2. Dom dla sierot i półsierot
Potem zamieszkaliśmy w Krakowie. Do szkoły chodziłem na ulicę Brzozową, na Kazimierzu (ongi było to samodzielne miasto). Niedaleko była synagoga. Dochodziło tam rzekomo do antysemickich ekscesów, ale tego zupełnie nie pamiętam. Miałem 10 lat z hakiem, a mój brat 8 i oczywiście natychmiast zaprzyjaźniliśmy się z chłopakami z Kazimierza, więc niemożliwe, żebyśmy o tym nie wiedzieli. Natomiast to, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie to stare roczniki „Rycerza Niepokalanej”; znalazłem je w skrzyniach u cioci Grzywińskiej. Poraził mnie antysemityzm Maksymiliana Kolbego. W Warszawie mieszkaliśmy po drugiej stronie muru getta i widzieliśmy, co się tam działo. Teksty Kolbego były głupie i wstrętne. Dopiero później się dowiedziałem, że ojciec Kolbe swoją ofiarą śmierci – jeżeli można tak powiedzieć – odkupił te grzechy.

Po wojnie w czasie wakacji jeździliśmy do Oliwy, do wuja Juliana Deimerta. Przyjeżdżał tam jego przyjaciel, wielki pianista, Stanisław Szpinalski i opowiadał o swoich wrażeniach z Zachodu. Pamiętam, jak podczas jednej z kolacji przekazał siedzącym przy stole dosyć dramatyczne informacje, które zapadły mi mocno w pamięć i wpłynęły jakoś na mój sposób funkcjonowania w PRL.
To był chyba rok 1946. Po koncercie w Windsorze jeden z członków rodziny królewskiej poprosił Szpinalskiego na bok i powiedział: „Proszę przekazać pańskim przyjaciołom w kraju, że nie możemy wam w niczym pomóc. Możecie liczyć tylko na siebie”.
Te trudne lata, w jakich dorastaliśmy, skutkowały m.in. tym, że do matury przeszliśmy przez wiele szkół w różnych miastach Zliczyliśmy to kiedyś z bratem. On był młodszy, więc przeszedł przez dziesięć, ja przez osiem szkół. W końcu na przełomie 1947 i 1948 roku dostaliśmy się do Domu Młodzieży w Krzeszowicach.
Mieścił się on w tym właśnie Pałacu Potockich, który dopiero Frank wyposażył w elektryczność i wodociągi. Położenie było cudowne, bo pałac stał na wzgórzu! Co więcej, na zboczach rósł tam gęsto zadrzewiony park, sadzony przez XIX–wiecznych mistrzów ogrodnictwa, sprowadzonych zdaje się jeszcze przez Jana Potockiego. Pałac miał dwa tarasy, na jednym stał posąg gladiatora z brązu, do którego byliśmy bardzo przywiązani, z drugiego patrzyło się na ten park, na obraz nieprawdopodobny. Zwłaszcza jesienią objawiała się cała feeria najrozmaitszych kolorów – od fioletów, czerwieni i złota, przez zielenie i błękity najrozmaitszych odcieni, po biel… Można było wypatrzyć oczy na to bogactwo kolorów! Dzięki temu uczyliśmy się chyba wrażliwości na kolory, co chyba wszystkim wychowankom tego domu zostało.
Sam Dom Młodzieży był zakładem dla sierot i półsierot wojennych. Powstał w 1946 roku jako Państwowy Zakład Wychowawczo–Naukowy. Było nas tam 150 chłopców i 150 dziewcząt w bardzo różnym wieku. Najmłodszy z nas, Pimpuś, Henio Grzesiowski, miał lat 8, a najstarsi byli po partyzantce i zakład uchronił ich przed represjami. Mieli po 23–24 lata i Pimpuś mówił do nich po imieniu, bo wszyscy byliśmy braćmi.
