Jerzy Klechta: Stefan

Już we wrześniu 1980 obudził się też bunt w środowisku dziennikarskim. Inicjatywa chyba wyszła z Białegostoku od Jacka Ratajczaka i z Krakowa od Jurka Surdykowskiego i Maćka Szumowskiego. To ich ideą było zwołanie nadzwyczajnego zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, pół martwej organizacji. Miało na nim dojść, między innymi, do wyboru nowego prezesa. Myślałem o tym, żeby został nim Kazik Dziewanowski, sam z nim o tym rozmawiałem, ale on się wykręcał.

Już nie pamiętam, kto mnie sprowadził na obrady, gdzie się nie wybierałem, i jakoś tak się złożyło, że to ja zostałem wybrany prezesem stowarzyszenia. Przedstawiciel Biura Prasy był nim otwartogłowy Józef Klasa, którego akurat znałem, stracił posadę za ten mój wybór, ponieważ do niego dopuścił.

Nie miał jednak innego wyjścia. Sala była taka, jaka chciała być. Nie było już mowy o tym, żeby ktokolwiek i czymkolwiek mógł sterować. Był co prawda jakiś kontrkandydat z partyjnego poruczenia, już nawet nie pamiętam, kto, ale dostał jakąś minimalną porcję głosów. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wkrótce uniezależniło się od partii całkowicie, ku wściekłości nie tylko członków Biura Politycznego; uniezależniła się w praktyce niemal cała prasa, która się zbuntowała.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

Tydzień czy dwa tygodnie po objęciu przeze mnie tej funkcji dostałem do swych rąk kopertę, zaadresowaną na moje nazwisko. Otworzyliśmy ją z Dariuszem Fikusem, którego już wtedy udało mi się przeprowadzić na stanowisko sekretarza generalnego stowarzyszenia (a wcale się do tego nie palił). Była tam jedna strona A4, na której znajdowało się 37 nazwisk, ułożonych alfabetycznie, ze zdaniem u góry: „Proszę przeczytać i dokładnie zniszczyć”. Bardzo szybko zorientowaliśmy się po pierwszym nazwisku na „A”, czego dotyczy ta lista. Mieliśmy rozszyfrowaną większą część konfidentów ze środowiska dziennikarskiego (kilkunastu nazwisk nie znaliśmy, zapewne ludzi spoza Warszawy). Skrupulatnie to podarliśmy i spaliliśmy nad popielniczką. Do dziś dnia nie ujawniłem żadnego nazwiska – nie mieliśmy zresztą żadnych dowodów. Nigdy nie udało mi się rozszyfrować, kto mi to przysłał.

W sprawie zarejestrowania nowego statutu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich trzeba było pójść do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, którym został gen. Kiszczak. Zmiany, jakie w statucie zrobiliśmy były pod względem organizacyjnym, nie ma co ukrywać, niezbyt mądre, ale tak to wymyślono i ja też się na nie zgodziłem. Musiałem więc złożyć wizytę Kiszczakowi, który od progu przywitał mnie słowami: „Coś nas łączy, towarzyszu Bratkowski! Ja wykonywałem tę samą służbę, jaką wykonywał wasz ojciec”. To było zdumiewające, ponieważ przez 27 lat mojego członkostwa w partii nikt nigdy nie dowiedział się, że jestem synem oficera przedwojennego wywiadu polskiego. Wiedziano jedynie, że jestem synem konsula. Ale Kiszczak widocznie przejrzał papiery naszego wywiadu. Nie stropiony, burknąłem, że mój ojciec pracował dla polskiego wywiadu. Swoją drogą, zastanawiające, jak to się stało, że taka informacja nie przedostała się na wysokie szczeble.

Jeszcze w 1980 roku wróciłem do tego swojego dodatku w „Życiu Warszawy”. Niestety, miałem teraz tylko jednego współpracownika, Tomka Sypniewskiego. We dwóch robiliśmy to, co kiedyś robiliśmy w 10-12 osób, a autorów nie brakowało, więc redagowanie czterech kolumn co tydzień, to nie była taka, ot, prosta robota. Na szczęście znowu nie mogłem narzekać na swojego cenzora, który starał mi się raczej pomagać, niż przeszkadzać. Ciągle kursowałem między budynkiem SDP na Foksal a redakcją „Życia”. Jej szefem został Jerzy Wójcik, były sekretarz Gierka, a mój bliski przyjaciel z czasów, gdy był redaktorem tygodnika studenckiego „Itd”.

To była też zupełnie niezwykła postać. Bardzo przyzwoity, sympatyczny człowiek i notabene ojciec kariery Aleksandra Kwaśniewskiego, którego ściągnął z Wybrzeża do Itd. Przez lata miałem od niego bieżące informacje o wszystkim, co się dzieje w KC, i to od samego środka, nie do ujawnienia, bo spaliłbym swoje źródło informacji. Gierek bardzo go lubił – w maju 1976 namawiał go, żeby wziął urlop w czerwcu, a nie dopiero w sierpniu; kiedy Jurek tłumaczył, że ma już wykupione miejsca w Bułgarii, Gierek powiedział – to ja wam dam urlop i w czerwcu, i w sierpniu. Jurek, rozbawiony, zapytał – dlaczego tak chcecie się mnie pozbyć? Na co Gierek – ja wam powiem otwarcie, my będziemy musieli podjąć w czerwcu takie decyzje, z którymi wy nie będziecie chcieli się zgodzić, a ja bym nie chciał was stracić…

Niestety, bardzo szybko, bo w pierwszych dniach czerwca 1981 roku, Jurek zmarł. Doszło do dużej zmiany. Na jego miejsce przyszedł Zdzisław Morawski, były korespondent w Rzymie – chłopiec z bardzo dobrej rodziny, ale bardzo wierny partii. Poglądy miał takie, jak wszyscy w środowisku dziennikarskim. Był jednak posłuszny i akuratny w wypełnianiu wszystkich aktów irytacji partii w stosunku do nas.

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Bogdan Miś 2019-11-23
  2. Bogdan Miś 2019-11-23
  3. PIRS 2019-11-24
  4. Obirek 2019-11-24
  5. Margaret P. Bonikowska 2019-11-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com