Pewnego dnia usłyszałem pukanie do drzwi. Za nimi stało dwóch oficerów. Myślałem, że po mnie przyszli. Otworzyłem, a oni zapytali, czy mogliby dostać kopię mojego przemówienia dla swojego dowódcy, gen Kufla, szefa kontrwywiadu wojskowego!
I tak to się rozchodziło.

W sumie było dosyć zabawnie. Dzięki legitymacji partyjnej mogłem pyskować i praktycznie bezkarnie mówić to, za co innych sadzano. Nie oszczędzałem języka.
W pewnym momencie jednak przedstawiciel KW na posiedzeniu egzekutywy wystąpił z wnioskiem, żeby mnie z niej „wyprowadzić” i usunąć z partii. Poparli go praktycznie wszyscy członkowie egzekutywy poza Putramentem.
To była anegdotyczna sytuacja. On był już wtedy bardzo wiekowy, miał lat prawie tyle, co ja dzisiaj, kiwał się na krześle i w pewnym momencie, bardzo wolno, takim ciężkim basem, powiedział: Ja o tej polityce kulturalnej staram się nie myśleć, ale co sobie pomyślę… – i tu łup pięścią w stół tak, że wszystko zadudniło i podskoczyło na stole – …co sobie pomyślę, to mnie szlag trafia! To był jedyny głos w mojej obronie. Pierwszym sekretarzem był Andrzej Wasilewski, mój wydawca, ówczesny dyrektor PIW–u. Czekał. Słuchał ataków pod moim adresem. Zabrałem więc głos, mówiąc, że nie mają pojęcia o tym, co się w kraju dzieje, ani o tym, jakie bzdury gospodarcze się wyprawia. A to był czas, kiedy Wrzaszczyk przejmował już wszystkie wpływy dewizowe od obywateli w banku i przeznaczał na spłatę zadłużenia. Wtedy odezwał się chyba Jesionowski i powiedział: Stwarzasz tu nierównoprawne warunki dyskusji. Ja na to: Przecież uprzedzałem, że was otoczę i zmuszę do poddania! Najzabawniejsza była puenta, bo Andrzej Wasilewski powiedział: „Ponieważ zdania są podzielone, proponuję na tym zakończyć posiedzenie”. W ten sposób dalej miałem pewną swobodę. Zabierałem głos praktycznie na każdym zebraniu.
Raz mi się jeszcze ta egzekutywa przydała. Jako jej członek zamówiłem się do owego wysokiego oficera MSW, który wsparł nasz raport o elektronice w Polsce. Chciałem prosić go o interwencję w sprawie uwięzionego Mirka Chojeckiego. On wtedy powiedział: „Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, do kogo przyszliście?”. Ja na to: „Do pułkownika Krzysztoporskiego”. A on: „Jestem już generałem, a poza tym jestem szefem całej bezpieki”. Na co ja: „To bardzo dobrze trafiłem, bo chcę powiedzieć, że całe środowisko literackie – nie tylko Bratkowski i nie tylko POP – bardzo źle reaguje na represje w stosunku do opozycji”.
Czy to zadziałało, nie wiem. W każdym razie Mirka wtedy wypuścili. Nie pamiętam, na jak długo.
Mówię o tym, bo dzięki członkostwu egzekutywy mogłem na przykład składać takie wizyty. Moja pozycja ułatwiała czasem zupełnie zaskakujące interwencje, choć ja sam pozostawałem nadal bezrobotny. Nie mogłem dostać nawet ryczałtu w piśmie na zagranicę, Polish Perspectives. Kiedy ktoś interweniował u Łukaszewicza, argumentując – „Przecież on w końcu zacznie przymierać głodem”, Łukaszewicz zareagował – „A niech zdechnie…”
Po pewnym czasie rozpisaliśmy w DiP–ie, w tym samym gronie, kolejną ankietę dotyczącą sposobów, jak wyjść z obecnej sytuacji. Tym razem odpowiedzi napłynęło dobrze ponad 100. Raport Jak z tego wyjść? ukazał się w 1980 roku. Naturalnie od razu zostaliśmy wrogami ludu, ale sytuacja w kraju była już bardzo napięta. Po kraju chodziły pomysły nowych podwyżek. Do tego doszły kłopoty z opozycją, nowe aresztowania, uwięzienia. Bunt narastał.
