Człowiekiem, który wtedy odegrał dosyć pozytywną rolę, był Wojciech Lamentowicz, sekretarz partii przy Wyższej Szkole Nauk Społecznych, czyli zdawałoby się wierny absolutnie. Tymczasem bardzo zaangażował w rozkręcanie i organizację struktur poziomych, których stolicą stał się właśnie nasz budynek na Foksal. Odbywały się tam nieustanne zjazdy, rozmowy, negocjacje, porozumienia itd. Zbyszek Iwanow odgrywał w tym wielką rolę. Był bardzo aktywny i skuteczny w działaniu. Później, po 13 grudnia 1981 zdecydował się wyjechać na Zachód. Ostrzegałem go przed tym, mówiłem: Tu jesteś bezpieczny. A tam cię mogą dopaść. I dopadli. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Z góry było wiadomo, że coś takiego się stanie.

Sądzę, że zrobiły to raczej służby sowieckie, niż polskie, bo to oni są specjalistami od takich rzeczy. Podobnie jak z chłopcami Ryśka Kuklińskiego, z którym spotkaliśmy się wszystkiego dwa czy trzy razy i prawie przelotnie, ale kiedy pierwszy raz się zetknęliśmy, to powitaliśmy się tak, jakbyśmy znali się od lat. Pamiętam, że było to przed 4 grudnia 1980 r., kiedy już sowieckie oddziały maszerowały skrajem Polski, i w tej przelotnej rozmowie na korytarzu zapytałem, czy dowództwo radzieckie ma plan inwazji na Polskę. Odpowiedział – kilka, to zawodowcy, muszą być z góry przygotowani… Pierwsze dwa razy spotkaliśmy się na Klonowej przy sekretariacie gen. Jaruzelskiego, drugi raz to było przy okazji wizyty u Jaruzelskiego Misji Dobrych Usług w sierpniu 1981 r..
O przygotowaniach do zamachu stanu wiedziałem dużo wcześniej. Wiadomo było, co się dzieje. Już jesienią 1980 Kania dał mi do przeczytania memoriał Urbana ze słowami, które dobrze zapamiętałem: „Popatrzcie, co mi tu wasz kolega radzi”. To był memoriał, w którym Urban wykładał koncepcję radykalizowania „Solidarności” poprzez swoich ludzi tak, żeby ją skompromitować w oczach społeczeństwa awanturami, strajkami, bałaganem, a potem przeprowadzić jakąś operację, która w ogóle usunęłaby „Solidarność” z areny politycznej. Z tych słów Kani do mnie wynikało jednak, że do tego momentu o „jakiejś operacji” jeszcze nie myślano. I kiedy Kania sam zaproponował obejmującemu funkcję premiera Jaruzelskiemu, żeby ten zrobił Urbana swoim rzecznikiem prasowym, wtedy już się domyśliłem, co będzie grane, bo niemożliwe było przecież, żeby Jaruzelski nie przeczytał tego memoriału.
Na przełomie roku 1980/81 – mniej więcej od listopada do stycznia – miałem kłopoty z sercem, po Aninie trafiłem do szpitala rehabilitacyjnego w Konstancinie. Co jakiś czas Jaruzelski zapraszał mnie wtedy do siebie na rozmowę. Przyjeżdżał po mnie samochód, szpital zwalniał mnie na 2–3 godziny i wiózł do niego na Klonową i kilka razy z generałem rozmawialiśmy. Mówiłem o stanie ducha społeczeństwa, partia cały naród miała przeciwko sobie. Zgadzał się wtedy generał, że dla nich – ludzi władzy – rozmowy i kontakty są jednak niezbędne.
Zresztą w tamtym czasie oni wszyscy byli raczej za rozmowami, kompromisem i dogadywaniem się. To tylko naciski Moskwy zyskiwały na agresywności, Ryszard Reiff, prezes zrewoltowanego PAX–u sam, siedząc naprzeciw Stanisława Kani, słyszał głos Breżniewa ze słuchawki w ręku Kani, wzywający, by uderzał; Stanisław, uderzaj, Stanisław, uderzaj! Sam, kiedyś wchodząc do gabinetu Kani, zobaczyłem go i usłyszałem, jak kiwając się z nogi na nogę, tłumaczył się Breżniewowi.
Aparat partyjny miał wygrać nadzwyczajny zjazd partii, wymuszony przez struktury poziome. Nie mogę powiedzieć, żeby Jaruzelski w rozmowach ze mną mówił o tym aparacie korzystnie, mimo to, po dokonaniu wojskowego zamachu stanu w grudniu nie zlikwidował go i nie rozwiązał partii, choć zaprzyjaźniony ze mną prof. Jan Szczepański go do tego namawiał.
Już od lutego 1981, czyli bardzo szybko po objęciu urzędu przez Jaruzelskiego mieliśmy w SDP informację, że wojsko zaczyna się do czegoś przygotowywać. Powołano grupy operacyjne, które zbierały informacje o przedsiębiorstwach, biurach oraz wszelkich innych instytucjach, zatrudniających więcej osób. W maju dostaliśmy od wojskowych z Wrocławia wiadomości, że przygotowywane są listy, które według naszych podejrzeń miały być listami proskrypcyjnymi, czyli najzwyczajniej w świecie listy osób do zlikwidowania. Mieliśmy podstawy do takich obaw – w grudniu 1980 r. przyszedł do budynku SDP na Foksal pułkownik ze sztabu Kulikowa, dowódcy wojsk Paktu Warszawskiego, i w rozmowie ze mną przedstawił taką receptę na sytuację w Polsce – Tri tisiczy razstrielat’, a drugim pakupit’ patiefony, na co zapytałem – a za szto wy pakupitie etyje patiefony?, a on zareagował – Nu, da, prawilna…
Wtedy, w końcu maja 1981 r., Bogdan Gotowski i ja ściągnęliśmy Andrzeja Szczypiorskiego i Andrzeja Sicińskiego, jako Zespół Prognoz i Analiz DiP opracowaliśmy prognozę następstw interwencji wewnętrznej i zewnętrznej. Rozkolportowaliśmy ją w środowisku, również wśród ludzi z KC partii. Trafiła też na Miodową do prymasa, który już wtedy umierał, więc przekazaliśmy ją ówczesnemu jego sekretarzowi, Glempowi. W każdym razie wszyscy to dostali.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.