Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

Przez siedem lat, do października 1980, byłem bezrobotny. Przeżyłem głównie dzięki kolegom wydawcom. Wynikały czasem z tego całkiem zabawne sytuacje. Zacząłem pisać w „Kulisach” w roku chyba 1973 cykl felietonów pt. „Skąd przychodzimy”, który szybko stał się dość popularny. Ale Jerzy Łukaszewicz, rządca prasy, zdjął również i to. Nie podlegał mu natomiast Łukasz Szymański, wydawca, dyrektor Iskier, bo to był inny pion władzy. Dzięki temu udało mu się wydać w 1975 roku książeczkę pod tym samym tytułem „Skąd przychodzimy”, zbiór felietonów, publikowanych wcześniej w „Kulisach”. Potem ją jeszcze wznowił i dzięki temu mogłem już jakoś funkcjonować.

Ponieważ jednak wiedziałem, że długo nie wrócę do normalnego życia prasowego, a nie miałem z czego żyć, zacząłem przygotowywać inną książkę. Zresztą nie mogłem narzekać, lubię życie w bibliotekach, wykorzystywałem każdą wolną chwilę na korzystanie z ich niezmierzonych bogactw. Zająłem się kwalifikacjami zawodowymi naszego największego bohatera narodowego, Tadeusza Kościuszki. Musiałem poświęcić się studiom nad inżynierią wojskową XVIII w., a wiek XVIII to poza wszystkim wiek niesłychanego poczucia humoru, nawet umierając, wypadało być dowcipnym; starałem się, żeby i moja książka odpowiadała tym wymaganiom. No i po paru latach napisałem potężne studium źródłowe, prostując różne autorytatywne, uczone głupstwa; korzystałem z naszej Biblioteki Narodowej, której zbiory są w tej dziedzinie kilkanaście razy bogatsze od paryskiej Biblioteque Nationale! Zatytułowałem rzecz „Z czym do nieśmiertelności” (1977). No i nadal jestem jednym z nielicznych w świecie specjalistów od fortyfikacji polowej XVIII w. (drugiego spotkałem w USA, w West Point, aleśmy sobie wreszcie pogadali!). Książka rozeszła się bez kłopotu, miała wznowienie, wobec czego dalej miałem z czego żyć.

Biednie, bo biednie, ale jakoś sobie radziłem. Mieszkaliśmy razem na tych 46 metrach z żoną, córeczką, moją matką i rodzicami Romy. Oraz ukochanym psem, ogromnym owczarkiem alzackim, wilczurem „Małym”. Z paroma tysiącami tomów i 80 szufladkami archiwum, zmajstrowanego przez Romę. To bezrobocie niesłychanie dużo mi dało. Trzeba było oczywiście żyć oszczędniej. Ponieważ sam robiłem zakupy, to wiedziałem doskonale, gdzie coś jest o te kilkadziesiąt czy kilkanaście groszy tańsze, i wiem to do dzisiejszego dnia. To bardzo dobra lekcja życia. Tak przetrwałem do roku 1980.

Zacząłem działać w Kolegium Towarzystwa Wolnej Wszechnicy Polskiej. Na czele tego Towarzystwa stał Adam Uziembło, były logik i generał więziony przez bezpiekę. W 1956 roku odegrał swoją ważną rolę, bo wyniesiony po tych wszystkich torturach na estradę, powiedział: „Żadnej zemsty, żadnej rozprawy, bo to się nigdy nie skończy!”

Mieliśmy tam różne zajęcia, między innymi o samorządzie – chyba nawet z mojej inicjatywy. Seminarium na ten temat prowadził nie kto inny, jak Sylwester Zawadzki. Mówiliśmy o potrzebach i szansach samorządu w Polsce. W 1973 roku podczas tych właśnie zajęć, pod pretekstem rozbicia wielkich województw i zwalczania ówczesnych baronów wojewódzkich, jakimi byli pierwsi sekretarze KW, przemyciłem ideę mniejszych województw. Argumentem było to, że za czasów Polski przedrozbiorowej na Wielkopolskę składały się aż cztery województwa, co wcale nie przeszkodziło poczuciu tożsamości całej Wielkopolski. Biorąc pod uwagę doświadczenia francuskich departamentów, małe województwa były rozwiązaniem naturalnym.

Tak narodziła się idea, z którą Sylwester Zawadzki poszedł do Gierka – już bez powoływania się na ludzi z „Życia i Nowoczesności” – i przekonał go, że bardziej efektywnie da się zarządzać państwem, złożonym z mniejszych województw mających bliższy kontakt z obywatelami. A przy okazji – rozbić potęgę „baronów” wojewódzkich, sekretarzy Komitetów Wojewódzkich partii. I taką reformę systemu administracyjnego przeprowadzono. Nie żadną „gierkowską”. Jeśli już, to Zawadzkiego. Oczywiście nie wiedzieli, że to był projekt Józefa Buzka, największego w historii administratywisty polskiego.

W ramach Kolegium miało się odbywać kilka czy nawet kilkanaście seminariów. W 1977 roku zgadaliśmy się z Bogdanem Gotowskim, kiedyś wspaniałym redaktorem „Przeglądu Kulturalnego” i „Życia Warszawy”, moim przyjacielem, że byłoby dobrze, gdyby polska elita intelektualna zabierała głos nie tylko poprzez podpisy składane pod protestami i opiniami natury politycznej. Chcieliśmy ją trochę ożywić.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021