Jerzy Klechta: Stefan

Teksty nagrywałem albo w domu mojego brata, albo u Jacka Fedorowicza, nigdy u siebie. Następnie oddawałem to Leszkowi Jęczmykowi i jego dziewczynie, którzy byli kurierami i przekazywali nagrania dalej, do człowieka, który oprawiał wszystko muzycznie i montował. Poznałem go dopiero po wszystkim, w 1989 roku. Wtedy nie wiedziałem o nim nic. Konspiracja była więc bardzo solidna. Robił to dr Piotr Szwemin, fachowiec bardzo wysublimowanej specjalności fizyczno-technicznej, z Politechniki Warszawskiej. Świetny facet, niesłychanie akuratny i dokładny, a przy tym – inteligentny muzycznie: dobierał do moich tekstów opozycyjne piosenki lub inną muzykę, przekazywał do ewentualnej korekty, a nigdy go nie poprawiłem. Na Politechnice miał swoją „fabrykę”, z której wychodziło w kraj 200 egzemplarzy „Gazety”.

Zorganizowaną siecią pośredników i odbiorców szły one dalej, do innych do „fabryk” w różnych województwach, gdzie znowu były powielane. Przegrań była niezliczona ilość, nawet do 100 tysięcy. Wydostawało się to też na Zachód i emitowała „Gazetę” Wolna Europa. Jakość emisji bywała różna, bo na przykład przegrywanie na innej szybkości obrotów zmieniało wysokość głosu mówiącego. I pamiętam, jak raz usłyszałem siebie w Wolnej Europie mówiącego dyszkantem. „Gazeta” prowokowała agresję Urbana – dzięki niej chyba zająłem zaszczytne, niezasłużone, drugie miejsce za samym Wałęsą co do liczby ataków Urbana!


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

Najważniejszym celem „Gazety Dźwiękowej” miało być utrwalenie w słuchaczach przekonania, że to my mamy rację i że władza w końcu będzie musiała z nami rozmawiać. Budowała „Gazeta” nie tylko wiarę w naszą siłę, ale dawała pewność, że kiedyś będzie inaczej, że obecny stan nie może trwać w nieskończoność. Dlatego mówiłem tam oczywiście również o tym, żeby się do tego przygotowywać, nie tracić czasu i nie marnować go na samo myślenie i mówienie o oporze, ale żeby tworzyć różnego rodzaju instytucje, prowadzić najrozmaitsze prace, które będą przygotowywały nas do wolności. Mówiłem o tym również do tysięcy ludzi w kościołach całej Polski, które rzeczywiście były wtedy oazami wolnego słowa i centrami autentycznej opozycji.

Jeździłem też po kraju z wykładami o nauce społecznej Kościoła. Byłem wiarygodny po tym, jak nasz papież, podczas drugiej pielgrzymki do kraju, wszedłszy do kościoła Św. Krzyża, wyłuskał mnie z tłumu i rozmawiał ze mną, nie oglądając się na nikogo, w drodze ku ołtarzowi (czytywał stale, jak powiedział, „Tygodnik Powszechny”, do którego wtedy pisałem, a znał mnie jeszcze z Krakowa z 1956 roku).

Tłumaczyłem zarówno „Solidarności”, jak i duchowieństwu, że jest to najodpowiedniejsza ideologia dla tego ruchu. Nasz papież trochę jeszcze ją rozwinął, podobnie jak wcześniej Paweł VI i z tego zrodziła się naprawdę świetna ideologia samoorganizacji właśnie dla warstw niższych, a tym samym, rzecz jasna, dla „Solidarności”. Zapraszano mnie wszędzie. Miałem dziesiątki wyjazdów, od Olsztyna, Gdańska i Szczecina, aż po Zakopane i Przemyśl. Trudno byłoby je wszystkie zliczyć (tu pomogłyby rejestry bezpieki).

