Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

Jeszcze tuż przed wojną przenieśliśmy się do domu spółdzielni mieszkaniowej pracowników MSZ–tu na Górnośląską 18 (z tego domu nic nie zostało). Co ojciec wtedy robił, nie wiem, ale był związany z tzw. dwójką (wywiadem). Przyjacielem rodziny był „wuj” Julian Deimert, były szef dwójki na Niemcy północne, który się nami opiekował po wojnie – wuja Deimerta nigdy po wojnie bezpieka nie rozszyfrowała, bywaliśmy u niego w Oliwie, gdzie prowadził młyn. Mogliśmy domyślać się, że była to niesłychanie rozbudowana i wspaniale fachowa siatka. W okresie międzywojennym był to podobno najlepszy wywiad świata, podobnie jak wywiad AK w czasie wojny, który wspierał swoimi wiadomościami wywiad brytyjski.

W 1939 roku ojciec wyszedł z Warszawy z tzw. Armią Umiastowskiego. Miał wówczas 49 lat, ja niecałe pięć. Ostatnie wakacje spędzaliśmy w Gdyni na Kamiennej Górze. Wspominam widok stamtąd i to, że ojciec pokazywał nam pływające polskie statki. To wszystko. Ojciec oczywiście był z nas niesłychanie zadowolony. Potem w Wilnie, do którego dotarł, podobno mówił o nas „moi synowie”, po czym się okazywało, że ci synowie mają jeden 6, a drugi 4 lata. Dowiedziałem się od Miedzy–Tomaszewskiego, że ojciec prowadził tam gazetę podziemną ZWZ–u i zwalczał w niej m.in. wszelkie przejawy antysemityzmu, a było tam sporo ONR–owców. Zachorował na zapalenie wsierdzia i zmarł 25 listopada 1941. Do Warszawy doszła wcześniej wiadomość, że ojciec jest chory, mama, żeby do niego dotrzeć, zostawiła nas obu na dosyć dziwnych wakacjach na wsi pod Sandomierzem, dokąd płynęliśmy statkiem z Warszawy. Ponoć na tym statku była radiostacja wywiadu brytyjskiego. Matka zostawiła nas i sama z Warszawy poszła piechotą przez „zieloną granicę” do Wilna. Niesłychany wyczyn, ale była to nieprawdopodobna kobieta. W jaki sposób się przedostała i w jaki wróciła, do końca życia nie powiedziała nam o tym słowa, a dożyła stu lat plus jeden miesiąc. Konspiracja była taka, że własne dzieci nie dowiadywały się tego, czego nie powinny były wiedzieć.

Moje wczesne dzieciństwo było o tyle ważne, że w gruncie rzeczy ustawiło, ukształtowało mnie życiowo, zwłaszcza okupacyjne lata dzieciństwa. Na początku wojny mieszkaliśmy na Górnośląskiej, ale Niemcy zrobili tam dzielnicę niemiecką i dwa domy – numer 18, pod którym mieszkaliśmy, i 20 – zostały wysiedlone do kwartału wydzielonego z getta na Muranowie. Pod 20–tym mieszkali państwo Kaczyńscy z synkiem, moim wieloletnim przyjacielem, kolegą z kompletów, Adasiem Kaczyńskim, o niezwykłych talentach muzycznych, który pierwszego swego mazurka skomponował, mając 6 lat. Jego matka, piękna ciocia Lila (Alicja), uczyła mnie muzyki, ale wiedziałem, że Adasiowi nie mogę dorównać, co mnie nauczyło raz na zawsze skromności. Ciocia Lila na Muranowskiej prowadziła lekcje rytmiki, pisała sztuki dla teatrzyku dziecięcego i reżyserowała jego przedstawienia w naszym mieszkaniu. Mieszkali tam ponadto państwo Połtorzyccy, niesłychanie ciekawa rodzina, pan Ali, wyznania muzułmańskiego, znakomity bankowiec, dał córkom tatarskie imiona Zaira i Jeanette (z Jeanette przyjaźnimy się do dzisiaj). Trafili razem z nami na Muranowską 6; przez środek ulicy – jak w filmie „Ulica graniczna” – był mur, z tym, że linia tramwajowa była po stronie aryjskiej, a po drugiej stronie getto.

Z naszych okien można było więc widzieć Plac Muranowski. Państwo Połtorzyccy przechowywali u siebie dziewczynkę, nazywaną „Gienia”, na szczęście nie miała semickiego wyglądu i kazano jej udawać głuchoniemą. To, że nie rozwalili wszystkich, to jakiś cud, bo naprzeciw naszego mieszkania na IV piętrze odkryli skład broni.

Nasze mieszkanie było ogromne, znacznie większe niż to, które mieliśmy na Górnośląskiej. Było tak duże, że 80 metrowy pokój frontowy był naszym pokojem przeznaczonym do zabaw. Ciocia Lila inscenizowała spektakle swoich Krasnych Babek. Obok mieliśmy z bratem swoją sypialnię. Był jeszcze salon, pokoje mamy i pokoje naszych ciotek Bratkowskich, sióstr ojca. Starsza z nich – ciocia Maniusia, która przed wojną założyła pierwszą żeńską szkołę rękodzielniczą w Polsce, tę na Kazimierzowskiej – prowadziła w czasie okupacji jedenaście szkół podziemnych. Obie ciotki całkowicie poświęciły swoje życie nauczycielstwu i nawet wyrzekły się małżeństwa dla tego powołania. Stykaliśmy się oczywiście z przyjaciółmi ciotek. W naszym mieszkaniu spotykała się też grupa, pracująca nad przyszłym nazewnictwem Ziem Zachodnich. Pamiętam dobrze salon, w którym to było. Należeli do niej ZET–owcy, którzy – jak się dowiedziałem później – już w czasie wojny założyli Polski Instytut Zachodni.

Mając lat niecałe dziesięć lat, wiedziałem co to był ZET, jaką rolę odgrywał; byłem wprowadzony w to bardzo dokładnie. To oczywiście oznaczało lekcję konspiracji. Wiadomo mi było, że przy mojej otwartości i gadulstwie mam pewnych rzeczy po prostu nie mówić. To była żelazna zasada, którą wpojono mojemu bratu i mnie na całe życie. To nam nigdy nie przeszkadzało i wszystkie nasze późniejsze konspiracje bardzo na tym korzystały. Co charakterystyczne, ja, który mam dobrą pamięć do cyfr, jednocześnie zupełnie nie pamiętam adresów. Oczywiście nikt mnie w tamtym czasie tego nie uczył, ale słyszałem w rozmowach dorosłych, że lepiej nie pamiętać adresów. To były dosyć istotne szczegóły edukacji okupacyjnej. Plus – zimna krew. Do dziś trudno mnie zdenerwować. Ludzkie trupy nosiłem później bez jakiegoś wahania.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021