Dzienniki Morawskiego (23)112 min czytania

()

2015-12-19

Ostatnio naukowcom z krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, specjalistom w dziedzinie dziejów emigracji i także jej walki o wolność Polski – miałem okazję w czasie długiej rozmowy w paryskiej kawiarni „Les Fontaines” zreferować przebieg i różne aspekty mojej emigracyjnej działalności, wyjaśnić, dlaczego jestem weteranem tak zwanej „zimnej wojny”. Zacząłem od tego, że kierowana przez mego ojca paryska „Ambasada Wolnej Polski” (zwana „polską ambasadą bis”) była rzecz jasna „solą w oku” PRL-owców i wszystkich komunistów. Wspomniałem o tym, że np 14 stycznia 1951 roku centralny organ KPF „L’Humanite” na pierwszej stronie określił nas jako „polskich zdrajców i bandytów spod znaku Andersa” (patrz np. książka Roberta Rochefort pt.: „Dans Le Clair-Obscur du Monde”; wyd. Nouvelle Librairie de France 1996, strona 90).

Następnie wyjaśniłem, dlaczego moja praca dla RWE – najprzód jako informatora Zygmunta Michalowskiego, korespondenta informacyjnego w Paryżu, później przez lat bardzo wiele takiegoż specyficznego rodzaju w tymże mieście dziennikarza RWE). Rzecz w tym, że korespondenci informacyjni zdobywali zakulisowe wieści z PRL (np., lecz nie tylko, o walkach frakcyjnych w kierownictwie PZPR-u), musieli wśród np. posłów na sejm, także działaczy partyjnych czy „np. reżimowo-katolickich” – mieć tajnych rozmówców. Poza tym dostawali cenne zakulisowe wiadomości różnymi drogami (np. nasz poufny znakomity współpracownik, słynny Piotr Jegliński rewelacyjne wręcz informacje z kraju w pewnym okresie dostawał na mikrofilmach, zaszytych w okładki książek)…

Rzecz jasna PRL-owców przecieki tych czy innych tajnych informacji wysoce drażniły. Ostro nas atakowali, nazywali korespondentów informacyjnych RWE „szpionami” (w swej książce pt.: „Pod anteną RWE” – wyd. Wers, Poznań 1995 Kazimierz Zamorski, były szef „polskiej ewaluacji” w naszej monachijskiej centrali pisał, iż w pewnym momencie dyrektor FFE James Brown kazał spalić zbiór naszych tajnych raportów jako „spy material”). Wojnę z nami też prowadzili dość tu liczni różnoracy polscy zwolennicy PRL, także takie lub inne komunistyczne służby. Co do metod tej walki, to – jak pisał Jan Nowak – „za najskuteczniejszą uważano tzw. „szarą propagandę”, polegającą na finezyjnym mieszaniu prawdy, półprawdy i kłamstw. Sztuka polegała na tym, by fakty prawdziwe łatwe do sprawdzenia wkomponować w niesprawdzalne, fałszywe informacje w taki sposób, by całość nabierała w oczach odbiorców cech prawdopodobieństwa” (Jan Nowak, „Polska z oddali”; Odnowa, Londyn 1988, str. 333 ). Jak mi mówił pewien amerykański spec od tych zagadnień, takie zręcznie sfabrykowane, odpowiednio „naciągnięte” informacje chytrze „podrzucano” np. ludziom z tych czy innych przyczyn nie lubiących danej osoby. Taka metoda utrudniała wykrycie prawdziwego źródła tych, odpowiednio spreparowanych, pseudo-danych (np. pewne aspekty dziejów danej osoby celowo przemilczano. Józef Czapski mawiał, że chodzi o starą metodę pochodzącą jeszcze z czasów carskiej Ochrany, lubiącej poza wszystkim szastać zarzutami natury obyczajowej, co w obecnej epoce było nieco śmieszne…).

Wedle opinii szeregu ekspertów, „czerwony” dysponował specjalistami dość wysokiej klasy od wojny psychologicznej, starającymi się destabilizować całą serią metod, np. godząc też w rodziny – szczególnie z komunistycznego punktu widzenia szkodliwych. Szło o np. różne formy zastraszania. W związku z tym moja żona w wyniku takich długoletnich zastraszań, już po upadku PRL nagle się załamała psychicznie i uznała, że ja to nie jestem ja, iż mnie komuniści podmienili.

Jan Nowak pisał do mnie 6 stycznia 1995 roku: „Moja żona też była na pograniczu nerwowego załamania, gdy zasypywano ją listami i pogróżkami, że mnie wykończą. Gdy, zgodnie z nakazem naszej amerykańskiej bezpieki, przekazałem im butelkę żubrówki, którą ofiarował mi zbiegły z Polski UB-ek – okazało się, iż zawierała truciznę, która zabiła by mnie dopiero po dwóch tygodniach”.

Gdy chodzi o mnie, to w wyniku „zimno-wojennych” stresów, jak stwierdzają lekarze, ciężko zaniemogłem na serce. A to tym bardziej, że – jak przypomina AK-owiec, podpułkownik WP Jerzy Baranowski – byłem w sierpniu 1944 roku w Warszawie w Spółdzielni Mieszkaniowej Filtrowa 69 świadkiem mordów i gwałtów dokonywanych przez tzw. „Brygadę Kamińskiego (Rosjanie w służbie SS) i odniosłem rodzaj szoku nerwowego; później w wyniku tego szoku miewałem dziwne objawy, stany na poły depresyjne, czasami paniczny strach przed przekroczeniem mostu!!… Zarówno to, jak i dziwna choroba mej żony, jak stwierdza w swym piśmie 26 stycznia 2006 roku ppłk Baranowski, były sekretarz generalny SPK Francja – było w paryskim środowisku politycznej „emigracji walczącej” znane i nieraz omawiane. To, że w związku ze zbrodniczymi wyczynami „Brygady Kamińskiego” w Warszawie, w sierpniu 1944 „byłem w stanie szoku” w dniu 27 marca 1998 roku na piśmie stwierdził Jur Wańkowicz. Dodam, że książka o mnie Teresy Masłowskiej nosi tytuł: „Łącznik z Paryża. Rzecz o weteranie zimnej wojny” (wyd. Instytut Imienia Generała Stefana „Grota” Roweckiego, 2009).

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.