Czasem konsekwencje bywały zabawne. Tadzio Łebkowski rozszyfrował po tekście, jaki numer przypisano jego ankiecie, i miał żywe pretensje: Okropnie jest mnie mało w tym raporcie! Musiałem mu wskazać, że cytatów z niektórych innych ankiet jest jeszcze mniej… Jednakże cechowała tamtą atmosferę – jakaś niezwykła zdolność współpracy i potrzeba wspólnego zabrania głosu.

Raport nie tylko opisał nadchodzące napięcia społeczne, ale nawet i perspektywę negocjacyjnego ich rozwiązania! Wydało Raport podziemne wydawnictwo NOWa (Niezależna Oficyna Wydawnicza) Mirka Chojeckiego; pierwsze egzemplarze trafiły do prezesa PAN, Tadeusza Kotarbińskiego, do prymasa Wyszyńskiego, do nuncjusza z adresem do papieża, do Jaroszewicza jako premiera i oczywiście do Gierka.
Ktoś tam podobno pieklił się, że jednak trzeba coś z nimi zrobić, ale przecież nie byliśmy oficjalną organizacją. Nie było żadnej listy członków, statutu, władz, ani przewodniczącego, więc praktycznie nie było czego się czepić. Nas, podpisanych pod raportem, można było oskarżyć o próbę obalenia ustroju, ale to akurat nikomu nie wpadło do głowy, zwłaszcza, że parę wypowiedzi z raportu pochodziło nawet ze środka samego KC. Napisał wypowiedź, dla przykładu, ówczesny zastępca kierownika wydziału nauki w KC, znakomity socjolog, profesor Włodzimierz Wesołowski (wtedy nastała taka moda, jak sądzę, dzięki Tejchmie, żeby wciągać do KC ludzi przyzwoitych, by najzwyczajniej w świecie mieć jakąś osłonę intelektualną). W każdym razie nie mieliśmy z tego powodu jakichś szczególnych kłopotów. Każdy raport nadawała na cały kraj Wolna Europa, zagraniczni wydawcy tłumaczyli raporty DiP na swoje języki i świat po raz pierwszy od „Zniewolonego umysłu” Miłosza dowiadywał się o naszym kraju czegoś szerzej, w języku szerokich, obiektywnych informacji.
W tym czasie Jerzy Sztwiertnia realizował serial „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Początek był zabawny: po rozpędzeniu zespołu „Życia i Nowoczesności” i mojej pracowni Janusz Gazda, szef działu scenariuszy w TVP, który czytał moją książeczkę „Skąd przychodzimy”, powiedział – tam jest kupa tematów, wybierz trochę, będę ci mógł zapłacić, niedużo, ale może coś z tego zrobimy…
Spodobała mu się „Najdłuższa wojna…” (to był tytuł felietonu), na scenarzystę doradziłem Jurka Zieleńskiego, ale jemu to nie leżało, Janusz dobrał więc Andrzeja Twerdochliba. Gotowe były już cztery odcinki, kiedy Janusz dał mi do przeczytania scenariusze Twerdochliba i okazało się, że to zupełnie nie to, co ja proponowałem – zaczynało się, owszem, od Dezyderego Chłapowskiego, ale kończyło Różą Luksemburg i Kasprzakiem.
Powiedziałem, że to kompletnie nie to, o co chodziło. Janusz na to powiedział – no, trudno, to musisz sam pisać. Napisałem, w dość szybkim trybie, bo już gotowe były pierwsze odcinki. Jurek Sztwiertnia podogrywał zmienione sceny w gotowych odcinkach, nie bez pewnej satysfakcji, bo widział, że to zupełnie coś innego niż w felietonach, które znał. Piąty odcinek poszedł całkiem nowy, choć pod nazwiskiem Twerdochliba, dalsze już pisałem, z dnia na dzień, scenariusze szły gońcami na plan do Sztwiertni, który znakomicie dawał sobie ze wszystkim radę, a dobierał świetnych aktorów, dla wielu z nich ten serial był początkiem karier, ale wszyscy byli przejęci tym przedsięwzięciem, bo to była nieznana historia Polski. I chodziło w niej o to, by pokazać, że nawet w beznadziejnych warunkach warto robić wszystko, co da się zrobić.
To miała być lekcja dla naszych współczesnych i cały zespół realizatorski to wiedział, włącznie z aktorami. Zaczęto wyświetlać serial przed końcem „karnawału Solidarności”, w listopadzie 1981, a sceny z wybijaniem drzwi i aresztowaniem Polaków podczas Wiosny Ludów przypadły na dni wprowadzania stanu wojennego – wtedy Stefan Olszowski zadzwonił do Sztwiertni, sugerując, żeby wystąpił o przerwanie emisji, dla ewentualnych poprawek i zmian. Sztwiertnia wysłuchał i odpowiedział – Panie sekretarzu, to świetnie, jeśli zdejmie pan ten serial, trudno o większą reklamę. I Olszowski zrezygnował, przez parę pierwszych tygodni stanu wojennego dawni Polacy pocieszali żywych, że nie trzeba się nigdy poddawać.
Po tym, jak wstąpiłem do Związku Literatów Polskich, namówiono mnie, żebym został członkiem organizacji partyjnej przy ZLP, bo nie byłem członkiem żadnej. Mało tego, z inicjatywy Mariana Grześczaka wybrano mnie – członkiem egzekutywy! Zyskałem w ten sposób wspaniałą trybunę. Nie tylko występowałem tam publicznie, ale jeszcze przepisywałem to wszystko na maszynie i rozdawałem.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.