Stefan Bratkowski o sobie i swoich czasach152 min czytania

()

W 1960 roku przeżyłem bardzo ważne dla mnie doświadczenie, które zaważyło na tym, że do dziś nawet nie wiem, co to jest lęk. To się wzięło z przeżycia dosyć charakterystycznego, kiedy bez uprzedniej próby penicylinowej, dostałem po zastrzyku tzw. szoku popenicylinowego; pielęgniarka, moja znajoma, uratowała mnie, ale rozregulował mi ten szok system współczulny. To, co się potem przez trzy miesiące ze mną działo, to jedyny koszmar, jaki w życiu wspominam. Nachodziły mnie po parę razy dziennie, z zewnątrz, stany lękowe, z częstoskurczem rzędu 180 uderzeń na minutę i arytmią. Wychowany w przeświadczeniu, że nie wolno się bać, przeżywałem ogromne upokorzenie. Żadne leki nie dawały efektu. Wtedy moja uwielbiana przyjaciółka (żadnego romansu), Basia Czekałowa, zabrała mnie w podróż po sudeckich uzdrowiskach i tam zaprowadziła do naczelnego lekarza tych uzdrowisk, bardzo miłego starszego pana, przedwojennego kardiologa. Zbadał mnie i powiedział: „To jest tylko nerwica. Trzeba to opanować, bo jeśli pan sobie z tym nie poradzi, przejdzie w zmiany organiczne”. Ja na to: „No dobrze, ale co robić, jak przychodzi atak?

– „Zacisnąć pięści i mówić głośno do siebie: to jest tylko nerwica, od tego się nie umiera.”

7 miesięcy wychodziłem z tego, ale udało mi się to całkowicie zlikwidować. Dzięki opowieściom o tym wyciągnąłem też paru kolegów z podobnych ciężkich nerwic. A już rok później prowadziłem w najgorszym ponoć sztormie lat sześćdziesiątych na Bałtyku, 12 godzin jacht od Rugii aż pod Goeteborg, patrząc z radością jak ten jachcik – tzw. konik konstrukcji inż. Tumiłowicza – fruwał z fali na falę. To było cudowne przeżycie.

To była moja pierwsza podróż na Zachód. W Kopenhadze kolega z przystani, młody Duńczyk, zaprowadził mnie do swojego ojca, pana Pedersena, ministra oświaty, do małego domku ministerstwa z kilkunastoma chyba pracownikami. Pedersen opowiedział mi o nowym przedmiocie nauki szkolnej – przygotowaniu uczniów do odbioru mediów, do odróżniania pulpy, jak to określił, od tego, co warto sobie przyswoić. Ten projekt utkwił mi w pamięci i do dziś staram się go lansować u nas…

Przez całe lata sześćdziesiąte pętałem się po różnych gazetach, co rusz wyrzucany. Zawiązał się wtedy „stół” popularyzatorów nauki i techniki, siadujących w SPATIF–ie lub w lokalu Stowarzyszenia Dziennikarzy. Dołączyło do niego m.in. dwóch wielkich antropologów, którzy zdobyli później światową sławę – Tadeusz Bielicki i Andrzej Wierciński, wielki historyk Adam Kersten, oraz filuternie inteligentny reżyser teatru radia, Juliusz Owidzki. Rozmawialiśmy o wszystkim, m.in. o tym, że w końcu rozwój nauki i techniki rozsadzi ten ustrój. Pod wpływem tych spotkań napisałem z końcem lat sześćdziesiątych, przez parę lat, popularnonaukową książeczkę dla młodzieży pt. „Księga wróżb prawdziwych”, którą wydało Wydawnictwo Harcerskie. Przyniosła mi ona wiele satysfakcji, bo mnóstwo młodzieży, która potem zajęła się naukami technicznymi i ścisłymi, twierdziło, że na ich wybór zawodowy wpłynęła właśnie ta książka.

Przy tym stole było też dla nas oczywiste, że prędzej czy później wróci pieniądz. Nasza gospodarka nie była wtedy oparta na rozliczeniach w pieniądzu, a na rozliczeniach wobec planu. O tym, że to nie ma sensu, wiedzieliśmy już od 1957 roku. Wtedy też zabrałem się za gromadzenie materiału do historii pieniądza w rozwoju cywilizacji. Zajęło mi to 30 lat, po czym zgromadziło się tego tyle, że już nie miałem odwagi nawet na to spojrzeć. Dzięki pomysłowi Andrzeja Gorzyma, mojego młodszego kolegi, redaktora miesięcznika Wiedza i Życie, pisałem jednak siedem lat dla niego w odcinkach dzieje banków, bankierów i obrotu pieniężnego; tak powstała moja książka pt. Nieco inna historia cywilizacji.

Pod koniec lat sześćdziesiątych Hanna Bratkowska, najmądrzejsza kobieta w „Po Prostu”, została sekretarzem redakcji na kolejnym swoim zesłaniu w „Kulisach” i mnie do siebie ściągnęła. To był taki dodatek do „Ekspresu Wieczornego”, magazyn, ale nawet nie ilustrowany. Bawiliśmy się tam świetnie. Relacjonowaliśmy na przykład na bieżąco, jak Teliga opływa świat swoją „Opty” (też 11–metrowy „konik” Tumiłowicza). Łączyliśmy się z nim w kolejnych punktach świata, do których dopływał, i opisywaliśmy to. „Kulisy” przetrwały bezpiecznie rok 1968, kiedy partia rozprawiała się z resztką niezależnego dziennikarstwa.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Andrzej D 28.05.2021
  2. Walter Chełstowski 28.05.2021
    • Walter Chełstowski 28.05.2021
  3. z.szczypinski@chello.pl 02.06.2021
  4. slawek 03.06.2021
  5. Adam Medyna 09.06.2021
    • slawek 09.06.2021