Jerzy Klechta: Stefan

Ten nasz Zakład był światem wyizolowanym praktycznie z rzeczywistości. Właściwie był poza ówczesnym światem. Dla tych wszystkich sierot i półsierot to był po prostu dom. Pamiętam taką naszą „siostrę”, Grażynkę, nazwiska w tej chwili nie pamiętam, która nie miała obu stóp po odmrożeniu po Syberii; chłopcy nosili ją codziennie do szkoły. Zdarzyło się, że odnalazł się jej ojciec. Wszyscy płakali. Takich przeżyć było bardzo dużo. „Domowość” tej atmosfery była czymś zupełnie wyjątkowym. Co warte podkreślenia, z tego domu wyszło kilka małżeństw, bardzo zresztą trwałych. Mało tego, myśmy chronili, jeśli tak można powiedzieć, te nasze siostry. Pamiętam, że kiedyś chłopak „z miasta” podrywał jedną z naszych sióstr, a potem ją rzucił, i sześciu naszych chłopaków poszło sobie z nim „pogadać”. My „z pałacu” chodziliśmy do szkół na dół, do samych Krzeszowic, i mieliśmy niemal poczucie wyższości w stosunku do tych „z miasta”, którzy mieli oboje rodziców. Z naszej populacji kilkuset w sumie wychowanków wykoleiło się potem wszystkiego sześciu (alkoholików)

W swojej klasie byłem najmłodszy i robiłem maturę, mając lat szesnaście, więc moja pozycja nie była specjalnie wygodna. To bardzo trudne być wiecznie najmłodszym. Nadrabiałem, zdaje się, pyskowaniem. Przyszła do nas cudowna nowa dyrektorka szkoły, pani Alma Monika Bianka Trzebicka, zażywna pani dosyć obfitej postury, która przepadała za naszą maturalną już klasą. My też ją uwielbialiśmy, nie tylko dlatego, że strzelała lepiej od nas wszystkich na strzelnicy. Ona właśnie zapamiętała mnie jako tego, który zawsze w czyjejś obronie pyskował pierwszy. Ja sam tego nie pamiętam i nie potrafię sobie przypisać takiej roli, choć okazji do bronienia innych nie brakowało. I mnie czasem broniono. Był taki wspaniały, uroczy polonista, profesor Bauda, po Oświęcimiu, który pewnego dnia wyszedł z lekcji i powiedział dyrektorce, że nie wróci do klasy, bo ten mały – czyli ja – ciągle gada. Akurat nie ja wtedy gadałem, tylko ktoś za moimi plecami, ale on tego nie dosłyszał i był przekonany, że to ja. I odszedł ze szkoły, bo dyrektorka mu powiedziała, że nie będzie zmuszała chłopca, żeby się przyznał, jeżeli on twierdzi z pełnym przekonaniem, że nie zawinił. A nie będzie przecież sypał, prawda?


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

Zapamiętałem za to, że okropnie naraziłem się poprzedniemu dyrektorowi i to w bardzo niegrzeczny sposób. Moja mama we Wrocławiu akurat chorowała i chciałem do niej pojechać przed końcem roku, mając już wszystkie stopnie wystawione. On zdaje się nie lubił mnie za to, że go przedrzeźniałem. Bardzo lubił śpiewać i ja go kiedyś – nie wiedząc, że on słyszy przez drzwi – przedrzeźniałem. No i odmówił mi tego wyjazdu. Powiedział: Jeżeli pojedziesz, to nie będzie cię w tej szkole! Na co ja bezczelnie, wiedząc już, że on odchodzi od nas, powiedziałem: „To jeszcze nie wiadomo, kogo nie będzie”. I pojechałem. Potem dopiero Śmiałek wybronił mnie przed Almą Moniką Bianką, mówiąc, że to on mnie zwolnił na ten wyjazd, i tak uzyskałem przebaczenie. Nie pamiętam więc żadnych swoich bohaterskich czynów.

W Domu Młodzieży w ogóle nie mówiło się o sytuacji politycznej. Oczywiście było ZMP, ale to była organizacja idealistyczna, dla przyszłych socjalistów. Przeżyłem tam zresztą wielką przykrość, bo nie udało mi się dostać nawet dostatecznego z chemii, choć zobowiązałem się, że będę miał co najmniej dobry. Zmuszono mnie wtedy do samokrytyki i muszę przyznać, że „samokrytykowałem” się na jakimś większym posiedzeniu zarządu zakładowego ZMP całkiem szczerze. Było mi strasznie wstyd i nie ukrywałem, że to wyłącznie moje lenistwo i niechęć do chemii o tym zadecydowały. Co najzabawniejsze, pani profesor Galasowa, cudowna kobieta, powiedziała wtedy, że „przecież ja bym mu postawiła ten dostateczny, gdyby on nie tłumaczył, że jemu ta chemia do niczego w życiu nie będzie potrzebna!” I dostałem lufę, bo rzeczywiście tej chemii nie cierpiałem. Po latach odnalazłem panią profesor, żeby jej powiedzieć, że jako popularyzatorowi nauki, chemia bardzo mi się jednak przydała.

Wiedzieliśmy, że coś niedobrego dzieje się dokoła, bo w pewnym momencie znikło ze szkoły dwóch naszych kolegów, Józek Korusiewicz i Goebel. Miałem też świadomość, że jako synowie konsula mamy złe pochodzenie, a o tym nie wolno mówić. Przydała się lekcja z okupacji. Byliśmy „intelprac” – inteligencja pracująca. Pamiętam, jak raz napisałem o ojcu „małorolny chłop”, mama mnie wyśmiała, a ja na to: „Przecież pradziadek miał w końcu jakiś mały mająteczek i go stracił, więc go nie miał, a »małorolny chłop« to właśnie taki, co nie ma ziemi”. Mama na to odrzekła: „Ale nie musisz ty z siebie robić idioty…”

Dopiero kiedy po maturze opuściłem Dom Młodzieży, nastąpiło zderzenie z normalnym światem. Miałem niecałe 17 lat. Był rok 1951 – apogeum stalinizmu. Obaj z bratem byliśmy wówczas socjalistami, to nie ulega wątpliwości. Co więcej, uznaliśmy, że mamy idealny ustrój i że świat powinien wyglądać na jego podobieństwo. Jakie miałem wtedy plany, marzenia? Mama uważała, że jeżeli chcę zrobić coś pożytecznego, to powinienem skończyć prawo. I rzeczywiście zapisałem się na to prawo, przeszedłem konkursowy egzamin wstępny, zostałem przyjęty.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com