2015-06-10
Czytelnik pyta co obecnie czytam? Dodaje: zapewne jakąś najnowszą francuską książkę, czy też wysokiej klasy miesięcznik? Odpowiem mu od ręki. Dzień w dzień czytuję dziennik „Le Figaro”, niekiedy także „Le Monde”. Poza tym abonuję dwa francuskie tygodniki: „L’Express” i „Le Nouvel Observateur”. Gdy chodzi o miesięczniki, to regularnie otrzymuję „Politique Magazine”. No i jeszcze jedno: w każdą niedzielę nabywam „Le Journal du Dimanche”. Co do książki, którą obecnie czytam to zaskoczę tego mego czytelnika! Otóż od wczoraj z najwyższym wzruszeniem zagłębiam się w książce Adama Tomaszewskiego (1918-2002) pod tytułem „Młodość została nad Obrą”!!
Tomaszewski, w mym odczuciu jeden z bardzo godnych uwagi pisarzy emigracyjnych, urodził się w Kościanie, był synem cenionego kościańskiego księgarza i absolwentem miejscowego Gimnazjum im. Św. Stanisława Kostki. W czasie wojny, będąc podchorążym AK brał udział w powstaniu warszawskim. Trafił do surowych obozów jenieckich! Po wojnie służył w Niemczech w randze porucznika w amerykańskich oddziałach wartowniczych. W 1948 roku wyjechał do Kanady, do Toronto. Po pewnym czasie stał się cenionym w polonijnych kręgach pisarzem i reportażystą. Opublikował jedenaście książek, w tym trzy o swym rodzinnym mieście, o Kościanie! Można śmiało powiedzieć, że nadał on królewskiemu miastu Kościan znacznego rozgłosu. Swymi tekstami zbudował i ugruntował, jeśli to tak wolno mi powiedzieć, mit Kościana. Dzięki jego świetnej, dogłębnie wzruszającej prozie uwiecznił to wielkopolskie miasteczko powiatowe, przyniósł mu i całej ziemi kościańskiej znaczny literacki rozgłos! Przytacza on setki nazwisk, przypomina wyczyny sportowe kościańskich drużyn, barwnie opisuje wszystkie kategorie kościaniaków! Tych z ulicy Czempińskiej, gdzie niebezpiecznie było zapuścić się o zmroku, jak rzecz jasna także statecznych i zamożnych kupców, „belfrów”, czyli profesorów gimnazjalnych z Dyrektorem Irzabkiem na czele, dalej np. członków towarzystw śpiewaczych, Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, Bractwa Kurkowego, Sokoła, itd. Nie zapomniał o tych z „Cukrowni”, o owych fachowcach przybyłych z Kresów, wreszcie – o okolicznym ziemiaństwie, o mych krewnych czy powinowatych to jest o Żółtowskich, Chłapowskich, o licznych Wańkowiczach, tych z Jerki, lecz także o pisarzu Melchiorze i o Andrzeju i Karolu itd., itd. Na specjalną uwagę zasługuje język Tomaszewskiego, jego znajomość gwary wielkopolskiej. Mnie tak dobrze pamiętającego szneki z glancem, ten język (wyrażenia takie jak: frechowne szczuny, które darły kalafy całki wieczór) trafia do serca! Wszak przed laty dyrektor RWE Zygmunt Michałowski tylko pół żartem powiedział mi, o ile pamiętam, mniej więcej to: jeśli nadal będziesz z uporem mawiał po poznańsku JEZDEM, to odpędzę cię od mikrofonu!
Adam Tomaszewski został mianowany obywatelem honorowym miasta Kościana, a za swą twórczość literacką otrzymał wiele znaczących nagród, np. nagrodę Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. A znakomita Miejska Biblioteka Publiczna Kościana „nosi jego imię”!!!
Kończąc dodam, że zarówno mój ojciec, pisarz i dyplomata, wierny tradycji przodków (czasem wspominający Punkty Kościańskiego swego dziada, także Kajetana, który na wiecu przedwyborczym w Kościanie w roku 1870 wystąpił z żądaniem, by kandydaci na posłów do sejmu berlińskiego składali deklaracje, że będą występować w obronie praw Kościoła i Papieża) – jak i ja często w naszych tekstach wyrażaliśmy nasze przywiązanie do ziemi nadobrzańskiej! Gdy chodzi o mnie, to mieszkałem u panny Józinki Szyfter w Kościanie przy ulicy Poznańskiej od marca 1945 do stycznia 1946 r. W styczniu 1946 roku zdałem maturę i przeniosłem się do Poznania, skąd w pierwszych dniach listopada 1946 roku wyjechałem z matką do Paryża. Zachowałem wiele wspomnień z tego, tak historycznego roku 1945, gdy to Kościan był „AK-owską wyspą na Morzu Czerwonym”, gdy starostą był narodowiec Karol Fiszbach, a życiem politycznym i tak zwanymi reżimowymi stronnictwami kierowali dobrze zakonspirowani AK-owcy: Stefan Bech, Edward Boryczko i inni (tą „AK-owską wyspę” zlikwidowano dopiero jesienią 1948 roku, gdy reżim zerwał z wszystkimi pozorami i z próbami „mydlenia oczu”, zniszczył „odchylenia nacjonalistyczne” i wprowadził już zupełnie nie ukrywający się brutalny, „ordynarny” stalinizm. Ale ja wówczas już od dość dawna na szczęście byłem w Paryżu).
