Przez siedem lat, do października 1980, byłem bezrobotny. Przeżyłem głównie dzięki kolegom wydawcom. Wynikały czasem z tego całkiem zabawne sytuacje. Zacząłem pisać w „Kulisach” w roku chyba 1973 cykl felietonów pt. „Skąd przychodzimy”, który szybko stał się dość popularny. Ale Jerzy Łukaszewicz, rządca prasy, zdjął również i to. Nie podlegał mu natomiast Łukasz Szymański, wydawca, dyrektor Iskier, bo to był inny pion władzy. Dzięki temu udało mu się wydać w 1975 roku książeczkę pod tym samym tytułem „Skąd przychodzimy”, zbiór felietonów, publikowanych wcześniej w „Kulisach”. Potem ją jeszcze wznowił i dzięki temu mogłem już jakoś funkcjonować.

Ponieważ jednak wiedziałem, że długo nie wrócę do normalnego życia prasowego, a nie miałem z czego żyć, zacząłem przygotowywać inną książkę. Zresztą nie mogłem narzekać, lubię życie w bibliotekach, wykorzystywałem każdą wolną chwilę na korzystanie z ich niezmierzonych bogactw. Zająłem się kwalifikacjami zawodowymi naszego największego bohatera narodowego, Tadeusza Kościuszki. Musiałem poświęcić się studiom nad inżynierią wojskową XVIII w., a wiek XVIII to poza wszystkim wiek niesłychanego poczucia humoru, nawet umierając, wypadało być dowcipnym; starałem się, żeby i moja książka odpowiadała tym wymaganiom. No i po paru latach napisałem potężne studium źródłowe, prostując różne autorytatywne, uczone głupstwa; korzystałem z naszej Biblioteki Narodowej, której zbiory są w tej dziedzinie kilkanaście razy bogatsze od paryskiej Biblioteque Nationale! Zatytułowałem rzecz „Z czym do nieśmiertelności” (1977). No i nadal jestem jednym z nielicznych w świecie specjalistów od fortyfikacji polowej XVIII w. (drugiego spotkałem w USA, w West Point, aleśmy sobie wreszcie pogadali!). Książka rozeszła się bez kłopotu, miała wznowienie, wobec czego dalej miałem z czego żyć.
Biednie, bo biednie, ale jakoś sobie radziłem. Mieszkaliśmy razem na tych 46 metrach z żoną, córeczką, moją matką i rodzicami Romy. Oraz ukochanym psem, ogromnym owczarkiem alzackim, wilczurem „Małym”. Z paroma tysiącami tomów i 80 szufladkami archiwum, zmajstrowanego przez Romę. To bezrobocie niesłychanie dużo mi dało. Trzeba było oczywiście żyć oszczędniej. Ponieważ sam robiłem zakupy, to wiedziałem doskonale, gdzie coś jest o te kilkadziesiąt czy kilkanaście groszy tańsze, i wiem to do dzisiejszego dnia. To bardzo dobra lekcja życia. Tak przetrwałem do roku 1980.
Zacząłem działać w Kolegium Towarzystwa Wolnej Wszechnicy Polskiej. Na czele tego Towarzystwa stał Adam Uziembło, były logik i generał więziony przez bezpiekę. W 1956 roku odegrał swoją ważną rolę, bo wyniesiony po tych wszystkich torturach na estradę, powiedział: „Żadnej zemsty, żadnej rozprawy, bo to się nigdy nie skończy!”
Mieliśmy tam różne zajęcia, między innymi o samorządzie – chyba nawet z mojej inicjatywy. Seminarium na ten temat prowadził nie kto inny, jak Sylwester Zawadzki. Mówiliśmy o potrzebach i szansach samorządu w Polsce. W 1973 roku podczas tych właśnie zajęć, pod pretekstem rozbicia wielkich województw i zwalczania ówczesnych baronów wojewódzkich, jakimi byli pierwsi sekretarze KW, przemyciłem ideę mniejszych województw. Argumentem było to, że za czasów Polski przedrozbiorowej na Wielkopolskę składały się aż cztery województwa, co wcale nie przeszkodziło poczuciu tożsamości całej Wielkopolski. Biorąc pod uwagę doświadczenia francuskich departamentów, małe województwa były rozwiązaniem naturalnym.
Tak narodziła się idea, z którą Sylwester Zawadzki poszedł do Gierka – już bez powoływania się na ludzi z „Życia i Nowoczesności” – i przekonał go, że bardziej efektywnie da się zarządzać państwem, złożonym z mniejszych województw mających bliższy kontakt z obywatelami. A przy okazji – rozbić potęgę „baronów” wojewódzkich, sekretarzy Komitetów Wojewódzkich partii. I taką reformę systemu administracyjnego przeprowadzono. Nie żadną „gierkowską”. Jeśli już, to Zawadzkiego. Oczywiście nie wiedzieli, że to był projekt Józefa Buzka, największego w historii administratywisty polskiego.
W ramach Kolegium miało się odbywać kilka czy nawet kilkanaście seminariów. W 1977 roku zgadaliśmy się z Bogdanem Gotowskim, kiedyś wspaniałym redaktorem „Przeglądu Kulturalnego” i „Życia Warszawy”, moim przyjacielem, że byłoby dobrze, gdyby polska elita intelektualna zabierała głos nie tylko poprzez podpisy składane pod protestami i opiniami natury politycznej. Chcieliśmy ją trochę ożywić.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.