiorys. Coś się jednak udało. Obaliliśmy ustrój nie do obalenia, więc jak można nie być zadowolonym?
Swego czasu pytano mnie, dlaczego nie wystąpiłem o status pokrzywdzonego. Ja na to: „Przepraszam, przecież to ja całe życie starałem się krzywdzić tamten reżim. Do skutku. To byłoby tyle na dziś”.
Tu jest ten tekst w całości do pobrania w formacie pdf:
Na życzenie STEFANA BRATKOWSKIEGO opracował:


Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.