Jeszcze tuż przed wojną przenieśliśmy się do domu spółdzielni mieszkaniowej pracowników MSZ–tu na Górnośląską 18 (z tego domu nic nie zostało). Co ojciec wtedy robił, nie wiem, ale był związany z tzw. dwójką (wywiadem). Przyjacielem rodziny był „wuj” Julian Deimert, były szef dwójki na Niemcy północne, który się nami opiekował po wojnie – wuja Deimerta nigdy po wojnie bezpieka nie rozszyfrowała, bywaliśmy u niego w Oliwie, gdzie prowadził młyn. Mogliśmy domyślać się, że była to niesłychanie rozbudowana i wspaniale fachowa siatka. W okresie międzywojennym był to podobno najlepszy wywiad świata, podobnie jak wywiad AK w czasie wojny, który wspierał swoimi wiadomościami wywiad brytyjski.

W 1939 roku ojciec wyszedł z Warszawy z tzw. Armią Umiastowskiego. Miał wówczas 49 lat, ja niecałe pięć. Ostatnie wakacje spędzaliśmy w Gdyni na Kamiennej Górze. Wspominam widok stamtąd i to, że ojciec pokazywał nam pływające polskie statki. To wszystko. Ojciec oczywiście był z nas niesłychanie zadowolony. Potem w Wilnie, do którego dotarł, podobno mówił o nas „moi synowie”, po czym się okazywało, że ci synowie mają jeden 6, a drugi 4 lata. Dowiedziałem się od Miedzy–Tomaszewskiego, że ojciec prowadził tam gazetę podziemną ZWZ–u i zwalczał w niej m.in. wszelkie przejawy antysemityzmu, a było tam sporo ONR–owców. Zachorował na zapalenie wsierdzia i zmarł 25 listopada 1941. Do Warszawy doszła wcześniej wiadomość, że ojciec jest chory, mama, żeby do niego dotrzeć, zostawiła nas obu na dosyć dziwnych wakacjach na wsi pod Sandomierzem, dokąd płynęliśmy statkiem z Warszawy. Ponoć na tym statku była radiostacja wywiadu brytyjskiego. Matka zostawiła nas i sama z Warszawy poszła piechotą przez „zieloną granicę” do Wilna. Niesłychany wyczyn, ale była to nieprawdopodobna kobieta. W jaki sposób się przedostała i w jaki wróciła, do końca życia nie powiedziała nam o tym słowa, a dożyła stu lat plus jeden miesiąc. Konspiracja była taka, że własne dzieci nie dowiadywały się tego, czego nie powinny były wiedzieć.
Moje wczesne dzieciństwo było o tyle ważne, że w gruncie rzeczy ustawiło, ukształtowało mnie życiowo, zwłaszcza okupacyjne lata dzieciństwa. Na początku wojny mieszkaliśmy na Górnośląskiej, ale Niemcy zrobili tam dzielnicę niemiecką i dwa domy – numer 18, pod którym mieszkaliśmy, i 20 – zostały wysiedlone do kwartału wydzielonego z getta na Muranowie. Pod 20–tym mieszkali państwo Kaczyńscy z synkiem, moim wieloletnim przyjacielem, kolegą z kompletów, Adasiem Kaczyńskim, o niezwykłych talentach muzycznych, który pierwszego swego mazurka skomponował, mając 6 lat. Jego matka, piękna ciocia Lila (Alicja), uczyła mnie muzyki, ale wiedziałem, że Adasiowi nie mogę dorównać, co mnie nauczyło raz na zawsze skromności. Ciocia Lila na Muranowskiej prowadziła lekcje rytmiki, pisała sztuki dla teatrzyku dziecięcego i reżyserowała jego przedstawienia w naszym mieszkaniu. Mieszkali tam ponadto państwo Połtorzyccy, niesłychanie ciekawa rodzina, pan Ali, wyznania muzułmańskiego, znakomity bankowiec, dał córkom tatarskie imiona Zaira i Jeanette (z Jeanette przyjaźnimy się do dzisiaj). Trafili razem z nami na Muranowską 6; przez środek ulicy – jak w filmie „Ulica graniczna” – był mur, z tym, że linia tramwajowa była po stronie aryjskiej, a po drugiej stronie getto.
Z naszych okien można było więc widzieć Plac Muranowski. Państwo Połtorzyccy przechowywali u siebie dziewczynkę, nazywaną „Gienia”, na szczęście nie miała semickiego wyglądu i kazano jej udawać głuchoniemą. To, że nie rozwalili wszystkich, to jakiś cud, bo naprzeciw naszego mieszkania na IV piętrze odkryli skład broni.
Nasze mieszkanie było ogromne, znacznie większe niż to, które mieliśmy na Górnośląskiej. Było tak duże, że 80 metrowy pokój frontowy był naszym pokojem przeznaczonym do zabaw. Ciocia Lila inscenizowała spektakle swoich Krasnych Babek. Obok mieliśmy z bratem swoją sypialnię. Był jeszcze salon, pokoje mamy i pokoje naszych ciotek Bratkowskich, sióstr ojca. Starsza z nich – ciocia Maniusia, która przed wojną założyła pierwszą żeńską szkołę rękodzielniczą w Polsce, tę na Kazimierzowskiej – prowadziła w czasie okupacji jedenaście szkół podziemnych. Obie ciotki całkowicie poświęciły swoje życie nauczycielstwu i nawet wyrzekły się małżeństwa dla tego powołania. Stykaliśmy się oczywiście z przyjaciółmi ciotek. W naszym mieszkaniu spotykała się też grupa, pracująca nad przyszłym nazewnictwem Ziem Zachodnich. Pamiętam dobrze salon, w którym to było. Należeli do niej ZET–owcy, którzy – jak się dowiedziałem później – już w czasie wojny założyli Polski Instytut Zachodni.
Mając lat niecałe dziesięć lat, wiedziałem co to był ZET, jaką rolę odgrywał; byłem wprowadzony w to bardzo dokładnie. To oczywiście oznaczało lekcję konspiracji. Wiadomo mi było, że przy mojej otwartości i gadulstwie mam pewnych rzeczy po prostu nie mówić. To była żelazna zasada, którą wpojono mojemu bratu i mnie na całe życie. To nam nigdy nie przeszkadzało i wszystkie nasze późniejsze konspiracje bardzo na tym korzystały. Co charakterystyczne, ja, który mam dobrą pamięć do cyfr, jednocześnie zupełnie nie pamiętam adresów. Oczywiście nikt mnie w tamtym czasie tego nie uczył, ale słyszałem w rozmowach dorosłych, że lepiej nie pamiętać adresów. To były dosyć istotne szczegóły edukacji okupacyjnej. Plus – zimna krew. Do dziś trudno mnie zdenerwować. Ludzkie trupy nosiłem później bez jakiegoś wahania.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.