Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

To są tylko przykłady, bo takich ludzi były dziesiątki i ja ich bodaj wszystkich znałem. Mało tego, moje poczucie wspólnoty – jeżeli tak można powiedzieć – wiązało mnie właśnie z nimi, a nie z kimkolwiek w Warszawie. Tu w ogóle nikt o tym nie wie, bo to miasto wydaje się sobie samemu centrum kraju. Tymczasem wtedy była to – moim zdaniem – najbardziej sparaliżowana część kraju, bezpośrednio kontrolowana przez władze centralne.

Poza stolicą było inaczej. Tam nawet sekretarze Komitetów Powiatowych bywali wręcz działaczami rozwoju. Nie tylko Adamuszek. Pamiętam sekretarza Komitetu Powiatowego w Kołobrzegu, Macha, którego, niestety, zareklamowałem, w związku z czym ściągnięto go do Warszawy i szybko zmarnowano. Pogubił się tu całkowicie, zrobił coś nie tak i odszedł ze swojej funkcji prawie w niesławie. A tam był istnym motorem zmian!

W 1957 roku namówiłem mojego przyjaciela z warszawskiego RZM–u, Zdzisława Sulmirskiego, na odtworzenie spółdzielni budownictwa mieszkaniowego. Zdzisław wówczas nie wiedział, jak to zrobić. Ja natomiast orientowałem się, że w Ministerstwie Energetyki są starsi panowie, którzy jeszcze sprzed wojny doskonale pamiętają, czym jest spółdzielnia mieszkaniowa i jak to się robi. Oni mu właśnie pomogli. Krok po kroku, przy niekończących się utrudnieniach, powstała po kilku latach pierwsza autentyczna spółdzielnia mieszkaniowa, Energetyka (dzisiejszy moloch o tej nazwie nie ma nic wspólnego z pierwotną Energetyką). Nie było to proste, bo przecież aparat partyjny nie lubił, rzecz jasna, jakichkolwiek inicjatyw, które wykraczały poza kontrolowaną sferę oficjalną, państwową, ale się udało.

Potem wszystko, cały ruch, oczywiście upaństwowiono i poddano biurokracji systemu, ale zaczęło się właśnie od tej inicjatywy Zdzisia. To on odrodził wtedy spółdzielczość mieszkaniową w Polsce. Zostałem wówczas członkiem tej spółdzielni i dzięki temu mam do dziś to samo 46–metrowe mieszkanie z widokiem na całą Warszawę, które wtedy dostałem już jako członek spółdzielni. Opowiadam o tym wszystkim dlatego, że Sulmirski również należał do tych ludzi, którzy chcieli i potrafili wówczas coś dla Polski zrobić, a mógłbym wymieniać ich dziesiątkami.

Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.

Dosłownie jakimś cudem wyszła w tym 1957 roku książka Alfreda Liebfelda, pt. Polscy inżynierowie. Trafiłem do „Dookoła świata”, tam zająłem się poszukiwaniem i opisywaniem ludzi, którzy zrobili wielkie rzeczy dla przedwojennej Polski, na przykład budowali Gdynię. Sięgnąłem po prostu po starych fachowców.

Ach, co to były za odkrycia! Dowiadywałem się, co polscy inżynierowie umieli dawniej. Zacząłem ich szukać, żeby usłyszeć od nich, jak za ich czasów różne rzeczy robiono. I tak stopniowo uświadamiałem sobie przepaść, jaka nas od nich dzieliła. My naprawdę niczego nie umieliśmy. Nawet wiedząc, że warto wprowadzić gospodarkę rynkową, nie mieliśmy zielonego pojęcia, jak to powinno funkcjonować. Nie wiedzieliśmy nic ani o bankach, ani o pieniądzu, ani co z czym się wiąże. Kiedy więc potem zająłem się popularyzacją nauki i techniki, to głównie dlatego, że byliśmy przekonani, iż zgodnie z teorią towarzysza Marksa, zmiany sił wytwórczych doprowadzą jednak do jakichś zasadniczych zmian. Dzięki temu mogliśmy pokazywać postępy nauki i techniki w skali światowej.

Prezentowaliśmy oczywiście też radzieckie „cuda techniki”, rakiety, samoloty i statki kosmiczne, ale w 80% panowały na łamach zdobycze zachodniej nauki i techniki. Kierownictwo „Dookoła świata” rozpędzono za ów ruch na rzecz samodzielnej konstrukcji przez młodych ludzi własnego mini–samochodziku, czterokołowego autoskutera o nadwoziu wstępnie sprężanym, który zaprojektował mój przyjaciel, inżynier „samochodziarz”, Zbigniew de Mezer. Dowiedział się o tym Gomułka, dostał furii i oczywiście naszego naczelnego razem z jego następcą przepędzili. Ja też musiałem odejść.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021