2015-12-16
Mocnym echem odbiło się we Francji to, że mer liczącego około 73 tysięcy mieszkańców miasta Beziers, zbliżony do Frontu Narodowego Robert Menard, swego czasu prezes organizacji „Les Reporters Sans Frontieres” – powołał do życia ochotniczą straż miejską (coś w rodzaju ochotniczej milicji) i wezwał byłych wojskowych, żandarmów, strażaków itd. do przystępowania do niej. Owa straż nie będzie uzbrojona, ale będzie w „kontakcie radiowym” z komendą miejscowej policji miejskiej. Zadaniem jej będzie chronić obywateli przed chuligaństwem oraz sygnalizować pewne incydenty „budzące podejrzenia czy agresywne zachowania.”Wiąże się to z atmosferą strachu panującą obecnie w Beziers. Mają tam miejsce dość liczne kradzieże, czy też wypadki uszkadzania czy nawet niszczenia samochodów. Bandy młodych Arabów nieraz terroryzują przechodniów, wyrywają kobietom torebki, zdarzają się wypadki obrzucania kamieniami i wybijania szyb w domkach czy mieszkaniach, ponoć „permanentny strach” panuje wśród sklepikarzy oraz także personelu czy kierowników supermarketów.
Odnotuję, iż ta „ochotnicza milicja” z miejsca w tutejszych kręgach rządowych (i także różnych innych) budzi poważne zastrzeżenia! Z drugiej strony jednak np. mieszkańcy niektórych podparyskich miasteczek „sprawą się żywo interesują”. Rzecz w tym, iż – jak powiedziała mi mieszkanka jednej z tych miejscowości – trzeba tam starannie chronić w dobrze zamkniętych garażach swe samochody oraz lepiej po godzinie 21-ej nie pokazywać się na pewnych ulicach, jako, że bandy młodych i bezrobotnych stanowią spore niebezpieczeństwo. Do tego groźni bywają narkomani „nieraz pilnie potrzebujący pieniędzy właśnie na zakup narkotyków”, np. pewien murzyński narkoman jakiś czas temu zastrzelił tam młodego Polaka, ”broniącego swego portfela”…