Głównym twórcą Domu Młodzieży był Stanisław Jedlewski, późniejszy profesor pedagogiki na UW. To był urodzony pedagog, który w czasie okupacji przysiągł sobie, że zajmie się dziećmi osamotnionymi i pozbawionymi rodziców. I po wojnie – mając trójkę własnych – zajął się sierotami ze swoją żoną, Kamilą Jedlewską. Naszym bezpośrednim opiekunem był Władysław Śmiałek, w stopniu Harcerza Rzeczypospolitej, ogromny mężczyzna, normalnej wagi ok. 130 kilo, który wyszedł z Oświęcimia, ważąc 41 kilo. Traktowaliśmy go jak ojca, choć – co zabawne – byliśmy przekonani, że wychowujemy się sami. Stosunki między nami były całkowicie rodzinne. Najważniejszymi wartościami były: uczciwość, prawdomówność oraz umiejętność współżycia i współpracy z innymi. To była podstawowa lekcja, jaką tam odbieraliśmy.
Mieliśmy swój samorząd, który pilnował przestrzegania zasad. Byliśmy podzieleni na gromady, każda po 30 osób. Ja byłem – po roku w najmłodszej, Lenino – w gromadzie Grunwald. Naszych wychowawców Jedlewski dobierał tak, by każdy miał jakieś hobby, które by go pasjonowało. Prowadzili dla nas różne zajęcia. Opiekunem naszej gromady był dawny reprezentant Polski w rzucie dyskiem, pan Baczyński, pan Kasiuk dla nas był przede wszystkim opiekunem pracowni szewskiej. Byli tam też inni „rzemieślnicy” oraz piękna pani Ney od teatru lalkarskiego. Myśmy ich w ogóle nie kojarzyli z rolą wychowawców! I oni nigdy się też tak nie zachowywali. Wychowywali nas jakby „przy okazji”.
Jak to wyglądało w praktyce? Pamiętam, jak gromada Lenino, najmłodsza zresztą, wymyśliła, w jaki sposób sięgnąć po lukier przygotowany na jakieś świąteczne specjały, a przechowywany w pałacowej piwnicy. Naturalnie szybko ich rozszyfrowano, ponieważ ścieżka tego lukru wiodła do okien gromady Lenino. No i odbył się sąd nad całą gromadą. Starosta gromady, Rysiek Abramowicz, był strasznie skonfundowany i reszta też siedziała w okropnym stanie ducha. Wyrzucano im: Jak mogliście w ogóle coś takiego zrobić? Potem naturalnie im to wybaczono, bo i tego się tam uczyliśmy, ale jednak wszyscy mieli o jeden deser mniej przez ten ich wybryk. O pomysł zresztą podejrzewano mojego brata, jako najchytrzejszego z tej gromady, i mnie, bo zawsze traktowano nas jak jedno. To okazało się nieprawdą, ale sytuacja była rzeczywiście bardzo dramatyczna i wszyscy zapamiętali ten sąd odbywający się w pięknej auli, czyli dawnej sali balowej.
Ten nasz Zakład był światem wyizolowanym praktycznie z rzeczywistości. Właściwie był poza ówczesnym światem. Dla tych wszystkich sierot i półsierot to był po prostu dom. Pamiętam taką naszą „siostrę”, Grażynkę, nazwiska w tej chwili nie pamiętam, która nie miała obu stóp po odmrożeniu po Syberii; chłopcy nosili ją codziennie do szkoły. Zdarzyło się, że odnalazł się jej ojciec. Wszyscy płakali.
Takich przeżyć było bardzo dużo. „Domowość” tej atmosfery była czymś zupełnie wyjątkowym. Co warte podkreślenia, z tego domu wyszło kilka małżeństw, bardzo zresztą trwałych. Mało tego, myśmy chronili, jeśli tak można powiedzieć, te nasze siostry. Pamiętam, że kiedyś chłopak „z miasta” podrywał jedną z naszych sióstr, a potem ją rzucił, i sześciu naszych chłopaków poszło sobie z nim „pogadać”.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.