W 1960 roku przeżyłem bardzo ważne dla mnie doświadczenie, które zaważyło na tym, że do dziś nawet nie wiem, co to jest lęk. To się wzięło z przeżycia dosyć charakterystycznego, kiedy bez uprzedniej próby penicylinowej, dostałem po zastrzyku tzw. szoku popenicylinowego; pielęgniarka, moja znajoma, uratowała mnie, ale rozregulował mi ten szok system współczulny. To, co się potem przez trzy miesiące ze mną działo, to jedyny koszmar, jaki w życiu wspominam. Nachodziły mnie po parę razy dziennie, z zewnątrz, stany lękowe, z częstoskurczem rzędu 180 uderzeń na minutę i arytmią. Wychowany w przeświadczeniu, że nie wolno się bać, przeżywałem ogromne upokorzenie. Żadne leki nie dawały efektu. Wtedy moja uwielbiana przyjaciółka (żadnego romansu), Basia Czekałowa, zabrała mnie w podróż po sudeckich uzdrowiskach i tam zaprowadziła do naczelnego lekarza tych uzdrowisk, bardzo miłego starszego pana, przedwojennego kardiologa. Zbadał mnie i powiedział: „To jest tylko nerwica. Trzeba to opanować, bo jeśli pan sobie z tym nie poradzi, przejdzie w zmiany organiczne”. Ja na to: „No dobrze, ale co robić, jak przychodzi atak?

– „Zacisnąć pięści i mówić głośno do siebie: to jest tylko nerwica, od tego się nie umiera.”
7 miesięcy wychodziłem z tego, ale udało mi się to całkowicie zlikwidować. Dzięki opowieściom o tym wyciągnąłem też paru kolegów z podobnych ciężkich nerwic. A już rok później prowadziłem w najgorszym ponoć sztormie lat sześćdziesiątych na Bałtyku, 12 godzin jacht od Rugii aż pod Goeteborg, patrząc z radością jak ten jachcik – tzw. konik konstrukcji inż. Tumiłowicza – fruwał z fali na falę. To było cudowne przeżycie.
To była moja pierwsza podróż na Zachód. W Kopenhadze kolega z przystani, młody Duńczyk, zaprowadził mnie do swojego ojca, pana Pedersena, ministra oświaty, do małego domku ministerstwa z kilkunastoma chyba pracownikami. Pedersen opowiedział mi o nowym przedmiocie nauki szkolnej – przygotowaniu uczniów do odbioru mediów, do odróżniania pulpy, jak to określił, od tego, co warto sobie przyswoić. Ten projekt utkwił mi w pamięci i do dziś staram się go lansować u nas…
Przez całe lata sześćdziesiąte pętałem się po różnych gazetach, co rusz wyrzucany. Zawiązał się wtedy „stół” popularyzatorów nauki i techniki, siadujących w SPATIF–ie lub w lokalu Stowarzyszenia Dziennikarzy. Dołączyło do niego m.in. dwóch wielkich antropologów, którzy zdobyli później światową sławę – Tadeusz Bielicki i Andrzej Wierciński, wielki historyk Adam Kersten, oraz filuternie inteligentny reżyser teatru radia, Juliusz Owidzki. Rozmawialiśmy o wszystkim, m.in. o tym, że w końcu rozwój nauki i techniki rozsadzi ten ustrój. Pod wpływem tych spotkań napisałem z końcem lat sześćdziesiątych, przez parę lat, popularnonaukową książeczkę dla młodzieży pt. „Księga wróżb prawdziwych”, którą wydało Wydawnictwo Harcerskie. Przyniosła mi ona wiele satysfakcji, bo mnóstwo młodzieży, która potem zajęła się naukami technicznymi i ścisłymi, twierdziło, że na ich wybór zawodowy wpłynęła właśnie ta książka.
Przy tym stole było też dla nas oczywiste, że prędzej czy później wróci pieniądz. Nasza gospodarka nie była wtedy oparta na rozliczeniach w pieniądzu, a na rozliczeniach wobec planu. O tym, że to nie ma sensu, wiedzieliśmy już od 1957 roku. Wtedy też zabrałem się za gromadzenie materiału do historii pieniądza w rozwoju cywilizacji. Zajęło mi to 30 lat, po czym zgromadziło się tego tyle, że już nie miałem odwagi nawet na to spojrzeć. Dzięki pomysłowi Andrzeja Gorzyma, mojego młodszego kolegi, redaktora miesięcznika Wiedza i Życie, pisałem jednak siedem lat dla niego w odcinkach dzieje banków, bankierów i obrotu pieniężnego; tak powstała moja książka pt. Nieco inna historia cywilizacji.
Pod koniec lat sześćdziesiątych Hanna Bratkowska, najmądrzejsza kobieta w „Po Prostu”, została sekretarzem redakcji na kolejnym swoim zesłaniu w „Kulisach” i mnie do siebie ściągnęła. To był taki dodatek do „Ekspresu Wieczornego”, magazyn, ale nawet nie ilustrowany. Bawiliśmy się tam świetnie. Relacjonowaliśmy na przykład na bieżąco, jak Teliga opływa świat swoją „Opty” (też 11–metrowy „konik” Tumiłowicza). Łączyliśmy się z nim w kolejnych punktach świata, do których dopływał, i opisywaliśmy to. „Kulisy” przetrwały bezpiecznie rok 1968, kiedy partia rozprawiała się z resztką niezależnego dziennikarstwa.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.