Powstała wtedy bardzo charakterystyczna sytuacja. Całe „Po prostu” już wiedziało, że trzeba być na „tak”, nie w stosunku do Gomułki, tylko w stosunku do rzeczywistości. Coś proponować. Pewności dodawało nam to, że jednak wygraliśmy tę naszą rewolucję, więc teraz trzeba budować coś nowego, tworzyć nową rzeczywistość, na ile się tylko da. Ale jak się okazało, nikt z nas nie wiedział, jak to robić. Ciągłość cywilizacyjna została całkowicie przerwana. Nasze pokolenie nie znało doświadczenia okresu międzywojennego.

Paradoksem zaistniałej sytuacji było to, że nasi czytelnicy oczekiwali od „Po prostu” dalszych ataków i dalszej krytyki. Natomiast Gomułka widział w nas tylko ataki i krytykę. A myśmy, jak wspomniałem, bardzo chcieli już wtedy budować. Niestety ani czytelnicy tego nie zauważali, ani oczywiście aparat, który nienawidził „Po prostu”. Cały zespół miał zdecydowane nastroje konstruktywistyczne. To bardzo wpłynęło też na moją osobistą postawę.
Innymi słowy, cały mój późniejszy duch konstruktywizmu był nie tylko dziedzictwem, jeżeli tak można powiedzieć, domowym, ale czerpał także bardzo wiele z tradycji „Po prostu”. Uczyliśmy się wówczas świata, bo przecież kontakt z nim został otwarty. Okazało się, że jednak ta gospodarka rynkowa nie tylko działa, ale działa nieporównywalnie lepiej od tego, co się działo w socjalizmie. Pracowaliśmy bardzo ciężko. Stanowiliśmy dość małą grupę, która orała na okrągło nie tylko w redakcji. Bardzo intensywnie spotykaliśmy się także z czytelnikami.
Wiedzieliśmy, że trzeba dać pełną swobodę drobnemu handlowi, drobnej przedsiębiorczości, drobnej wytwórczości i rolnictwu indywidualnemu, i że to musi funkcjonować. Studiowaliśmy przecież NEP, więc wiedzieliśmy jak towarzysz Lenin to zmarnował. Jednak dopiero lata 1956–57 otworzyły nam oczy na gospodarkę rynkową. Nie poprzez nauki od starszych. Musieliśmy to odkrywać sami poprzez kontakt ze światem zachodnim, który w tamtym czasie robił niesłychane kroki naprzód nie tylko w technice, ale w cywilizacji w ogóle. Odbudował się, a za trzy lata miał zaplanować lot na księżyc! A u nas trzeba było zakładać Towarzystwo Rozwoju Ziem Zachodnich, aby te rabowane tereny uczynić w ogóle przedmiotem zainteresowania publicznego. Zakładali je starzy zetowcy, a jednym z głównych motorów rozwoju był Juliusz Kolipiński. Asystowałem im i wspomagałem jak mogłem.
Wspomniany eksperyment nowosądecki stał się inspiracją dla wielu różnych środowisk. Miałem przyjaciół, na przykład, w Jeleniej Górze, gdzie Andrzej Lesiewski z kolegami założył „Gazetę Jeleniogórską”. Taka gazeta istniała tam oczywiście już po 1945 roku, ale potem została zniszczona. Ta gazeta była wzorem gazety lokalnej. Istniała też dzięki patronatowi kogoś, kto stamtąd był wybierany do sejmu. Niemniej była to bardzo dobra gazeta i rzeczywiście rozwijała tamten rejon wspaniale. Oni stworzyli też TeKRiCh, Towarzystwo Klubów Robotniczych i Chłopskich, utrzymywanych z pieniędzy przeznaczonych w budżecie każdej z fabryk na kulturę. Dzięki porozumieniu z dyrektorami tych zakładów potrafili skupić te pieniądze, by finansować np. działalność klubów dyskusyjnych i lokalną aktywność kulturalną. Właśnie ten TeKRiCh był zalążkiem samorządu w Jeleniej Górze. Takich ruchów rodziło się potem w kraju sporo i ta ideologia jakoś funkcjonowała.
Co ciekawe, od tamtego czasu, czyli od roku 1957, zaczęła się na Ziemiach Zachodnich aura rozwoju i przedsiębiorczości. Do dziś jest to najżywiej rozwijający się region.
Jak to się stało? Niewyjaśnioną tajemnicą były już procesy osadnicze po 1945 roku. Na Ziemiach Zachodnich osiedlali się albo tzw. repatrianci ze Wschodu, czyli ludzie wywodzący się z najbardziej zapyziałych części Polski, albo tacy, którzy chcieli uciec spod kontroli bezpieki w Polsce centralnej. Zmieniało się wówczas nazwisko i zaczynało od nowa, jako ktoś zupełnie inny. Tak trafił do Jeleniej Góry Andrzej Lesiewski, były partyzant. Tacy jak on należeli do najbardziej przedsiębiorczych, więc myślę, że stąd wziął się potem ten fantastyczny rozwój przedsiębiorczości i działalności społecznej na tym terenie. Duch pionierski dominował wręcz w atmosferze. Obserwowałem tę sytuację z bliska, bo miałem tam mnóstwo przyjaciół.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.