Sam zamach stanu był wyjątkową operacją w sensie wojskowym. Władza nie została przejęta, mimo że aparat partyjny stracił wpływy i przestał się liczyć. W ciągu 2–3 dni partia się prawie rozpadła, został sam aparat. Za to sparaliżowano całkowicie kraj, co się żadnemu zamachowi stanu w historii nie udało. U nas się udało. Wiedzieliśmy, w jaki sposób wojsko jest do tego psychologicznie mobilizowane. Wiedziało, że przejmuje władzę z rąk aparatu partyjnego i robiło to z dużym przekonaniem. Były w związku z tym pewne szczegóły, w których miałem, że tak powiem, pewną zasługę. Dowiedzieliśmy się, że Stanisław Kociołek, pierwszy sekretarz komitetu warszawskiego, sprowadził z NRD 3 tys. broni krótkiej i rozdał aparatowi partyjnemu. Co to oznaczało, każdy z nas wiedział, bo na drzwiach tych aparatczyków pisano różnego rodzaju pogróżki, a tylko przecież bezpieka znała ich adresy. Napisałem wtedy swoje „Uwagi kolonelem”, dając do zrozumienia, że broń w rękach amatorów, nawet nie naładowana, czasem sama wypala. Potem mi powiedziano, że dzięki temu zarządzono rekwizycję całej broni, którą i aparat partyjny też musiał po 13 grudnia oddać do depozytu.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, jaka jest sytuacja i jakie są naciski sowieckie. Wiedziałem też doskonale, kto wykonywałby ten zamach stanu, gdyby to nie był Jaruzelski z Kiszczakiem. A byłby to oczywiście Mirosław Milewski, patron akcji „Żelazo” z 1973 roku. Ta sprawa wróciła później na tapetę na najwyższym poziomie partyjnym w 1984 roku po zamordowaniu Jurka Popiełuszki. A była to robota ludzi Milewskiego właśnie, członków tzw. Towarzystwa Przyjaciół Lipska. Wiedziałem o różnych rzeczach, które się u nas działy, od środka. To był kraj, w którym niczego nie dało się ukryć.
Oczywiście nawet dzisiaj nie podam nazwisk ludzi, od których miałem informacje. Część moich kolegów z Domu Młodzieży trafiła do tamtego resortu. W jaki sposób mnie czasami chronili, nie wiem, ale uważam, że miałem więcej szczęścia niż rozumu, bo bywałem jednak bardzo nieostrożny. Zwykle nie ukrywałem tego, co wiem.
W momencie wybuchu stanu wojennego byłem w szpitalu rehabilitacyjnym w Konstancinie. Zawsze mi tam dokładano do pokoju „wyjątkowego” pacjenta, który miał mnie oczywiście pilnować. W końcu się z nim zaprzyjaźniłem i poznałem wszystkie jego kłopoty osobiste z dwiema kobietami…. 13 grudnia o szóstej rano zbudziła mnie Roma, która przyjechała z naszą przyjaciółką, moją od lat dziecinnych pół–siostrą, lekarką pogotowia, Anielką Zmysłowską, i mówi: „Wstawaj! Stan wojenny! Zabieramy cię!” Błyskawicznie się ubrałem, a Włodek popędził na dół do telefonu. Wychodząc, powiedziałem do niego: „ Włodeczku, nie dodzwonisz się nigdzie, telefon też jest wyłączony”. On był przynajmniej na tyle lojalny, że nie zarejestrował numerów samochodów, bo sprawdziłem, czy za nami nie wyszedł. Dziewczyny wywiozły mnie tak chytrze, że wyglądało to na przewóz lekarski. Przyszli po mnie do szpitala dopiero następnego dnia.
Musiałem się ukrywać i pół roku spędziłem pod szafą. Najpierw trafiłem do przyjaciół Anielki na Wawrzyszew, do mrowiskowca, gdzie u góry był długi korytarz, łączący wszystkie klatki schodowe. Tam nikogo nie dało się znaleźć, nawet gdyby wiedzieli, że w tym budynku ktoś taki jest. Potem przeszedłem jeszcze przez parę mieszkań. Urban w swoich transmitowanych telewizyjnie konferencjach prasowych twierdził oczywiście, że wiedzą, gdzie jestem, ale sądząc po tych, którzy jeździli za moją Romą gdziekolwiek ruszyła się swoim samochodzikiem, którzy za nią stale chodzili, nie wiedzieli.
W pewnym momencie, kiedy wynikła sprawa rozwiązania SDP, wyszedłem spod szafy, odbyłem nawet konferencję prasową z zagranicznymi kolegami na schodach budynku SDP, a potem znowu zniknąłem. To nie było tak trudne, choć budynek na Foksal był obserwowany. Agenci, którzy nas pilnowali, chyba spoza Warszawy, nie wiedzieli, że z tyłu za pałacykiem SARP jest parę zejść ze skarpy, którymi można było bez kłopotu zniknąć. Przyszli po mnie do domu, ale mnie znowu nie było. Skończyło się kwestią, czy, jeśli się ujawnię, aresztują mnie, czy nie. Kiedy usłyszałem, że nie, wróciłem do domu.
Skupiliśmy się wtedy wokół osoby księdza Marka Kiliszka, prof. KUL–u, jednego z zapomnianych bohaterów tamtego czasu. Był proboszczem parafii Trójcy Świętej na Solcu i u niego odbywało mnóstwo różnych konwersatoriów, seminariów, wykładów, prac badawczych itp. Zrobiło się z tego intelektualne centrum stolicy i również kraju, jak sądzę. To wszystko szło siłą rozpędu. Tam rozpoczęła pracę, między innymi, późniejsza fundacja „Polska w Europie”, z myślą o tym, że kiedyś Polska będzie niepodległa i trzeba przygotowywać kadry dla przyszłej polityki zagranicznej. Na te sesje przychodził i Bronek Geremek, który zresztą był tam bardzo twórczym partnerem do rozmowy, i Tadeusz Mazowiecki. To były pouczające i ciekawe dyskusje. Moderował je twórca tego seminarium, Zygmunt Skórzyński, który do dziś prowadzi i fundację.
Cały czas widziałem też potrzebę przygotowania samorządów, miałem za sobą lata ich popularyzacji – poradnikami, małymi tomikami krótkich felietonów (Nie tak stromo pod tę górę, co Marcin Czerwiński, znakomity socjolog, skwitował w recenzji – oj, stromo, panie Stefanie, bardzo stromo). Szukałem kogoś, kto mógłby się tym profesjonalnie zająć, ale wtedy nikogo to nie obchodziło.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.