2015-12-28
Już przedwczoraj, to jest w sobotę 26 grudnia, „Le Figaro” sporą część swego tego dniowego numeru poświęciło – będącemu dla nas katolików sprawą wysoce bolesną, w pewnej mierze nawet wyrzutem sumienia – problemowi chrześcijan Bliskiego Wschodu! Pismo to na pierwszej stronie przynosi wielki tytuł: „Chretiens d’Orient: l’urgence d’agir”! Podtytuł jasno precyzuje, że w swej egzystencji śmiertelnie zagrożone wspólnoty chrześcijańskie swe ostatnie nadzieje pokładają w Europie… A na drugiej i trzeciej stronie tegoż pisma – olbrzymi, rzucający się w oczy tytuł stwierdza, że owi chrześcijanie obchodzili święta Bożego Narodzenia „mając oczy zwrócone ku Europie”. Jeszcze inny artykuł uwydatnia to, że Ojciec Święty bije na alarm, wskazuje na wielki i ponury wymiar dramatu owych naszych współwyznawców. A ks. Pascal Gollnisch, dyrektor generalny „L’ Oeuvre d’Orient”, także na łamach sobotniego „Le Figaro” daje wyraz przekonaniu, iż tym sięgającym czasów apostolskich wspólnotom chrześcijańskim Orientu zagraża teraz zagłada…Jedno pewne. Należy z uporem dokładać starań, by sytuacja na Bliskim Wschodzie uległa pozytywnej zmianie; by ocalić ową, tak dla tych krajów z licznych przyczyn ważną, tak wielowiekową tamtejszą obecność wspólnot chrześcijańskich. Wielu tamtejszych chrześcijan już wyemigrowało, stosunkowo szybko urządzają się oni na Zachodzie, a to, ponieważ na ogół są rzutcy, inteligentni, niesamowicie pracowici. Dla wielu krajów stają się więc oni cennym nabytkiem. Ale emigracja nie jest właściwym wyjściem – zgodnie z tradycją naszej wiary, sięgającą czasów świętego Pawła – winni oni nadal być obecni w krajach Lewantu! Nieść tam świadectwo naszej wiary, wiele pozytywnego wnosić w życie owych krajów. Trzeba też dobrze zdać sobie sprawę, że niesamowity zamęt, jaki od kilkunastu lat ogarnął owe regiony, że nagły rozrost krwawego islamskiego fanatyzmu – to jednak w pewnej mierze wynik błędów politycznych i naiwności Zachodu.
Co teraz robić należy? Wielkie mocarstwa nareszcie zaczynają się na serio starać położyć kres Daech-owi i działaniom dżihadystów. My zaś, Polacy, zawsze wierni pięknym rycerskim postawom, my – zapewne dziś najbardziej katolicki naród Europy – winniśmy się zmobilizować pod hasłem okazywania aktywnej przyjaźni chrześcijanom Lewantu. Na specjalne podkreślenie zasługuje tu rola senatora Jana Filipa Libickiego i jego tak wysoko notowanego „w najwyższych sferach naszego Kościoła” parlamentarnego zespołu Obrony Chrześcijan w Świecie! Ale oczywiście istnieją też u nas inne ośrodki o realnych na tym polu zasługach. Wszystko to – jak mi mówią pewni moi przyjaciele – „jest dobrze wiadome”…
Gdy chodzi o mnie, to dogłębnie wierny tradycjom naszego Rycerskiego Zakonu Świętego Jana Jerozolimskiego zwanego Rodyjskim i Maltańskim, zakonu grającego już od roku 1977 kluczową rolę w mej świadomości i postawach, po prostu w mym życiu – staram się na mym skromnym odcinku nigdy nie zapominać o chrześcijanach Lewantu. Ze względów rodzinnych szczególnie żywo interesuję się Greckim, Melchickim Kościołem Katolickim, mającym siedem diecezji w Libanie, cztery w Syrii, po jednej m.in. w Jordanii, w Izraelu, w Brazylii, w USA, w Kanadzie itd. oraz np. dużą parafię w Paryżu (stanowiący najwyższej klasy zabytek Kościół Św. Juliana Biednego położony nieopodal Katedry Notre Dame). Mój zięć Raymond Bocti, potomek błogosławionych męczenników za wiarę, jest melchitą, kawalerem melchickiego zakonu rycerskiego, działaczem melchickiej parafii. Chrzty mych trzech wnuczek miały miejsce w owym melchickim kościele Paryża. Biorący udział w ceremonii ks. Marian Falenczyk OSB, tak zasłużony założyciel i dyrektor Międzynarodowego Domu Akademickiego im Jana Pawła II w Arcueil, śpiewał melchickie pieśni i zaprzyjaźnił się z ks. Nicolasem Antibą – wówczas archimandrytą i proboszczem a obecnie arcybiskupem-metropolitą Bosry i Hauranu w Syrii (starożytne miasto Bosra jest uznanym za światowej wagi zabytek, UNESCO robi, co może, by zapobiec jego zniszczenie – toczą się tam krwawe walki – dżihadyści sieją zniszczenia!!!).
Opiekę i pomoc prześladowanym chrześcijanom Lewantu winny nieść państwa Zachodu: wszak potrzeby są ogromne. Gdy chodzi o nas Polaków, to winniśmy się mobilizować pod hasłem tak ważnego świadczenia przyjaźni owym chrześcijanom – na serio interesować się nimi, organizować z nimi spotkania (np. z melchitami) i wspólne nabożeństwa. Taki dialog winien świadczyć o naszej do nich przyjaźni. Czemu nie spotkania np. muzyczno – modlitewne w przepięknym Kościele St Julien Le Pauvre? A może jakiś wywiad dla naszych katolickich pism z arcybiskupem Antibą?… Jedno pewne – chciałbym czegoś w tej dziedzinie dokonać! Nie wiem jak?!! Liczę na wskazówki ks. Falenczyka, a za jego pośrednictwem tak mi drogiego arcybiskupa Hosera… Liczę także na, tak zawsze pomysłowy, „Głos Katolicki”!! Co do Zakonu Maltańskiego, to wiem, że np. nasi francuscy konfratrzy wiele w krajach Lewantu robią. Myślałem ostatnio, by sam się do Syrii udać – dać wyraz solidarności prześladowanym tam chrześcijanom – ale powiedziano mi, że stary i chory na serce mógłbym tylko narobić tamtejszym chrześcijanom „dodatkowego kłopotu”…