Zaczęło się w lipcu po podwyżkach w Lublinie. To wcale nie Gdańsk i nie Wybrzeże zaczęło, ale tam doszło do eksplozji. I powtórzyła się historia z Gomułki, kiedy mówił: Zawsze klasa panująca wykańcza Polskę! Najpierw szlachta, potem burżuazja, a teraz klasa robotnicza! Pytano go: „To uważasz, że klasa robotnicza panuje w tym kraju? „ Tak, bo przecież rządzimy w jej imieniu!”. I teraz znowu panująca klasa podniosła bunt przeciw własnej władzy, zakładając komitety, jak wskazywał Jacek, i przezornie nie wychodząc na ulice.
Już we wrześniu 1980 obudził się też bunt w środowisku dziennikarskim. Inicjatywa chyba wyszła z Białegostoku od Jacka Ratajczaka i z Krakowa od Jurka Surdykowskiego i Maćka Szumowskiego. To ich ideą było zwołanie nadzwyczajnego zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, półmartwej organizacji. Miało na nim dojść, między innymi, do wyboru nowego prezesa. Myślałem o tym, żeby został nim Kazik Dziewanowski, sam z nim o tym rozmawiałem, ale on się wykręcał. Już nie pamiętam, kto mnie sprowadził na obrady, gdzie się nie wybierałem, i jakoś tak się złożyło, że to ja zostałem wybrany prezesem stowarzyszenia. Przedstawiciel Biura Prasy, był nim otwartogłowy Józef Klasa, którego akurat znałem, stracił posadę za ten mój wybór, ponieważ do niego dopuścił. Nie miał jednak innego wyjścia. Sala była taka, jaka chciała być. Nie było już mowy o tym, żeby ktokolwiek i czymkolwiek mógł sterować. Był co prawda jakiś kontrkandydat z partyjnego poruczenia, już nawet nie pamiętam, kto, ale dostał jakąś minimalną porcję głosów. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wkrótce uniezależniło się od partii całkowicie, ku wściekłości nie tylko członków Biura Politycznego; uniezależniła się w praktyce niemal cała prasa, która się zbuntowała.
Tydzień czy dwa tygodnie po objęciu przeze mnie tej funkcji dostałem do swych rąk kopertę, zaadresowaną na moje nazwisko. Otworzyliśmy ją z Dariuszem Fikusem, którego już wtedy udało mi się przeprowadzić na stanowisko sekretarza generalnego stowarzyszenia (a wcale się do tego nie palił). Była tam jedna strona A4, na której znajdowało się 37 nazwisk, ułożonych alfabetycznie, ze zdaniem u góry: „Proszę przeczytać i dokładnie zniszczyć”. Bardzo szybko zorientowaliśmy się po pierwszym nazwisku na „A”, czego dotyczy ta lista. Mieliśmy rozszyfrowaną większą część konfidentów ze środowiska dziennikarskiego (kilkunastu nazwisk nie znaliśmy, zapewne ludzi spoza Warszawy). Skrupulatnie to podarliśmy i spaliliśmy nad popielniczką. Do dziś dnia nie ujawniłem żadnego nazwiska – nie mieliśmy zresztą żadnych dowodów. Nigdy nie udało mi się rozszyfrować, kto mi to przysłał.

Ciekawy fragment życiorysu. Stefan Bratkowski towarzyszył mi swoimi publikacjami, wypowiedziami w massmediach od lat 60:ych w kraju i w Szwecji (gdzie po paru latach dostałem azyl). Z chłopcami, urodzonymi w Szwecji, rozmawialiśmy o jego postawie, poglądach, wiedzy; bywało dostawali jego książki jako urodzinowe prezenty. To trochę o spadku po nim w naszej rodzinie.
Wyrazy współczucia dla Jego Rodziny, przyjaciół
Andrzej D
Przeczytałem całość z zafascynowaniem. Oczywiście, że jest mi łatwiej jako rocznik 1951, bo wiele rzeczy pamiętam czy też część osobiście choć ułomnie przeżyłem. Drobna wzmianka o moim Ojcu Stanisławie Chełstowskim ( przy okazji pisma „PoProstu”) też przywołuje (wtedy) dziecięce wspomnienia. Nie ważne czy z myśleniem Stefana zgadzam się czy nie. To całkowicie nie ważne. Ważne co On zrobił dla nas i dla Kraju. Był Wspaniałym Człowiekiem. Mądrym poza skalą. Przy Nim łatwiej rozumiem moje ułomności i jest to dla mnie lekcja pokory, w chwilach megalomanii. A lekcja pokory dla mnie najważniejsza. Dziękuję SO za opublikowanie „Stefan Bratkowski o sobie i o swoich czasach”.
P.S. I wzruszyłem się czytając. I tego się nie wstydzę.
