Wiedzieliśmy, że trzeba dać pełną swobodę drobnemu handlowi, drobnej przedsiębiorczości, drobnej wytwórczości i rolnictwu indywidualnemu, i że to musi funkcjonować. Studiowaliśmy przecież NEP, więc wiedzieliśmy jak towarzysz Lenin to zmarnował. Jednak dopiero lata 1956-57 otworzyły nam oczy na gospodarkę rynkową. Nie poprzez nauki od starszych. Musieliśmy to odkrywać sami poprzez kontakt ze światem zachodnim, który w tamtym czasie robił niesłychane kroki naprzód nie tylko w technice, ale w cywilizacji w ogóle. Odbudował się, a za trzy lata miał zaplanować lot na księżyc! A u nas trzeba było zakładać Towarzystwo Rozwoju Ziem Zachodnich, aby te rabowane tereny uczynić w ogóle przedmiotem zainteresowania publicznego. Zakładali je starzy zetowcy, a jednym z głównych motorów rozwoju był Juliusz Kolipiński. Asystowałem im i wspomagałem jak mogłem.
Wspomniany eksperyment nowosądecki stał się inspiracją dla wielu różnych środowisk. Miałem przyjaciół, na przykład, w Jeleniej Górze, gdzie Andrzej Lesiewski z kolegami założył „Gazetę Jeleniogórską”. Taka gazeta istniała tam oczywiście już po 1945 roku, ale potem została zniszczona. Ta gazeta była wzorem gazety lokalnej. Istniała też dzięki patronatowi kogoś, kto stamtąd był wybierany do sejmu. Niemniej była to bardzo dobra gazeta i rzeczywiście rozwijała tamten rejon wspaniale. Oni stworzyli też TeKRiCh, Towarzystwo Klubów Robotniczych i Chłopskich, utrzymywanych z pieniędzy przeznaczonych w budżecie każdej z fabryk na kulturę. Dzięki porozumieniu z dyrektorami tych zakładów potrafili skupić te pieniądze, by finansować np. działalność klubów dyskusyjnych i lokalną aktywność kulturalną. Właśnie ten TeKRiCh był zalążkiem samorządu w Jeleniej Górze. Takich ruchów rodziło się potem w kraju sporo i ta ideologia jakoś funkcjonowała.
Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.
Co ciekawe, od tamtego czasu, czyli od roku 1957, zaczęła się na Ziemiach Zachodnich aura rozwoju i przedsiębiorczości. Do dziś jest to najżywiej rozwijający się region. Jak to się stało? Niewyjaśnioną tajemnicą były już procesy osadnicze po 1945 roku. Na Ziemiach Zachodnich osiedlali się albo tzw. repatrianci ze Wschodu, czyli ludzie wywodzący się z najbardziej zapyziałych części Polski, albo tacy, którzy chcieli uciec spod kontroli bezpieki w Polsce centralnej. Zmieniało się wówczas nazwisko i zaczynało od nowa, jako ktoś zupełnie inny. Tak trafił do Jeleniej Góry Andrzej Lesiewski, były partyzant. Tacy jak on należeli do najbardziej przedsiębiorczych, więc myślę, że stąd wziął się potem ten fantastyczny rozwój przedsiębiorczości i działalności społecznej na tym terenie. Duch pionierski dominował wręcz w atmosferze. Obserwowałem tę sytuację z bliska, bo miałem tam mnóstwo przyjaciół.

Na prośbę Z. Szczypińskiego:
Stefanie – przeczytałem i cały jestem dumny, że miałem szczęście jako „poziomka” poznać Cię i trochę namieszać w tamtym czasie, Kłaniam się nisko, czapką do ziemi, po polsku. Zbyszek S.
Nieskromnie pozwolę sobie poinformować, że niedawno minęło 57 lat naszej przyjaźni.
Ad multos annos
Plurimos annos, plurimos, tak jezuici śpiewają przy różnych okazjach, pozwalam sobie zaśpiewać również Stafanowi Bratkowskiemu. Pózno go poznałem, ale w czasach gdy taka znajomość jest wyjątkowo cenna. Jest wyspą na której czuję się dobrze i bezpiecznie gdy wokół szaleją fale bezmyślności, a może dokładniej rzecz ujmując, konformizmu.
To powinna być lektura obowiązkowa dla pokolenia wnuków Stefana. A dla mojego także, chociaż w innym celu.