A należy pamiętać, że wtedy podjęcie partyzantki miejskiej było poważnie rozważanym wariantem zachowania wśród młodzieży. Pamiętam, jak Teoś Klincewicz, szef grup oporu „Solidarni”, zabrał mnie do takiej grupy, którą przekonywałem, że to nie ma sensu. Usłyszałem od nich: No tak, panie Stefanie, bo pan jest narażony. Najpierw będą zabijali takich, jak pan. Rozumiemy to. Więc potem zabraliśmy do nich Jurka Popiełuszkę, który ich przekonał mówiąc, że jedynym rozwiązaniem jest rozwiązanie chrześcijańskie, a nie podział społeczeństwa na wieczność. I to jakoś trafiło do wyobraźni tych chłopców. Nie wiem, czy dziś przyznają się do tych swoich planów.
Jedno jest pewne. Warianty rozwoju sytuacji były różne. Na szczęście zdrowy rozsądek wygrywał.

To były oczywiście absolutne marginesy, niemniej w przypadku podjęcia partyzantki miejskiej takie marginesy odgrywają decydującą rolę. Do tego nie trzeba tłumu zwolenników. Wystarczy zorganizowana grupa kilku lub kilkunastu ludzi i można zamienić całe miasto w wybuchający tort. Wiedzieliśmy, czego się można obawiać. A nawet, jak to zrobić.
W 1983 roku pewien młody człowiek – szef „Hybryd”, zaprosił mnie do tego klubu na rozmowę z przedstawicielami aparatu partyjnego. Spotkanie nie doszło jednak do skutku, zakazano pomysłodawcy jego zorganizowania. Wtedy postanowiłem nagrać swoją wypowiedź, adresowaną do tegoż aparatu partyjnego, na magnetofonie kasetowym.
Tak wynalazłem coś, co potem okazało się nie moim wynalazkiem, bo wcześniej wpadł na ten sam pomysł nie kto inny, jak Chomeini. Uznałem, że to bardzo dobry sposób na przekazywanie tego, co ma się do powiedzenia, społeczeństwu i na komunikowanie się z nim. Magnetofon kasetowy – w przeciwieństwie do telewizora – okazał się wynalazkiem antypaństwowym, ponieważ pozwalał powielać w nieskończoność to, co się nagra. Uruchomiłem wtedy taką samo powielającą się gazetę dźwiękową, którą zresztą tak nazwałem – „Gazeta dźwiękowa”. Robiłem ją aż do 1988 roku.
Teksty nagrywałem albo w domu mojego brata, albo u Jacka Fedorowicza, nigdy u siebie. Następnie oddawałem to Leszkowi Jęczmykowi i jego dziewczynie, którzy byli kurierami i przekazywali nagrania dalej, do człowieka, który oprawiał wszystko muzycznie i montował. Poznałem go dopiero po wszystkim, w 1989 roku. Wtedy nie wiedziałem o nim nic.
Konspiracja była więc bardzo solidna. Robił to dr Piotr Szwemin, fachowiec bardzo wysublimowanej specjalności fizyczno–technicznej, z Politechniki Warszawskiej. Świetny facet, niesłychanie akuratny i dokładny, a przy tym – inteligentny muzycznie: dobierał do moich tekstów opozycyjne piosenki lub inną muzykę, przekazywał do ewentualnej korekty, a nigdy go nie poprawiłem. Na Politechnice miał swoją „fabrykę”, z której wychodziło w kraj 200 egzemplarzy „Gazety”. Zorganizowaną siecią pośredników i odbiorców szły one dalej, do innych do „fabryk” w różnych województwach, gdzie znowu były powielane. Przegrań była niezliczona ilość, nawet do 100 tysięcy. Wydostawało się to też na Zachód i emitowała „Gazetę” Wolna Europa. Jakość emisji bywała różna, bo na przykład przegrywanie na innej szybkości obrotów zmieniało wysokość głosu mówiącego. I pamiętam, jak raz usłyszałem siebie w Wolnej Europie mówiącego dyszkantem. „Gazeta” prowokowała agresję Urbana – dzięki niej chyba zająłem zaszczytne, niezasłużone, drugie miejsce za samym Wałęsą co do liczby ataków Urbana!
Najważniejszym celem „Gazety dźwiękowej” miało być utrwalenie w słuchaczach przekonania, że to my mamy rację i że władza w końcu będzie musiała z nami rozmawiać. Budowała „Gazeta” nie tylko wiarę w naszą siłę, ale dawała pewność, że kiedyś będzie inaczej, że obecny stan nie może trwać w nieskończoność. Dlatego mówiłem tam oczywiście również o tym, żeby się do tego przygotowywać, nie tracić czasu i nie marnować go na samo myślenie i mówienie o oporze, ale żeby tworzyć różnego rodzaju instytucje, prowadzić najrozmaitsze prace, które będą przygotowywały nas do wolności. Mówiłem o tym również do tysięcy ludzi w kościołach całej Polski, które rzeczywiście były wtedy oazami wolnego słowa i centrami autentycznej opozycji.
Jeździłem też po kraju z wykładami o nauce społecznej Kościoła. Byłem wiarygodny po tym, jak nasz papież, podczas drugiej pielgrzymki do kraju, wszedłszy do kościoła Św. Krzyża, wyłuskał mnie z tłumu i rozmawiał ze mną, nie oglądając się na nikogo, w drodze ku ołtarzowi (czytywał stale, jak powiedział, „Tygodnik Powszechny”, do którego wtedy pisałem, a znał mnie jeszcze z Krakowa z 1956 roku). Tłumaczyłem zarówno „Solidarności”, jak i duchowieństwu, że jest to najodpowiedniejsza ideologia dla tego ruchu. Nasz papież trochę jeszcze ją rozwinął, podobnie jak wcześniej Paweł VI i z tego zrodziła się naprawdę świetna ideologia samoorganizacji właśnie dla warstw niższych, a tym samym, rzecz jasna, dla „Solidarności”.
Zapraszano mnie wszędzie. Miałem dziesiątki wyjazdów, od Olsztyna, Gdańska i Szczecina, aż po Zakopane i Przemyśl. Trudno byłoby je wszystkie zliczyć (tu pomogłyby rejestry bezpieki). Zresztą, nie tylko ja jeździłem, ale mnie jakoś lepiej udawało się unikać nieprzyjemnych sytuacji i zatrzymań. Wielki aktor, Andrzej Szczepkowski, musiał przeskakiwać płoty, by umknąć (zrobił to mimo wieku z pełną sprawnością!).
Zaliczyłem już pewien trening w pierwszym okresie po wprowadzeniu stanu wojennego. Raz mieliśmy dotrzeć z Leszkiem Jęczmykiem do Konina, ale cały czas ktoś za nami był. Najpierw pojechaliśmy więc do Łodzi, tam poszliśmy do kina i wyszliśmy z niego innym wyjściem. Zgubiliśmy faceta, ale na wszelki wypadek nie pojechaliśmy wprost do Konina, tylko autobusem do Łasku i stamtąd dopiero do Konina. Innym razem, kiedy jechałem do Torunia i wyszedłem z przedziału do ubikacji, jakiś facet próbował mnie wypchnąć półotwartymi drzwiami wagonu z pociągu, ale zdążyłem wskoczyć do ubikacji i doczekałem do najbliższej stacji. Kiedy otworzyłem, już go nie było.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.