Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

Sam zamach stanu był wyjątkową operacją w sensie wojskowym. Władza nie została przejęta, mimo że aparat partyjny stracił wpływy i przestał się liczyć. W ciągu 2–3 dni partia się prawie rozpadła, został sam aparat. Za to sparaliżowano całkowicie kraj, co się żadnemu zamachowi stanu w historii nie udało. U nas się udało. Wiedzieliśmy, w jaki sposób wojsko jest do tego psychologicznie mobilizowane. Wiedziało, że przejmuje władzę z rąk aparatu partyjnego i robiło to z dużym przekonaniem. Były w związku z tym pewne szczegóły, w których miałem, że tak powiem, pewną zasługę. Dowiedzieliśmy się, że Stanisław Kociołek, pierwszy sekretarz komitetu warszawskiego, sprowadził z NRD 3 tys. broni krótkiej i rozdał aparatowi partyjnemu. Co to oznaczało, każdy z nas wiedział, bo na drzwiach tych aparatczyków pisano różnego rodzaju pogróżki, a tylko przecież bezpieka znała ich adresy. Napisałem wtedy swoje „Uwagi kolonelem”, dając do zrozumienia, że broń w rękach amatorów, nawet nie naładowana, czasem sama wypala. Potem mi powiedziano, że dzięki temu zarządzono rekwizycję całej broni, którą i aparat partyjny też musiał po 13 grudnia oddać do depozytu.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, jaka jest sytuacja i jakie są naciski sowieckie. Wiedziałem też doskonale, kto wykonywałby ten zamach stanu, gdyby to nie był Jaruzelski z Kiszczakiem. A byłby to oczywiście Mirosław Milewski, patron akcji „Żelazo” z 1973 roku. Ta sprawa wróciła później na tapetę na najwyższym poziomie partyjnym w 1984 roku po zamordowaniu Jurka Popiełuszki. A była to robota ludzi Milewskiego właśnie, członków tzw. Towarzystwa Przyjaciół Lipska. Wiedziałem o różnych rzeczach, które się u nas działy, od środka. To był kraj, w którym niczego nie dało się ukryć.

Oczywiście nawet dzisiaj nie podam nazwisk ludzi, od których miałem informacje. Część moich kolegów z Domu Młodzieży trafiła do tamtego resortu. W jaki sposób mnie czasami chronili, nie wiem, ale uważam, że miałem więcej szczęścia niż rozumu, bo bywałem jednak bardzo nieostrożny. Zwykle nie ukrywałem tego, co wiem.

W momencie wybuchu stanu wojennego byłem w szpitalu rehabilitacyjnym w Konstancinie. Zawsze mi tam dokładano do pokoju „wyjątkowego” pacjenta, który miał mnie oczywiście pilnować. W końcu się z nim zaprzyjaźniłem i poznałem wszystkie jego kłopoty osobiste z dwiema kobietami…. 13 grudnia o szóstej rano zbudziła mnie Roma, która przyjechała z naszą przyjaciółką, moją od lat dziecinnych pół–siostrą, lekarką pogotowia, Anielką Zmysłowską, i mówi: „Wstawaj! Stan wojenny! Zabieramy cię!” Błyskawicznie się ubrałem, a Włodek popędził na dół do telefonu. Wychodząc, powiedziałem do niego: „ Włodeczku, nie dodzwonisz się nigdzie, telefon też jest wyłączony”. On był przynajmniej na tyle lojalny, że nie zarejestrował numerów samochodów, bo sprawdziłem, czy za nami nie wyszedł. Dziewczyny wywiozły mnie tak chytrze, że wyglądało to na przewóz lekarski. Przyszli po mnie do szpitala dopiero następnego dnia.

Musiałem się ukrywać i pół roku spędziłem pod szafą. Najpierw trafiłem do przyjaciół Anielki na Wawrzyszew, do mrowiskowca, gdzie u góry był długi korytarz, łączący wszystkie klatki schodowe. Tam nikogo nie dało się znaleźć, nawet gdyby wiedzieli, że w tym budynku ktoś taki jest. Potem przeszedłem jeszcze przez parę mieszkań. Urban w swoich transmitowanych telewizyjnie konferencjach prasowych twierdził oczywiście, że wiedzą, gdzie jestem, ale sądząc po tych, którzy jeździli za moją Romą gdziekolwiek ruszyła się swoim samochodzikiem, którzy za nią stale chodzili, nie wiedzieli.

W pewnym momencie, kiedy wynikła sprawa rozwiązania SDP, wyszedłem spod szafy, odbyłem nawet konferencję prasową z zagranicznymi kolegami na schodach budynku SDP, a potem znowu zniknąłem. To nie było tak trudne, choć budynek na Foksal był obserwowany. Agenci, którzy nas pilnowali, chyba spoza Warszawy, nie wiedzieli, że z tyłu za pałacykiem SARP jest parę zejść ze skarpy, którymi można było bez kłopotu zniknąć. Przyszli po mnie do domu, ale mnie znowu nie było. Skończyło się kwestią, czy, jeśli się ujawnię, aresztują mnie, czy nie. Kiedy usłyszałem, że nie, wróciłem do domu.

Skupiliśmy się wtedy wokół osoby księdza Marka Kiliszka, prof. KUL–u, jednego z zapomnianych bohaterów tamtego czasu. Był proboszczem parafii Trójcy Świętej na Solcu i u niego odbywało mnóstwo różnych konwersatoriów, seminariów, wykładów, prac badawczych itp. Zrobiło się z tego intelektualne centrum stolicy i również kraju, jak sądzę. To wszystko szło siłą rozpędu. Tam rozpoczęła pracę, między innymi, późniejsza fundacja „Polska w Europie”, z myślą o tym, że kiedyś Polska będzie niepodległa i trzeba przygotowywać kadry dla przyszłej polityki zagranicznej. Na te sesje przychodził i Bronek Geremek, który zresztą był tam bardzo twórczym partnerem do rozmowy, i Tadeusz Mazowiecki. To były pouczające i ciekawe dyskusje. Moderował je twórca tego seminarium, Zygmunt Skórzyński, który do dziś prowadzi i fundację.

Cały czas widziałem też potrzebę przygotowania samorządów, miałem za sobą lata ich popularyzacji – poradnikami, małymi tomikami krótkich felietonów (Nie tak stromo pod tę górę, co Marcin Czerwiński, znakomity socjolog, skwitował w recenzji – oj, stromo, panie Stefanie, bardzo stromo). Szukałem kogoś, kto mógłby się tym profesjonalnie zająć, ale wtedy nikogo to nie obchodziło.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021