Nie wszystko udało się zrobić, a nawet bardzo mało, w porównaniu z tym, co zrobić chciałem. Jednak moja pamięć jest raczej pozytywna. Nie mam żalu do ustroju, chociaż wyjęli mnie i całemu mojemu pokoleniu wiele, wiele lat normalnego uprawiania zawodu. Pętałem się po różnych redakcjach, co rusz wyrzucany po właściwych telefonach albo informowany osobiście, że byłoby lepiej żebym odszedł z danej redakcji. Także koszty życia osobistego były duże. Nie dorobiłem się niczego, poza żoną i napisanymi książkami. Podobnie zresztą jak mój brat. Nie narzekam broń Boże. Co by nie powiedzieć, w porównaniu z innymi miałem luksusowe życie. Nachodzili mnie, zabierali, aresztowali, wyrzucali z pracy, psuli, co zrobiłem, ale nie siedziałem ani tyle, co Jacek, ani nie byłem tak targany za ręce i nogi, jak Adam. Nie mogę narzekać na swój życiorys. Coś się jednak udało. Obaliliśmy ustrój nie do obalenia, więc jak można nie być zadowolonym?
Swego czasu pytano mnie, dlaczego nie wystąpiłem o status pokrzywdzonego. Ja na to:
„Przepraszam, przecież to ja całe życie starałem się krzywdzić tamten reżim. Do skutku. To byłoby tyle na dziś”.
Na życzenie STEFANA BRATKOWSKIEGO opracował:


Na prośbę Z. Szczypińskiego:
Stefanie – przeczytałem i cały jestem dumny, że miałem szczęście jako „poziomka” poznać Cię i trochę namieszać w tamtym czasie, Kłaniam się nisko, czapką do ziemi, po polsku. Zbyszek S.
Nieskromnie pozwolę sobie poinformować, że niedawno minęło 57 lat naszej przyjaźni.
Ad multos annos
Plurimos annos, plurimos, tak jezuici śpiewają przy różnych okazjach, pozwalam sobie zaśpiewać również Stafanowi Bratkowskiemu. Pózno go poznałem, ale w czasach gdy taka znajomość jest wyjątkowo cenna. Jest wyspą na której czuję się dobrze i bezpiecznie gdy wokół szaleją fale bezmyślności, a może dokładniej rzecz ujmując, konformizmu.
To powinna być lektura obowiązkowa dla pokolenia wnuków Stefana. A dla mojego także, chociaż w innym celu.