Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

Okrągły Stół zakończył się rewelacyjnymi wynikami. Mieliśmy być wymanewrowani, bo jednak nikt nie zaproponował naszej stronie wprowadzenia ludzi „Solidarności” do rządu, jak w roku 1956, ale najważniejsze było wtedy jej zalegalizowanie. To było decydujące zwycięstwo, obok wolnych wyborów na 35% mandatów do Sejmu i do całego Senatu.

Paradoks polegał na tym, że władza nie znając tego społeczeństwa, sama sobie przygotowała porażkę. Mimo własnego ośrodka badania opinii publicznej, parę tygodni przed wyborami martwiła się, że „Solidarność” może nie mieć dostatecznie dużo miejsc z tych 35%. Ciekawą operację przeprowadził też sam Jaruzelski, który nie chciał mieć w Sejmie reprezentacji jedynie aparatu i postanowił, że swoich kandydatów będą mogły zgłaszać na listy PZPR, ZSL i SD organizacje społeczne, czyli stowarzyszenia techniczne jak np. Polski Związek Inżynierów i Techników Budownictwa. I myśmy oczywiście z tego korzystali. Wprowadziliśmy na te listy, w czym brałem bardzo żywy udział, stu kilkunastu bliskich nam ludzi. Skutek był taki, że kiedy w grudniu odbyło się głosowanie nad reformami Balcerowicza, to „za” głosowała większość 282 posłów. Naszych było wśród nich około 161. Mieliśmy w rzeczywistości większość sejmową!

Wyniki wyborów były dla władzy absolutnym szokiem. Jak dalece nasza strona też się tego nie spodziewała, dowodzą moje rozmowy z „Wolną Europą”. To było na początku kwietnia 1989, „Wolna Europa” mogła się z nami kontaktować już bezpośrednio przez telefon. Wtedy Alina Grabowska w rozmowie ze mną zapytała o prognozę wyników czerwcowych wyborów. Powiedziałem, że z wyjątkiem dwóch do pięciu, weźmiemy wszystkie mandaty w Sejmie z tych 35 %, a w Senacie jakieś 91 do 94 na sto możliwych.

Wszyscy, co zabawne, uznali mnie za zwariowanego optymistę. Na tydzień przed wyborami podwyższyłem jeszcze tę swoją prognozę dla Senatu na 94 do 96 miejsc. Jeśli chodzi o wybory do Sejmu, obawiałem się o 2 mandaty. Nie mówiłem oczywiście, o które. Bałem się, czy Adam przejdzie w „czerwonym” Sosnowcu i czy Jacek Kuroń pokona Siłę–Nowickiego, który dał się wstawić jako kandydat ze strony władzy na Żoliborzu. Ale na szczęście fotografia z Wałęsą decydowała i wszyscy wygrali. W Senacie wzięliśmy 99 miejsc, jeszcze wyżej niż prognozowałem. Przed zapomnianym dziś dniem 18 czerwca, dniu „dogrywki” między kandydatami strony „rządowej”, Solidarność wezwała swych zwolenników, by poszli głosować i wybrali wskazanych kandydatów (łatwo dziś sprawdzić, kogo i ilu ich było).

Po zakończeniu Okrągłego Stołu, to był chyba koniec marca, Adam zapytał mnie, ile czasu potrzeba na uruchomienie gazety codziennej. Powiedziałem mu to, co Urban doskonale wiedział: Normalnie to pół roku, ale musisz wierzyć, że zrobimy to w miesiąc. Z Romą, mającą kontakty z „Dzwonka”, sprowadziliśmy całą czołówkę polskiego bezrobotnego dziennikarstwa i zabraliśmy się do pracy. Dołączyła bardzo zdolna młodzież po znakomitym treningu w „Tygodniku Mazowsze”, w tym – Helenka Łuczywo, znakomity redaktor i świetna adiustatorka. Dzięki zmobilizowanym zawodowcom udało się uruchomić gazetę niemal z dnia na dzień. Po prostu przyszliśmy jak do roboty i zrobiliśmy to bez większego kłopotu. Pierwszy numer w początku maja poprowadził Ernest Skalski, drugi – Dariusz Fikus. Zachował się pierwszy numer „Gazety” z podpisami Adama i Helenki na nim, z podziękowaniem dla Romy i dla mnie: „Bez was ten numer by się nie ukazał”. Tyle satysfakcji nam zostało.

Miałem niebywałe szczęście do poznawania strasznie fajnych ludzi. To chyba jakieś szczególne szczęście. Nie mogę powiedzieć, żebym nie trafiał nigdy na łobuzów i to nawet zdeklarowanych, ale mówiąc szczerze, nie starałem się ich jakoś zapamiętywać. Po Październiku ‘56 przeczytałem w zarządzie uczelnianym ZMP, który rozwiązałem, ogromną stertę donosów na mój temat, podpisanych przez faceta, który był potem sekretarzem komitetu miejskiego partii. Nie znałem go i nigdy nie utrzymywaliśmy ze sobą stosunków. Prawdopodobnie musiał zbierać na mój temat informacje, bo było tam i o powołaniu Płonącego Pomidora, i o całej innej działalności. Ale wyglądało na to, że donosów tych nie przekazał dalej. Więc i takie rzeczy się zdarzały.

W 1990 roku przed komisją Rokity zeznawał pułkownik bezpieki, który powiedział, że dostał polecenie zlikwidowania mnie i odmówił wykonania rozkazu. Nie poszedłem sprawdzać, kto mu kazał. Nie wiem też, dlaczego odmówił wykonania rozkazu.

To, co odkrywałem po 1956 roku, to rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Do dzisiejszego dnia nie udało mi się wyłożyć swoim czytelnikom wszystkiego, czego jeszcze musimy się nauczyć. Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.

Nie wszystko udało się zrobić, a nawet bardzo mało, w porównaniu z tym, co zrobić chciałem. Jednak moja pamięć jest raczej pozytywna. Nie mam żalu do ustroju, chociaż wyjęli mnie i całemu mojemu pokoleniu wiele, wiele lat normalnego uprawiania zawodu. Pętałem się po różnych redakcjach, co rusz wyrzucany po właściwych telefonach albo informowany osobiście, że byłoby lepiej żebym odszedł z danej redakcji. Także koszty życia osobistego były duże.

Nie dorobiłem się niczego, poza żoną i napisanymi książkami. Podobnie zresztą jak mój brat. Nie narzekam broń Boże. Cokolwiek by powiedzieć, w porównaniu z innymi miałem luksusowe życie. Nachodzili mnie, zabierali, aresztowali, wyrzucali z pracy, psuli, co zrobiłem, ale nie siedziałem ani tyle, co Jacek, ani nie byłem tak targany za ręce i nogi, jak Adam.

Nie mogę narzekać na swój życiorys. Coś się jednak udało. Obaliliśmy ustrój nie do obalenia, więc jak można nie być zadowolonym?

Swego czasu pytano mnie, dlaczego nie wystąpiłem o status pokrzywdzonego. Ja na to: „Przepraszam, przecież to ja całe życie starałem się krzywdzić tamten reżim. Do skutku. To byłoby tyle na dziś”.

Tu jest ten tekst w całości do pobrania w formacie pdf:

Na życzenie STEFANA BRATKOWSKIEGO opracował:

Jerzy Klechta

Dziennikarz


Ur. 14 sierpnia 1939 w Łodzi.
Czytaj więcej w Wikipedii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021