2015-11-14
Dziś zacznę od listu dr hab. profesora Aleksandra Woźnego – wybitnego historyka wojskowości. Otóż pisze mi on: Dziękuję za dziennik z relacją z obchodu święta narodowego z ambasadzie RP w Paryżu. Będąc ongiś we Francji dotarłem również „pod” Verdun, tego straszliwego miejsca walki, a dzisiaj Pamięci i Przestrogi. Trzeba dobrze pamiętać, że na froncie zachodnim walczyli też nasi wielkopolscy Bartkowie Zwycięscy. Tak liczni nasi walczyli w obcych mundurach. Młody podporucznik Antoni Szymański (późniejszy attache wojskowy RP w Berlinie), mój śp Dziadek z braćmi – wrócili. Inni Poznaniacy wcieleni do obcej armii, nieraz, jeśli szczęśliwie uniknęli śmierci na froncie, dotarli do ojczyzny z Francji dopiero w Błękitnej Armii generała Józefa Hallera, w której szeregach walczyło około 35 tysięcy byłych polskich jeńców wojennych, b. żołnierzy armii niemieckiej i austro-węgierskiej…”. Tyle profesor Woźny.
Na marginesie tego listu zaznaczę, że fakt, że obywatele II RP wywodzili się z trzech obcych zaborów, że wielu spośród nich musiało służyć w trzech różnych armiach, powodował, jeśli to tak można określić, spore różnice mentalności… Jak stwierdzał nieraz mój ojciec, te tak różne „przeszłości” siłą rzeczy nie ułatwiały koniecznej po odzyskaniu wolności (na którą tak długo czekaliśmy) szybkiej integracji w ramy już wolnego państwa polskiego. Częste też były spory o przeszłość np. bezczelnie wyciągano Piłsudskiemu jego konieczne w okresie tworzenia Legionów kontakty z wywiadem austro-węgierskim, a Władysława Sikorskiego „czepiano się” się z grubsza o to, że w roku 1916 poparł w rozgrywkach o Legiony stanowisko Austro-Węgier. Wiele ostrych oskarżeń spowodowała – jak nieraz już pisałem – bardzo do dziś tajemnicza sprawa zaginięcia w początku sierpnia 1927 generała Włodzimierza Zagórskiego.
Ojciec mój, podobnie jak np. Roger i Edward Raczyński oraz Janusz Radziwiłł (którego Stanisław Cat-Mackiewicz określał mianem w oczach ludzi rozsądnie myślących – w roku 1939 najlepszego kandydata na polskiego ministra spraw zagranicznych) – zwalczali polskie „potępieńcze spory”, zabiegali o jedność narodu. Ojciec mój mocno podkreślał, że polskie podziały, „histeria oskarżeń, brak wzajemnej wyrozumiałości” zawsze są niebezpieczne, służą i są być może są zdalnie np. z tajnymi subwencjami podsycane przez naszych wrogów…
Nawiązuję do tego tematu, bo z kraju docierają mnie ponure echa niesamowitych rozrób, obrzucania się błotem. Szczególnie oburzają mnie nieodpowiedzialne i niekiedy wręcz obrzydliwe ataki na tego dżentelmena, jakim niewątpliwie jest Bronisław Komorowski! Ale również poruszały i poruszają mnie skandaliczne, dodam: wręcz idiotyczne, insynuacje oraz także głupawe złośliwości godzące w prezydenta Dudę (do tego przesadnie się interpretuje niektóre jego wypowiedzi, „z igły robi się widły”).
Wszak należy szacunkiem otaczać zarówno obecnego jak i poprzedniego prezydenta naszej prześwietnej Rzeczypospolitej! A niestety obecny stan rzeczy nieco przypomina okres tak szkodliwego: w swych konsekwencjach i dla obrazu odrodzonej Polski w świecie – zabójstwa prezydenta Gabriela Narutowicza (jak mi donosi Mariusz Kubik, w końcu listopada ma być w Warszawie były prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing, żywy przykład dobrych manier i kulturalnego wypowiadania się).
Również irytują mnie mocno naciągnięte tezy niektórych rodaków i przez nich zapewne inspirowanych cudzoziemskich dziennikarzy o rzekomo faszystowskiej tonacji wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Jako rasowy dziennikarz w pełni szanuję prawo do bardzo różnych ocen i opinii. Jednak w pojęciu w danym wypadku mamy do czynienia z niewątpliwą przesadą i dość, powiedziałbym, dowolną i mym osobistym zdaniem – bardzo szkodliwą nadinterpretacją…
Kończąc dodam, iż rozmówca z Polski, który prosi, bym nie przytaczał jego nazwiska jest zdania, że w kraju potęguje się „niesamowita histeria i niekulturalne rozróby”. Jednak człowiek wysoce zrównoważony, jak od lat wiem bezbłędny obserwator polskiej rzeczywistości, jeden z mych czołowych kontaktów informacyjnych w kraju, gdy byłem korespondentem RWE, do tego już od roku 1984 mój konfrater w Zakonu Maltańskiego Marcin Libicki – wyraźnie jest zdania, że w tezach o rzekomo dziś ogromnym i niebezpiecznym skłóceniu Polaków jest bardzo mocna i histeryczna przesada…