Gdy czytam tekst Stefana to słyszę go i widzę. Żal, że to tylko wtedy. Ale cieszę się, że Studio opinii nosi imię Stefana Bratkowskiego. To zobowiązuje.
Od kilku dni codziennie czytywałem po kawałeczku te wspomnieniaPana Redaktora Stefana Bratkowskiego, które na Jego życzenie opracował Pan Jerzy Klechta. Wiedziałem jednak, że uzyskanie spójnego oglądu treści tych wspomnień wymaga jednorazowego przeczytania całości. Skorzystałem z okazji jakie przyniosło czwartkowe święto.
*
Opisywane wydarzenia pamiętam dobrze od marca 1968 roku, kiedy miałem niespełna 16 lat, aż do dzisiaj i oceniam je tak samo, lub bardzo podobnie jak Autor wspomnień. Naturalnie nie miałem ani tak szerokich znajomości, ani tym bardziej porównywalnych informacji. Niemniej zgadzam się ze wszystkimi przemyśleniami i wnioskami zawartymi w tekście.
*
Garść najbardziej istotnych refleksji jakie nachodzą mnie po przeczytaniu całości spróbuję zamknąć w kilku zdaniach.
Po pierwsze Stefan Bratkowski był człowiekiem wyjątkowym. Nie tylko przez swoją wszechstronność i niezłomną wolę pozytywnego działania. Także przez skromność, otwartość, optymizm i pozytywne nastawienie do ludzi i do świata. Warto zwrócić uwagę, że w samym tekście o wielu spotkanych ludziach mówi zwykle dobrze lub bardzo dobrze, a o innych ludziach mówi zdawkowo lub wcale.
Po drugie Stefan Bratkowski miał okazję być w centrum wydarzeń istotnych dla Polski co najmniej od 1956 roku, aż po kres swojego życia. Mówiąc o centrum wydarzeń nie mam na myśli kręgu decydentów, a raczej puls intelektualny życia społecznego, gospodarczego i politycznego Polaków.
Po trzecie pozostawił po sobie znaczący dorobek w różnych dziedzinach którymi się zajmował, a który istotnie zmienił nasze życie na lepsze i miejmy nadzieję – na trwałe (np. samorządy).
Po czwarte i najważniejsze co, moim zdaniem, nam pozostawił to przekonanie, graniczące z pewnością, że nie ma kiepskich czasów, są tylko leniwi ludzie, którym się nie chce chcieć, lub którym brakuje woli działania, wyobraźni oraz optymizmu. Ta wola nieustannego pozytywnego działania na rzecz zbiorowości to według mnie najważniejsza spuścizna Pana Redaktora.
Trzeba stanowczo podkreślić, że Pan Stefan Bratkowski jak wielu rozumnych ludzi w ówczesnej Polsce po 1945 roku miał świadomość, że zostaliśmy przez zachodnią cywilizację porzuceni na rzecz barbarzyńskiej Rosji, na okres co namniej stu lat, wobec czego w perspektywie kilku pokoleń nie ma widoków na odzyskanie niepodległości. W takim kontekście motywacja, wola działania optymizm i pozytywne myślenie wyglądały zupełnie inaczej niż np. w dzisiejszej Polsce.
*
O jednej rzeczy we współczesnej Polsce mówimy za mało lub mówimy kłamliwie. Mianowicie o przynależności do PZPR. Stefan Bratkowski nie miał z tym problemu – po prostu jak wielu wybitnych czy wartościowych ludzi tamtego okresu uważał, że przynależność do PZPR jest jedną z przesłanek aby robić coś pozytywnego, na co bez tej przynależności są mniejsze szanse. Większość z tych ludzi wstępowała do PZPR zresztą na samym początku PRL ze względów ideowych, co także nie jest bez znaczenia. Tutaj wyraźnie trzeba odróżnić takie członkowstwa od członkostw koniunkturalnych, gdzie oportunizm, cynizm czy inne niskie pobudki kierowały ludźmi wstępującymi do partii komunistycznej. To rozróżnienie motywów jest bardzo istotne i trzeba o nim mówić i pamiętać, kiedy chcemy cokolwiek rozumieć z przeszłości. Z faktu, że ktoś należał bądź nie należał do PZPR nie wynika nic specjalnego, zwłaszcza dla oceny jego działania w tamtych czasach.
Ci ideowi, optymistycznie nastawieni i aktywni ludzie w dużej części wystąpili z PZPR po 13 grudnia 1981 roku, kiedy ich zdaniem ustrój kompletnie stracił jakąkolwiek legitymizację.
