Myśleliśmy o tym, żeby najzwyczajniej w świecie wykorzystać te wszystkie mózgi, jakie mieliśmy w swoim bliższym lub dalszym zasięgu, do merytorycznej oceny rzeczywistości i sytuacji w kraju. Tak zrodziła się idea Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. Rok trwały rozmowy, które prowadził też trzeci inicjator, Andrzej Wielowieyski. Pamiętam takie spotkanie organizacyjne Kolegium, na którym byliśmy wraz z Bogdanem. Wszyscy mieli na nim zadeklarować, ilu na których zajęciach mają samodzielnych pracowników naukowych prowadzących zajęcia lub chętnych do udziału w tym przedsięwzięciu. Zgłaszano, że dwóch, trzech, wtedy myśmy powiedzieli, że mamy 61 (czy też 63). W tym momencie wybuchł najpierw huraganowy śmiech niedowierzania, a potem entuzjazm, że – Jak to? Co to znaczy? My też chcemy! Co oczywiście jeszcze rozszerzyło ideę Kolegium. To byli ludzie ze środowiska uniwersyteckiego, najzwyczajniej w świecie chodziło o to, żeby można było prowadzić seminaria na tematy pozapaństwowe. Nie pamiętam już całego programu zajęć w Kolegium. W każdym razie nasze Konwersatorium było po prostu jednym z wielu.

Bez Bogdana i Andrzeja Wielowieyskiego, który szybko do nas dołączył, DiP nigdy by nie powstał. Szczególne zasługi położył jednak Bogdan – uosobienie spokoju, taktu i kultury. W wieku lat 16 był w czasie wojny wykonawcą egzekucji z wyroków sądów podziemnych, czego nikt by w nim nie podejrzewał. Bezpieka, rzecz jasna, także nie. W rzeczywistości to Bogdan Gotowski odegrał decydującą rolę w uformowaniu DiP dzięki swoim osobistym kontaktom, delikatności i umiejętności rozmowy. Negocjacje były w tym przypadku niezwykle trudne, bo mieliśmy skupić samych indywidualistów, ludzi nawykłych do samodzielnej pracy lub też obracających się tylko w towarzystwie swoich wyznawców. Innymi słowy, wspólna praca i działalność na rzecz zrobienia czegoś istotnego, nie wchodziła, zdaniem naszego otoczenia, w rachubę. To, że ci ludzie zdecydowali się jednak razem pracować i coś robić, było swoistym fenomenem społecznym. Sprzyjał temu oczywiście nacisk sytuacji. Komitet Obrony Robotników potraktował nas wprawdzie jak rywali, ale motywem integracji środowiska DiP było to, że trzeba robić coś, czego już KOR zrobić nie może, podbudować go wsparciem intelektualnym.
Pierwsze spotkanie odbyło się, jeśli dobrze pamiętam, w listopadzie 1978 w sali im. Lelewela w Instytucie Historii UW. Było na nim 101 czy 103 osoby, a wśród nich około siedemdziesięciu samodzielnych pracowników nauki, więc była to stawka wysokiej klasy. Do tego pisarze, czołowi publicyści. Zagaiły dyskusję referaty profesorów Jana Rosnera i Jana Malanowskiego o polityce społecznej. Przyszedł na nią nawet Mieczysław Rakowski, który w trakcie spotkania wyszedł, a potem zakazał dziennikarzom swojej „Polityki” uczestniczyć w działalności naszego Konwersatorium. Nie bardzo mu się to udało, bo i tak uczestniczyli. Pod koniec spotkania poprosiliśmy, żeby na sali zostały osoby, które mogłyby wziąć udział w czymś, co nazwaliśmy „zespołem usługowym” grupy – dla zadań organizacyjnych, związanych z funkcjonowaniem naszego Konwersatorium. Zostało nas dziesięciu. Poszliśmy do Fukiera i od razu wszyscy przeszli na „ty” – począwszy od wybitnego pisarza Witolda Zalewskiego, aż po młodego historyka, Andrzeja Zakrzewskiego. Ta dziesiątka podpisała się pod pierwszym raportem DiP jako redaktorzy. Z czasem nasz zespół rozbudował się do grona 21 osób. Między innymi doszedł do nas wielki umysł – Jan Strzelecki.
Te dwa pierwsze wykłady o polityce społecznej były absolutnie konstruktywnymi wypowiedziami, zgodnie z doktryną „Życia i Nowoczesności”, choć nie zostawiły suchej nitki na tym, co się ówcześnie działo.
I już po pierwszym spotkaniu Kolegium dostało zakaz organizowania spotkań naszego Konwersatorium. Chciano nas po prostu zlikwidować. Poszedłem więc w delegacji z Jankiem Malanowskim do Andrzeja Werblana, szefa Wydziału Nauki w KC, powiedzieliśmy mu, że i tak znajdziemy sposób na kontynuowanie naszych spotkań. Na co odpowiedział: To będą was ścigali. Nie groził, nie. Powiedziałbym, że w rozmowie był dość otwarty, ale rokował nam takie przykrości, jakich należało się spodziewać.
Już w grudniu 1978 wpadliśmy na pomysł pracy korespondencyjnej – ogłoszenia ankiety „O stanie Rzeczypospolitej i drogach wiodących do jej naprawy”, którą następnie zredagujemy jako raport. O wypowiedzi prosiliśmy wszystkich znajomych, tych z drugiej strony także.
Trudno mówić o ówczesnym Krzysztofie Teodorze Toeplitzu, że był wyznawcą władzy, co więcej – gdyby jego wypowiedź dostała się w ręce władz, zrobiłaby mu mnóstwo przykrości, był to chyba najbardziej pesymistyczny głos w tej ankiecie. Jak zapamiętałem, powiedział, że nie ma co liczyć na jakiekolwiek pozytywne zmiany, bo jest to ustrój immanentnie chory, w którym praktycznie nic nie da się zrobić.
Dostaliśmy 52 czy 53 odpowiedzi, które Kazik Dziewanowski ukrył potem tak porządnie, że do dzisiejszego dnia nie wiemy, gdzie są schowane!
Praca nad raportem przebiegała czasem w sposób dramatyczny, bo wszystko musiało być uzgodnione z całą dziesiątką. Konflikty były gwałtowne! Pamiętam parę momentów bardzo burzliwych, zwłaszcza wtedy, kiedy Kazik uważał, że ja staram się zanadto złagodzić język. Czasem szło o kilka słów czy zdań. Uważałem, że całość jest tak wybuchowa w treści, że nie trzeba już dokładać epitetów. W każdym razie Janek Górski, również członek tego zespołu, zapraszał nas do siebie i niwelował różnice. To ilustruje, w jaki sposób i z jaką powagą nad tym pracowaliśmy. Raport powstał w błyskawicznym tempie i był gotowy już na wiosnę, przed pierwszą pielgrzymką papieża do kraju. Wszyscy podpisaliśmy się pod nim jako redaktorzy raportu. Nie podawaliśmy w nim oczywiście nazwisk, a jedynie numery ankiet, z których pochodziły przytaczane cytaty.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.