Jerzy Klechta: Stefan

Dosłownie jakimś cudem wyszła w tym 1957 roku książka Alfreda Liebfelda, pt. Polscy inżynierowie. Trafiłem do „Dookoła świata”, tam zająłem się poszukiwaniem i opisywaniem ludzi, którzy zrobili wielkie rzeczy dla przedwojennej Polski, na przykład budowali Gdynię. Sięgnąłem po prostu po starych fachowców.

Ach, co to były za odkrycia! Dowiadywałem się, co polscy inżynierowie umieli dawniej. Zacząłem ich szukać, żeby usłyszeć od nich, jak za ich czasów różne rzeczy robiono. I tak stopniowo uświadamiałem sobie przepaść, jaka nas od nich dzieliła. My naprawdę niczego nie umieliśmy. Nawet wiedząc, że warto wprowadzić gospodarkę rynkową, nie mieliśmy zielonego pojęcia, jak to powinno funkcjonować. Nie wiedzieliśmy nic ani o bankach, ani o pieniądzu, ani co z czym się wiąże.

Kiedy więc potem zająłem się popularyzacją nauki i techniki, to głównie dlatego, że byliśmy przekonani, iż zgodnie z teorią towarzysza Marksa, zmiany sił wytwórczych doprowadzą jednak do jakichś zasadniczych zmian. Dzięki temu mogliśmy pokazywać postępy nauki i techniki w skali światowej. Prezentowaliśmy oczywiście też radzieckie „cuda techniki”, rakiety, samoloty i statki kosmiczne, ale w 80% panowały na łamach zdobycze zachodniej nauki i techniki. Kierownictwo „Dookoła świata” rozpędzono za ów ruch na rzecz samodzielnej konstrukcji przez młodych ludzi własnego mini-samochodziku, czterokołowego autoskutera o nadwoziu wstępnie sprężanym, który zaprojektował mój przyjaciel, inżynier „samochodziarz”, Zbigniew de Mezer. Dowiedział się o tym Gomułka, dostał furii i oczywiście naszego naczelnego razem z jego następcą przepędzili. Ja też musiałem odejść.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

W 1960 roku przeżyłem bardzo ważne dla mnie doświadczenie, które zaważyło na tym, że do dziś nawet nie wiem, co to jest lęk. To się wzięło z przeżycia dosyć charakterystycznego, kiedy bez uprzedniej próby penicylinowej, dostałem po zastrzyku tzw. szoku popenicylinowego; pielęgniarka, moja znajoma, uratowała mnie, ale rozregulował mi ten szok system współczulny. To, co się potem przez trzy miesiące ze mną działo, to jedyny koszmar, jaki w życiu wspominam. Nachodziły mnie po parę razy dziennie, z zewnątrz, stany lękowe, z częstoskurczem rzędu 180 uderzeń na minutę i arytmią.

Wychowany w przeświadczeniu, że nie wolno się bać, przeżywałem ogromne upokorzenie. Żadne leki nie dawały efektu. Wtedy moja uwielbiana przyjaciółka (żadnego romansu), Basia Czekałowa, zabrała mnie w podróż po sudeckich uzdrowiskach i tam zaprowadziła do naczelnego lekarza tych uzdrowisk, bardzo miłego starszego pana, przedwojennego kardiologa. Zbadał mnie i powiedział: „To jest tylko nerwica. Trzeba to opanować, bo jeśli pan sobie z tym nie poradzi, przejdzie w zmiany organiczne”. Ja na to: „No dobrze, ale co robić, jak przychodzi atak?

– „Zacisnąć pięści i mówić głośno do siebie: to jest tylko nerwica, od tego się nie umiera”.

7 miesięcy wychodziłem z tego, ale udało mi się to całkowicie zlikwidować. Dzięki opowieściom o tym wyciągnąłem też paru kolegów z podobnych ciężkich nerwic. A już rok później prowadziłem w najgorszym ponoć sztormie lat sześćdziesiątych na Bałtyku, 12 godzin jacht od Rugii aż pod Goeteborg, patrząc z radością jak ten jachcik – tzw. konik konstrukcji inż. Tumiłowicza – fruwał z fali na falę. To było cudowne przeżycie.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com