I jeszcze jeden taki bardzo charakterystyczny szczegół. Po drugiej stronie muru w czasie Powstania było już całkowicie wyburzone getto. Myśmy wtedy przechodzili przez dziurę w murze i jak były spokojniejsze dni, to się tam bawiliśmy. Raz nadleciały sztukasy i jeden z nich, może nas i zobaczył, w każdym razie spikował, ostrzelał te kupy gruzu i poleciał dalej. Myśmy, widząc, że on pikuje, dali nura do muru, ale to mogło nas kosztować nawet życie.

Tam też zdarzył mi się szczególnie drastyczny przypadek. Widziałem jak sanitariuszka chciała obandażować głowę trupa powstańca z rozwaloną czaszką, żeby go pogrzebać, ale nie mogła, bo ten mózg się wylewał. I ja pobiegłem do naszej kuchni powstańczej w rogu podwórza i przyniosłem jej taką potężną, drewnianą łychę do nakładania jedzenia. To nie była elegancka łyżka, tylko taka z bardzo szerokim trzonkiem. I pamiętam ją wtedy ładującą ten mózg do czaszki.
To o tyle było istotne, że potem, kiedy miałem lat 17 i po pierwszym roku studiów na Wydziale Prawa UJ praktykowałem w prokuraturze w Chrzanowie, zimna krew mi się przydała. Pewnego dnia lata 1952 zostałem skierowany do Krzeszowic, by nadzorować sekcję zwłok młodej kobiety, która poderżnęła brzytwą gardła swoim dwóm małym synkom, a potem sobie tętnicę. Mieszkała dosłownie na tyłach parku Pałacu Potockich, gdzie mieścił się nasz Dom Młodzieży i gdzie się chowałem. Jak otworzyliśmy drzwi domku, w którym to się stało, podłogę pokrywała centymetrowa, dwucentymetrowa warstwa krwi.
Dwaj lekarze omal nie zwymiotowali i tylko ja z szoferem mogliśmy nosić te trupki im na stół. Co gorsza, pojechałem tam bez śniadania i byłem po prostu głodny. A tam był ogród jabłoni, więc zerwałem jabłko i zacząłem jeść. I jeden z tych lekarzy, doktór Nąckiewicz, który znał mnie z Zakładu, a nota bene leczył te dzieci i łzy dosłownie płynęły mu z oczu – zobaczył mnie i z sarkazmem – wiedział, że jestem z Warszawy – mówi do kolegi: No tak, te dzieci z Pałacu zabijały ludzi, zanim ich robiły. Ja powiedziałem: Panie doktorze, ja po prostu jestem głodny. – Ale jak można jeść w takiej chwili? A ja na to: Krew jest dla mnie czymś normalnym. Nie tyle jej widziałem. To była okupacyjna odporność na śmierć i krew.
Z powstania wyszliśmy wszyscy razem – brat z kotkiem na ręku, którego mu w Pruszkowie ukradli i zjedli. Za nami z całej dzielnicy został nietknięty fronton naszej kamienicy, z naszym mieszkaniem na IV piętrze.
Niemcy palili to, co tak przetrwało, miotaczami ognia. Szliśmy przez całe miasto, mijając po obu stronach płonące domy na Woli, podpalone przez Niemców, i trupy. I tam, po drodze, jedyny raz puściły mi się z oczu łzy. To było na myśl, że 3 tys. tych starodruków, zebranych przez ojca, zostanie zniszczone i spalone. Mama, która zapytała, dlaczego płaczę, powiedziała wtedy: Popatrz, tu chłopczyk ma rozdarty policzek. A ta pani kuleje, ma przestrzeloną nogę. My wychodzimy cali! Wychodzimy z tym, co mamy w głowach. To wystarczy. I ponieważ myśmy nie płakali nigdy, to naturalnie tak też wyszliśmy z Warszawy.
To było 21 sierpnia. Po drodze nocowaliśmy w jakimś kościele na Woli, potem wywieźli nas do Pruszkowa. Byliśmy podobno pierwszym transportem, który już nie pojechał do Oświęcimia, bo tak Oświęcim był zatłoczony. Powieźli nas potem do Skierniewic, gdzie na polu stały rozbite namioty tworząc obóz. Tam spędziliśmy trzy tygodnie, a ja dostałem wrzodów na łydkach z awitaminozy. Lewa łydka była już tak owrzodzona, że trzeba było operować. Oczywiście nie było żadnych środków znieczulających, więc krojono i szyto mnie na żywca.
Córka skierniewickich przyjaciół mamy, Nutka Sawicka (była łączniczka z powstania warszawskiego), która była sanitariuszką, opowiedziała mi potem, jak ci lekarze podczas zabiegu zerkali na mnie i mówili: A on ani stęknie! Ja podobno dumnie powiedziałem: Bo ja jestem z powstania. Nie pamiętałem tej swojej odzywki. Oczywiście bolało, nawet bardzo, ale co z tego?
2 września 1944 były moje imieniny i mama mnie zapytała: Stefusiu, sam widzisz, jak jest. Co ja ci mogę dać? Ja na to: Osełkę masła. I państwo Sawiccy, mieszkańcy Skierniewic, postarali się o tę osełkę masła dla mnie. Zapytałem, czy mogę ją całą zjeść, i zjadłem – łyżeczka po łyżeczce. Prawdziwe masło. Cudownie to smakowało.
Potem rozebrali nas z tego obozu okoliczni chłopi spod Skierniewic i Łowicza. My trafiliśmy do Lnisna, do rodziny Meszków, którzy umieścili nas na ganku swojej dwuczęściowej chaty dwóch rodzin Meszków, „królów” i „cysorzy”. Jak przyszła zima, to nam woda w wiadrze zamarzała. My spaliśmy pod pierzyną, więc było ciepło, ale spod tej pierzyny wyskakiwało się od razu na mróz. I to nas chyba też zahartowało.
W grudniu 1944 roku mama zawiozła nas na kilka dni do Krakowa, żebyśmy zobaczyli to miasto, zanim je Niemcy zniszczą. Po inwazji 15 stycznia 1945 patrzyliśmy na uciekających przez naszą wieś Niemców. To były kilkunastoletnie szczeniaki i zmęczeni, sterani starsi ludzie. Armia niemiecka była już wtedy demograficznie w bardzo kiepskim stanie, nasza Ulisia Meszkowa, „królowa”, wyniosła im garnek gorącego mleka. I to mimo, że może z tydzień temu, może więcej, Niemcy rozstrzelali kilkunastu chłopów w sąsiedniej wsi Byczki. Swoją drogą – ach, to mleko i śmietana u Meszków! Pamiętam je do dzisiejszego dnia, podobnie jak masło osełkowe produkcji pani Ulisi.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.