Zresztą, nie tylko ja jeździłem, ale mnie jakoś lepiej udawało się unikać nieprzyjemnych sytuacji i zatrzymań. Wielki aktor, Andrzej Szczepkowski, musiał przeskakiwać płoty, by umknąć (zrobił to mimo wieku z pełną sprawnością!). Zaliczyłem już pewien trening w pierwszym okresie po wprowadzeniu stanu wojennego. Raz mieliśmy dotrzeć z Leszkiem Jęczmykiem do Konina, ale cały czas ktoś za nami był. Najpierw pojechaliśmy więc do Łodzi, tam poszliśmy do kina i wyszliśmy z niego innym wyjściem. Zgubiliśmy faceta, ale na wszelki wypadek nie pojechaliśmy wprost do Konina, tylko autobusem do Łasku i stamtąd dopiero do Konina. Innym razem, kiedy jechałem do Torunia i wyszedłem z przedziału do ubikacji, jakiś facet próbował mnie wypchnąć półotwartymi drzwiami wagonu z pociągu, ale zdążyłem wskoczyć do ubikacji i doczekałem do najbliższej stacji. Kiedy otworzyłem, już go nie było.

Miałem cudownych przyjaciół pośród duchownych po różnych zakątkach kraju. W Stalowej Woli Edek Frankowski, później biskup. Był świetnym facetem, który w gruncie rzeczy z Dyziem Garbaczem, miejscowym dziennikarzem, budował tożsamość Stalowej Woli.

U Edka poznałem Ignacego Tokarczuka, biskupa Przemyśla, do którego również jeździłem z wykładami. To był cudowny, dowcipny człowiek o ogromnej sile woli i działania. Oni byli tolerancyjni i otwarci, choć prawdą jest, że wtedy, podobnie jak i dziś, duchowieństwo polskie nie znało społecznej nauki Kościoła.

Pamiętam, jak zostałem zaproszony na wygłoszenie wykładu inaugurującego początek roku w seminarium duchownym w Olsztynie. Mówiłem tam o tym, co wynika z nauki Kościoła w tej kwestii, jakie są oczekiwania wobec samoorganizacji ludzi, ich miejsca w zakładzie pracy, partnerstwa itd. I był tam uroczy staruszek, biskup Jan Obłąk, który po tym moim wykładzie podniósł się i powiedział: „Panie Stefanie, bardzo panu dziękuję. Sam dowiedziałem się tylu nowych dla mnie rzeczy!”.Ale to nie była wina biskupa Obłąka. Duchowieństwo się tym po prostu nie zajmowało. Zajmowało się wyłącznie liturgią.

Na szczęście zdrowy rozsądek polskiego ludu zadecydował o tym, że ci księża pochodzący z prowincji wiedzieli, co w takiej sytuacji trzeba robić. Na Żytniej moja żona, Roma prowadziła tak zwany „Dzwonek Niedzielny”. To była gazeta mówiona, robiona regularnie co miesiąc. Schodzili się tam najlepsi dziennikarze kraju i publiczność – nie tylko z parafii Wojciecha na Żytniej, ale z całego miasta. Te spotkania „Dzwonka niedzielnego” nagrywano na VHS i podobnie jak „Gazetę Dźwiękową” rozpowszechniano po całym kraju.

Zajmował się tym Marek Mądrzejewski. Bardzo udanym prezenterem „Dzwonka”był Andrzej Krzysztof Wróblewski. Występował z Romą. Wszystko szło na bieżąco: Tadeusz Mazowiecki po pierwszych rozmowach „Solidarności” ze stroną partyjną opowiadał o nich. To, co się działo na Żytniej, było bardzo ciekawe. Myślę nawet, że ciekawsze od mojej „Gazety Dźwiękowej”, która była wypowiedzią jednego człowieka raz na kilka miesięcy. Tyle że ja akurat byłem w tym czasie popularny, więc mnie słuchano. Żytnia wielostronnie ukazywała rozwój wydarzeń. I krajowych, i zagranicznych. Stworzył się świat, w którym władza była obecna tylko jako temat, nie jako partner.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com