We współczesnej Polsce, zwłaszcza w PiS, sprawy ocen ludzi za ówczesną przynależnośc do PZPR są kompletnie postawione na głowie i prowadzą do absurdalnych czy groteskowych wniosków i takichże postaci, niestety.
*
Kilka myśli Autora uważam, za szczególnie istotne i warte zapamiętania:
*
„Jesienią 1957 roku „Po prostu” rozpędzono. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nie będziemy kombatantami. To znaczy, że nigdy nie będziemy żyli przeszłością. Do dzisiejszego dnia mam odruch niechęci do wspominania. Dla mnie to, co już było, to tak, jakby nie było wcale. Nasze nastawienie było takie, że wszystko jest dopiero do zrobienia, wszystko jeszcze przed nami. Dziś też tak uważam. Nie ma co się nasładzać tym, cośmy zrobili, a co się nie udało, bo mnóstwa rzeczy nie udało się zrobić, choćby z niewiedzy. Moje pokolenie bardzo wcześnie się w tym zorientowało.”
*
„Wrocław wydał podziemnie mój tom Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić.”
*
„Te kilkadziesiąt lat wyrwanej cywilizacji cały czas rzutuje na postępy naszej części Europy na wschód od Łaby. Wyrwa jest w mózgach. Amputowano nam doświadczenie gospodarki całych pokoleń. Tę potrzebę odbudowy naszej cywilizacji poczułem tak naprawdę w momencie odkrycia, dzięki Liebfeldowi, dawnych wielkich polskich inżynierów i ich wiedzy. W gruncie rzeczy to przesądziło o całym moim życiu. To właśnie było to „coś pożytecznego”, co mogłem w życiu robić, to, o czym mówiła mama. Zresztą ona w pełni to akceptowała. Ciągle się mówiło o „pomysłach Bratkowskiego”. A to nie były żadne pomysły, tylko doświadczenia, które już gdzieś kiedyś funkcjonowały. Zająłem się odbudową wiedzy i to był mój najważniejszy cel przez te wszystkie lata.”
*
W myśleniu o przyszłości szczególnie myśli zawarte w tym ostatnim cytacie są ważne i pomocne. Musimy przezwyciężać zapóźnienia cywilizacyjne jakie dziedziczymy z historii, podsycane przez aktualnie rządzących. Bez tego nie wygrzebiemy się ze ślepego zaułka cywilizacji w jaki wpycha nas JK, PiS i znaczna część pozostałej klasy politycznej oraz hierarchia krk, wspierana przez niewiele rozumiejącą, a często bezrozumną i skorumpowaną politycznie część elektoratu, nazywanego suwerenem.
Przeczytalem nie mogac sie oderwac wczoraj przez kilka godzin zawalajac plany dzialan na wczorajszy dzien i rowniez dzisiejszy poranek. Moj ojciec czytal felietony red Bratkowskiego a przy nim i ja sie wciagnalem w Zycie i Nowoczesnosc. Jako mlody, a potem dorosly czlowiek nie interesowalem sie polityka i w koncu wyjechalem z Polski. Dziennik jest spojrzeniem na „moj PRL” z punktu widzenia czlowieka, ktory chcial ten PRL zmienic na lepsze. Szkoda ze nie ma dziennika redaktora z czasow gdy mnie w Polsce nie bylo, ciekawym jego zdania na temat tego okresu 89 do teraz. Ja bardzo krytycznie oceniam „elity” sprawujace wladze w ostatnim 30 leciu i uwazam ze obecna wladza i jej dzialania to dziecko ich braku dzialan na wielu frontach, ale oczywiscie zmiana percepcji homo sovieticus w obywatelska musi zabrac duzo czasu. Wiec moze jestem zbyt krytyczny i chcialbym to skonfrontowac z wrazeniami czlowieka takiego jak red Bratkowski.
Poruszył Pan kapitalny problem dla polskiej transformacji po 1989 roku i jej skutków dla naszego kraju do dzisiaj. Wydaje mi się, że byłoby nie od rzeczy aby Pan spróbował wywołać temat szerszym komentarzem albo artykułem a tu jest sporo osób, które chętnie podzielą się swoja opinią. TAk się składa, że szereg publikujacych osób to bliscy znajomi czy wspópracownicy Redaktora Stefana Bratkowskiego a nieco młodsi tak jak np. ja staramy sie być spadkobiercami jego myśli i koncepcji (oczywiście z całą proporcją rzeczy). MImo iż sam Redaktor juz nie odpowie, wymiana poglądów czy dyskusja może być dla nas wszystkich wartościowa i pouczająca.