Dzienniki Morawskiego (21)235 min czytania

()

2015-07-09

Na wstępie odnotuję dziś reakcję mej wiernej czytelniczki na mój niedawny dziennik, w którym jest mowa o tym, jak Kazimiera Iłłakowiczówna latem 1920 roku opiekowała się chorym Rogerem Raczyńskim. Ma czytelniczka, osoba wybitna i dobrze ze względów rodzinnych wprowadzona w arkana pewnych dawnych spraw oraz pogłosek, pisze mi, iż niegdyś w Warszawie było powszechnie znane, że „Iłła” się w nim (w Rogerze Raczyńskim) kochała…”.

Inny czytelnik nawiązuje do tekstu Tomasza Łubieńskiego pt.: „Zaczęło się we wrześniu”, w którym znalazł następujące słowa: „Ambasador Kajetan Morawski, dyplomata i intelektualista, wierny przyjaciel Francji, dla którego linia Becka była obca i błędna, po katastrofie wrześniowej nie przyłączał się do oskarżeń wobec ministra mówiąc, że nie należy kopać leżącego. Dlatego również, że jak sam wcześniej napisał, Polska skazana jest na to, by żyć niebezpiecznie, co wydaje się uznał za okoliczność łagodzącą, bo w takiej sytuacji trudno ustrzec się błędów”.

Ów czytelnik pyta mnie, jaka była naprawdę ocena Becka i jego polityki? Na to pytanie odpowiadam raczej niechętnie, już o tym zresztą pisałem. Pamiętam, jak mego ojca, człowieka o wielkiej dyskrecji, ostrożności i umiarze, irytowało, gdy mu mówiono, że Dominik Morawski, zresztą przezeń lubiany, „chodzi po mieście i przytacza jego takie lub inne opinie mówiąc: »stryj Kajetan poufnie mi powiedział«”.

Jedno dobrze pamiętam! Ojciec podkreślał, że Beck w 1939 roku bardzo długo nie dostrzegał, że atak Hitlera może nastąpić lada chwila! Pogląd ten podzielał cały „beckowski” MSZ, z wyjątkiem Mirosława Arciszewskiego i Józefa Potockiego (ojciec uważał tego ostatniego, za chyba najmądrzejszego z polskich dyplomatów). Niedostrzeganie, iż wojna wisi na włosku, zrodziło się ponoć z tego, iż hrabia Galeazzo Ciano „działając w dobrej wierze poinformował z zastrzeżeniem poufności Becka o powziętym przez Hitlera wobec Mussoliniego zobowiązaniu, że nie rozpęta wojny światowej przed 1941 rokiem” (Ciano był zięciem Mussoliniego).

Skądinąd dobrze pamiętam, jak ojciec opowiadał, że swego czasu w oparciu o swego ówczesnego szefa, wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, starał się zapobiec zajęciu (z inicjatywy Becka) przez Polskę Zaolzia (Kwiatkowski ponoć przekonał prezydenta Mościckiego, że to absurdalny, politycznie niebezpieczny bezsens, lecz w końcu Mościcki uległ naciskom Becka i Rydza. Przestał oponować!).

Następnie pamiętam rozmowę u nas przy 174 rue de l’Universite, w salonie naszej emigracyjnej „ambasady Wolnej Polski”!!! z kuzynem mej matki Wacławem Zbyszewskim. Wacio lansował tezę, że gdyby – jak w pewnym momencie Mościcki projektował – ministrem spraw zagranicznych został Janusz Radziwiłł, człowiek od Becka o wiele mądrzejszy, sprawy potoczyłyby się zapewne innym torem. Hitler nie zacząłby od ataku na Polskę. Jak pamiętam, ojciec w odpowiedzi na taką tezę Wacia stwierdził, iż rzeczywiście książę Janusz był chyba od Becka mądrzejszy, ale też dodał, iż sytuacja była „niesamowicie trudna”. Ojciec mój stwierdził wówczas także, iż słyszał, że Beck miał 1 września powiedzieć: „wykonałem co do mnie należało, niech teraz armia pokaże co potrafi”.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Ojciec mój nieraz podkreślał, że ówczesne polskie kierownictwo naprawdę ufało, że nikt nam nie zrobi nic, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi, że dobrze zorientowanego eksperta jakim był nasz attaché wojskowy w Berlinie, pułkownik Antoni Szymański, nazywano strachajłą, że prowadzono ostrą walkę z realistami określanymi mianem defetystów. Ojciec mój pamiętał, że wiosną 1939 roku pułkownik Witold Dzierżykraj- Morawski, wiele wiedzący o możliwościach i o mocy armii niemieckiej, gdy przychodził do nas z narad w sztabie Rydza, mawiał, że wraca ze spotkania „z kręgiem złudzeń i urojeń, z kręgiem, który pod hasłem walki z defetyzmem zatyka gębę tym, co ośmielają się zwracać uwagę na dywizje pancerne Wehrmachtu, na ogrom niemieckiej przewagi”. A co do Becka, to ojciec mój zaznaczał, że było jednak zagadką, dlaczego ten pułkownik artylerii konnej nie widział dysproporcji sił między Polską i Niemcami, ślepo ufał „przyzwoitemu człowiekowi o nastawieniu dogłębnie patriotycznym, ale bardzo miernemu generałowi nadającemu się na dowódcę straży granicznej, a nie na Naczelnego Wodza, jakim był Rydz”.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.